Dzieci

Minęło zaledwie pięć lat, od kiedy zakończyła się w Chinach polityka kontroli populacji obowiązująca w latach 1977–2015, zwana polityką jednego dziecka, gdy w Kanadzie trwa akcja „Jedna planeta – jedno dziecko” z hasłem „Największy dar, jaki możesz dać swojemu pierwszemu dziecku, to nieposiadanie kolejnego”.

W 1977 roku chiński rząd wprowadził politykę jednego dziecka w celu „złagodzenia społecznych, ekonomicznych i problemów ochrony środowiska w Chinach”, twierdząc że miała ona zapobiec ponad 250 milionom urodzeń do 2000 roku. Ta polityka budziła kontrowersje zarówno w Państwie Środka, jak i poza nim, nie tylko ze względu na sposób, w jaki została wdrożona, ale także z powodu obaw związanych z negatywnymi konsekwencjami ekonomicznymi i społecznymi. Była ona powiązana ze wzrostem przymusowych aborcji i dzieciobójstwa dokonywanego przez kobiety, stała się też przyczyną nierównowagi płci w Chinach, gdzie ok. 100 mln mężczyzn nie może znaleźć partnerek życiowych. Nie minęło pół wieku, a na przeciwnym biegunie naszego globu, w kraju o niskiej gęstości zaludnienia, jakim jest Kanada, pojawia się podobna idea, uzasadniana analogicznie, czyli względami ochrony środowiska.

W Europie ta idea, bez jakichkolwiek akcji promocyjnych, realizowana jest już od dawna, a Polska coraz bardziej upodobnia się do zachodniej części starego kontynentu. Jak wynika z opracowania GUS, który podał dane dotyczące liczby dzieci do lat 24 będących na utrzymaniu rodziców, w skali całej Polski ponad połowa rodzin ma jedynie jedno dziecko. Nieco ponad 1/3 ma dwójkę dzieci, a troje lub więcej – tylko 11,5 proc. Najwięcej rodzin wielodzietnych jest na Podkarpaciu, a najwięcej rodzin z jednym dzieckiem mieszka na Dolnym Śląsku. Program 500+, rozszerzony w 2017 roku także na pierwsze dziecko, nic w trendach demograficznych nie zmienił.

Według danych Eurostatu średni wiek kobiet rodzących pierwsze dziecko w Unii Europejskiej wynosi 29,1 lat, najwyższy jest we Włoszech, gdzie średnio kobieta decydowała się na potomka dopiero w wieku 31,1 lat, a najniższy w Bułgarii – 26,1 lat. W Polsce wynosi on 27,2 lata, ale – niestety – rośnie. Co ciekawe, wiek kobiet rodzących pierwsze dziecko jest ściśle powiązany ze współczynnikiem dzietności. We Włoszech wynosi on 1,34, a w Bułgarii – 1,56. W Polsce współczynnik dzietności jest na poziomie 1,48, co plasuje nas na dwudziestym miejscu wśród krajów Unii Europejskiej.

Paradoksem jest, że wiele par poprzestaje na jednym potomku z obawy o utratę poczucia szczęścia. Boją się, że większa liczba dzieci mogłaby za bardzo pochłonąć ich uwagę, zanadto zaabsorbować, uważają, że straciliby dla siebie czas i zainteresowanie sobą nawzajem. Tymczasem okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie!

Badacze z Edith Cowan University postanowili podejść do tej sprawy naukowo. Dr Bronwyn Harman przez pięć lat rozmawiała z setkami rodziców, sprawdzając m.in. takie aspekty ich życia, jak poczucie własnej wartości, odporność, zadowolenie z życia czy wsparcie społeczne. Okazuje się, że na szczęście trzeba zapracować – by je osiągnąć potrzebujemy co najmniej czwórki potomków. Rodzice większej liczby dzieci są odporniejsi psychicznie i mniej podatni na stres, a zaangażowanie, jakie wkładają w utrzymanie rodziny, daję im poczucie szczęścia. Zwłaszcza, że trud wychowania licznej gromadki na ogół „się zwraca”. Dzieci wychowywane w wielodzietnych rodzinach są bardziej uważne na problemy innych, bardziej empatyczne i wrażliwe.

Duża rodzina tworzy społeczność, której członkowie mają swoje role i zadania. Dzieci w takich rodzinach nie trzeba zabawiać, organizować im czasu, robią to same. Duża rodzina ma też – zdaniem badaczy – dobry wpływ na budowanie u jej członków poczucia własnej wartości – dzieci są pewniejsze siebie, bardziej odważne i ciekawe świata. Poczucie, że mogą liczyć na swoje rodzeństwo, sprawia, że łatwiej podejmują nowe wyzwania i realizują swoje marzenia.

Paradoksem jest zatem, gdy ludzie poprzestają na jednym potomku, chcą – koncentrując swoją uwagę na nim – zapewnić mu szczęście. A tymczasem jest zupełnie odwrotnie! Dodatkowo, dzieci w dużych rodzinach dość szybko przejmują domowe obowiązki, ich rodzice mają zatem więcej, a nie mniej, czasu dla siebie i swoich zainteresowań.

Tyle mówi teoria, ale ja obserwowałam takie rodziny i wiem, że to się sprawdza w praktyce. Znam rodziców piątki dzieci, z których najstarsze ma lat 16, a najmłodsze poszło właśnie do zerówki. Wspaniała rodzina, dzieci świetnie się uczą, każde kolejne wcześniej zaczynało samodzielnie czytać i pisać, bo uczyło się od starszego rodzeństwa. Mają czas na zajęcia pozalekcyjne, są odpowiedzialne, pomagają sobie nawzajem i… bardzo się kochają. I co ciekawe, mama tych dzieci, mimo skończonej czterdziestki, wygląda jak nastolatka, szczupła, zgrabna, ze świetną figurą.

Gdy mój starszy syn chodził do szkoły podstawowej, miał kolegę, z którym był zaprzyjaźniony, często bywał u niego w domu. Było to dziecko rozwiedzionych rodziców, wychowywane przez samotną matkę. Ojciec często wyjeżdżał na zagraniczne kontrakty, z których przywoził synowi mnóstwo prezentów. Dlatego pokój tego wówczas dziesięcioletniego chłopca wypełniały drogie i wtedy trudno w Polsce dostępne zabawki, głównie upragnione przez dzieci klocki Lego. Któregoś dnia posiadacz tej mnogości zabawek powiedział do mojego syna, pokazując na półkę z klockami: „Wiesz, oddałbym to wszystko, żeby tylko mieć braciszka, tak jak ty”. Poruszające słowa, prawda? Mój młodszy syn miał wówczas pięć lat. Starszego urodziłam jeszcze na studiach, gdy miałam lat dwadzieścia. Byłam wtedy na piątym roku (maturę zdawałam w wieku 16 lat) i bez problemu pogodziłam studia z macierzyństwem. Potem, gdy urodziłam drugie dziecko doceniałam dobrodziejstwo trzymiesięcznego urlopu macierzyńskiego, bo przy pierwszym tego nie miałam.

Dziś jedynacy stanowią większość i pewnie nawet nie mają takiego punktu odniesienia, jak kolega mojego syna i nawet przestały marzyć o rodzeństwie. A to przecież takie ważne, nie tylko w dzieciństwie, ale przede wszystkim w dorosłym życiu.

Ważne także i kompletnie niedoceniane jest to, żeby posiadanie dzieci nie odkładać na późniejsze lata. To nie tylko zwiększa prawdopodobieństwo trudności z poczęciem, ale powoduje też większe ryzyko urodzenia dziecka z wadami genetycznymi. Przykładowo, ryzyko urodzenia dziecka z Zespołem Downa u kobiety w wieku 20 lat wynosi 1:1527, a u kobiety w wieku 35 lat już 1:356, a więc o rząd wielkości jest ono większe.

Do niedawna sądzono, że wiek ojca nie ma związku powstawaniem wad genetycznych, jednak coraz liczniejsze badania kliniczne dowodzą, iż wraz z wiekiem mężczyzny, jakość jego nasienia ulega degradacji. Wiek ojca w chwili poczęcia okazał się najistotniejszym czynnikiem zwiększającym prawdopodobieństwo wystąpienia u dziecka autyzmu, schizofrenii lub afektywnej choroby dwubiegunowej. Ponadto u dzieci ojców powyżej 50. roku życia wzrasta ryzyko wystąpienia Zespołu Downa.

Ryzyko wad genetycznych to niesłychanie ważny argument za tym, by decyzji o posiadaniu dzieci nie odkładać. Jest jeszcze jeden, moim zdaniem, nie mniej ważny. Dla dziecka korzystne jest nie tylko posiadanie rodzeństwa, ale także młodych rodziców. Gdy matka i ojciec są w wieku, w którym mogliby już mieć wnuki, swoje dzieci chowają tak, jakby byli ich dziadkami, a nie rodzicami. Stąd tak często spotykamy nadopiekuńczych rodziców, którzy także nie potrafią dać swoim dzieciom tego, co ludzie o 10 czy 15 lat młodsi, nie będą równie jak oni sprawni fizycznie, nie będą partnerami swoich dzieci w uprawianiu sportu, górskich wędrówek, ale i nie będą partnerami w ich zainteresowaniach.

Gdy usłyszałam, co powiedział nowy minister edukacji i nauki o wieku, w którym kobiety powinny rodzić pierwsze dziecko, pomyślałam: „Czy to coś takiego, co powinno rodzić aż takie oburzenie?” Przecież, przy wszystkich zastrzeżeniach do jego retoryki, on w gruncie rzeczy ma rację, a zasadniczo mylą się autorzy akcji „Jedna planeta – jedno dziecko”. Nie jest to bowiem droga do szczęścia, ani dla rodziców, ani dla dzieci.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

10 komentarzy

  1. jerzpolski@wp.pl' jurek pisze:

    Media lubią mówić o różnych wyzwaniach jakie stoją przed nami. Nasze działanie jest określone nie tylko przez nasze decyzje, ale przez czas ich realizacji. Dziś nie tylko trudno mieć dużo dzieci, ale kwestionuje się pojęcie rodziny. Mamy tyle spraw ważniejszych – na 1. miejscu kariera – zakładanie rodziny może poczekać, a potem na dzieci może być już za późno. Słyszałem, że mężczyzna powinien zasadzić drzewo, urodzić syna i zbudować dom; jednak, gdy założy dużą, kochającą się rodzinę to chyba najważniejsze.

  2. marwiac2@poczta.onet.pl' Mariusz pisze:

    Przed laty byłem na wyjeździe w Irlandii (grant dla lokalnych społeczności) w międzynarodowym towarzystwie. Wdałem się tam w rozmowę z frau Szyja, Polka która wyjechała za chlebem do RFN w latach 80 taki volswagendojcz jak ich nazywaliśmy. Ja dumny posiadacz 3 dzieci, ona „partnerka” Niemca wygłaszała mi swoje mądrości. Nie opłaca się mieć dzieci i „argumentowała” wychowanie dziecka kosztuje 200 tys. marek i to się nigdy nie zwróci, a ja za te pieniądze mogę poznać kawał świata. Taka mentalność „drogą kropelkowego” zarażenia dotarła do naszego kraju. Ja mam troje dzieci i też w latach 80 miałem opinię dziecioroba. Dzisiejszy efekt małej dzietności to skutek tamtej jadowicie sączonej propagandy. Choć ja nie narzekam ma 4 wnucząt i następne się szykują.

  3. alinapetrowa@gmail.com' Alina Petrowa pisze:

    Dyskusję o wielodzietnych rodzinach należy zacząć od tego, kim i jacy są rodzice, jakie są ich hierarchie wartości. Jeśli małżonkowie są gotowi do poświęceń, rezygnacji z rozmaitych dóbr, jeśli są otwarci na przyjmowanie kolejnych dzieci i uważają je za skarb – tworzą rodzinę wielodzietną. A ich spojrzenie na świat jest dużą szansą na stworzenie szczęśliwej rodziny i wychowania szczęśliwych dzieci. Obserwowałam wiele rodzin wielodzietnych – dzieci z takich rodzin są bardziej otwarte, ufne, jest też w nich znacznie mniej lęku.

    Są też rodzice, nastawieni na karierę, osiągnięcie dobrobytu, konsumpcję. W takim systemie wartości dziecko jest kulą u nogi konsumpcji, przeszkadza. Jeśli taka para „pozwoli” urodzić się jednemu dziecku, często irytują ją ograniczenia, związane z wychowaniem. Przeczytałam kiedyś w internecie wpis młodej kobiety. Dzieci – pisała – to bardzo kosztowna i niepewna inwestycja, na dodatek ryzykowna. Dlatego trzeba dobze się zastanowić, czy warto je mieć.

    Tak więc wszystko zaczyna się w głowach młodych ludzi. Co jest ważne i cenne, jakie mają cele życiowe. Media nastawione są na promowanie niezakłóconej konsumpcji, mało kto opowiada, jak wspaniała jest liczna, kochająca się rodzina. Nie wiem, czy ktoś mowi, że pod koniec życia lepiej być otoczony kochającymi ludźmi niż markowymi produktami.

  4. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Ożywiona dyskusja na temat poruszony w tym tekście toczy się w mediach społecznościowych.

    Na Twitterze:

    Andrzej Polski (Andrea Speranza) @AndrzejPadre1
    To jest prawda obiektywna i nie da się z nią polemizować. Z faktami się nie polemizuje.

    Ciao Bella @jumanji_765
    Tak, powinno. Nie jest rolą ministra (ani jakiegokolwiek innego urzędnika państwowego) komentowanie życiowych i – często intymnych – wyborów ludzi.

    Maciej Szymczak @maciej_szymczak
    Prof. @CzarnekP wygłosił swoją opinię (do której ma pełne prawo) nie jako państwowy urzędnik, tylko jako naukowiec. Poza tym — to nie był „komentarz”. Proszę nie manipulować informacjami.

    Ciao Bella @jumanji_765
    Tak. I w związku z tym nie ma kwalifikacji, aby objąć wysokie funkcje publiczne, szczególnie kierować Ministerstwem Edukacji. Jego wypowiedź może być akceptowalna jako naukowca (jak każda, nawet niedorzeczna teza), lecz jest dyskwalifikująca w kontekście urzędniczym.
    Maciej Szymczak @maciej_szymczak
    Ale chyba nie rozumiesz Kolorowy Anonimku co to są kwalifikacje. Dr hab. nauk prawnych
    @CzarnekP, konstytucjonalista z doświadczeniem w pracy na uczelni i w administracji państwowej ma doskonałe kompetencje do pełnienia funkcji ministra. NB Ma świadomość działania w ramach prawa.
    Prof. @CzarnekP wygłosił swoją opinię (do której ma pełne prawo) nie jako państwowy urzędnik, tylko jako naukowiec. Poza tym — to nie był „komentarz”. Proszę nie manipulować informacjami.

    Jarek Myjak @JarekMyjak
    Nie jest rzeczą ministra edukacji i nauki domagać się, by kobiety rodziły więcej i wskazywać najważniejszy ku temu wiek. Prawo nie przyznaje temu urzędnikowi takich kompetencji. Takze samo ministrowi kultury nie daje prawa do łajania artystów, a ministrowi sprawiedliwości – LGBT.

    Anna Makuch @annakmakuch
    Nie do końca. Industrializacja i urbanizacja zaczęły wpływać na przemiany. Na wsiach model 2+5 i więcej był popularny, dziecko pomagało w pracy. W mieście dziecko było kosztem, inwestycją, stąd np. 2+2. Dziś raczej niska dzietność wynika z kultury samorealizacji.

    Jan Miedzik @cooper_nikus
    Model 2+5 i więcej był popularny dopóki większość z ludzi nie dożywała wieku rozrodczego. Co z tego ze ktoś miał 7 dzieci jeśli 3-4 albo i 5 umierało na ospę, gruźlicę itp.

    not_registered @not_registered
    Czyjej samorealizacji? Bo przecież nie rodziców. Przeciętne dochody w Polsce wystarczają na to, żeby zapewnić dziecku edukację na jakim takim poziomie. Być może kurs angielskiego i narty w zimie. No ewentualnie studia później.

    Jochanan @Jochana80513600
    @SylwiaSpurek ostatnio mówiła, jak jest szczęśliwa że nie ma dzieci. Myślę, że to nie wyjątek.

    not_registered @not_registered
    Jaki to procent całości – takie spurkoidy?

    Jochanan @Jochana80513600
    Myślę, że całkiem sporo. Zapytaj w szkołach czy młode dziewczyny chcą rodzic dzieci i czy dla nich to jest wartość. Zresztą warto też spojrzeć na bogaty Zachód…

    not_registered @not_registered
    Statystycznie myślę, że może 5%. I będę kibicował by wytrwały w swojej decyzji dla dobra swoich dzieci na pridumku.

    PaintedSoul i depresja @soul_painted
    Teraz lament, że nie ma rodzin wielopokoleniowych, a jednocześnie nacisk, żeby młodzi szli na swoje (czyt. mieszkali gdzie indziej). Jak to się łączy?
    Prawda. Jestem jedynaczką, rodzice nie mogli mieć więcej dzieci, mimo że chcieli. Nie było mi z tym łatwo, zawsze marzyłam o rodzeństwie, zazdrościłam innym. Mam rodzeństwo bardziej w biblijnym sensie, bo to dalsza rodzina. Chciałam mieć swoją dużą rodzinę, ale też nie wyszło.

    Barbara Utecht @b_utecht
    Nie należy zapominać, że warunkiem szczęśliwej wielodzietnej rodziny są przede wszystkim zasady moralne i hierarchia wartości.

    Ewa @Ewa65781381
    I trwała dobra relacja małżeńska. Bez tego nie ma szczęśliwej rodziny niezależnie czy z jednym czy dwójką czy większą liczbą dzieci.

    Daria Ziemiec @DariaZiemiec
    „Rodziny z dziećmi i bez dzieci współczują sobie nawzajem” Edgar Watson Howe

    Rafal Kubara @2003Rafal
    I zazdroszczą też czasem.

    Vector @_invector
    W 1974 roku, ludność świata, po czterdziestu latach, podwoiła się. W 2024, po pięćdziesięciu latach znowu się podwoi, tak że perspektywy rysują się tragiczne. Nie przykładajmy ręki, czy raczej czego innego, do zwiększania tego problemu. Dwoje dzieci to w sam raz.

    Karola Magna @Karo_SzF
    Byli bliżej dziadków niż obecnie, tworzyli wspólnotę, mogli sobie nawzajem pomagać. Dziś młode matki często są same (mąż w pracy, rodzice daleko), mimo licznych urządzeń ułatwiających prace w domu nie jest łatwo…

    Maj Wu @MajWu
    Nie jest łatwo bo dziecko ma potrzebę rozwoju, a tej jedna mama nawet bardzo energiczna nie zawsze jest w stanie zapewnić. Dziecko znudzone = nieszczęśliwe marudne i wymagające. Kobiety natomiast nie są przystosowane do przebywanie non stop wyłącznie z maluchem. Brak stada 🙁

    Anna Makuch @annakmakuch
    Pamiętam PRL, paczka tetrowych do prania ręcznego, ubranka szyte, sweterki na drutach, jeden model karuzelki krążył po sąsiadkach. Pelerynki i buty na szydełku. Obiady gotowane, półproduktów nie było, zupki przecierane przez sito. I pensje raczej niskie.

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Tak. I wtedy rodziło aię więcej dzieci. Zwykle młodzi mieszkali albo w wynajętym pokoju, albo z rodzicami, też zajmując z dzieckiem (dziećmi) jeden pokój, a kuchnia i łazienka wspólne.

    Tomasz Kuczborski @tomek_Q
    Ja to mam na co dzień. Moja córka ma sześcioro dzieci, a syn do niedawna – jedynaczkę ( teraz ma dwoje). Poświęcał jej z żoną więcej czasu niż córka swojej całej bandzie…

    Andrzej Nowak @AndrzejNowak
    Nie ma to związku z #antykoncepcją (jej dostępnością), #wychowanieSeksualne, świadomą/zaplanowaną lub niezaplanowaną #ciążą…?

    not_registered @not_registered
    Rodzina wielodzietna i wielopokoleniowa w takim sensie jak to opisano to mit XIXw gdy liczba urodzeń była wysoka, a śmiertelność zaczęła gwałtownie spadać. Historycznie nie miało to miejsca najbogatszymi warstwami. Z drugiej strony polityka jednego dziecka jest nie do utrzymania.

    Magdalena Łysiak @magda_razem
    Kiedyś się nie myślało, że najpierw się „trzeba dorobić/skończyć studia/pożyć”, a potem dopiero mieć dzieci. To mit bardzo niebezpieczny, czekając na odpowiedni moment, można przegapić szczęście…

  5. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Problem poruszony w tekście jest ważny i zasługiwałby na poparte badaniami duże, socjologiczne opracowanie. Siłą rzeczy więc zarówno w tekście, który ma felietonową formę, a zwłaszcza w komentarzach ująć można tylko pewien wycinek zagadnienia.

    Całkowicie zgadzam się z Aliną Petrową, że wszystko zależy od tego kim są rodzice, jaki mają system wartości, w czym upatrują szczęście. Rodzice wielodzietnych, świadomie zakładanych dużych rodzin, to przede wszystkim kochający się wierni sobie małżonkowie. Oni dla siebie wzajemnie są opoką, oparciem i to samo przekazują swoim dzieciom. Radość sprawia im dawanie, siebie swego czasu, poświęcenia… Niestety, te przymioty są coraz rzadziej spotykane, na co ma wpływ zarówno wychowanie, jak i kultura masowa (film, telewizja, reklama i prasa kolorowa, o czym pisałam w tekście „Kolorowa prasa kobieca” http://twittertwins.pl/kolorowa-prasa/), gdzie dominuje promocja hedonizmu, używania życia, nietrwałych związków… Wzorem stają gwiazdy filmu i estrady, słowem celebryci i ich burzliwe życie (przy okazji przypominam mój tekst „Celebryci” http://www.twittertwins.pl/celebryci/), a wskazania tracącego autorytet Kościoła mają dla ludzi coraz mniejsze znaczenie.

    Nie bez znaczenia jest nietrwałość związków. W miastach rozpada się co drugie małżeństwo, a pozwy rozwodowe coraz częściej składają kobiety. Jeszcze częściej i łatwiej rozpadają się związki nieformalne, a tych jest coraz więcej. W dużych miastach ponad połowa dzieci rodzi się w takich związkach. Jak tu myśleć o dużej rodzinie, gdy wszystko jest tymczasowe i nietrwałe. Praca w korporacjach, wyjazdy integracyjne, samorealizacja – to ma przynosić szczęście.

    Duży wpływ na takie podejście ma wychowanie, nie tylko do wygód i egoizmu, ale też do nieposiadania dzieci. To już wpajają rodzice, zwłaszcza córek. Córunie mają robić karierę, a dziecko? Dziecko to przeszkoda. Tak było już w pokoleniu moich synów, jeden z nich opowiadał, gdy ich znajoma zaraz po studiach i niedługo po ślubie zaszła w ciążę, to rodzice rozpaczali. Na szczęście dziewczyna się tym nie przejęła, teściowie mieli inne podejście. Dziś jako 45-latka jest szczęśliwą matką czwórki dzieci. Niemniej taka postawa rodziców wobec planów posiadania przez ich córki dzieci nie jest zachęcająca. Żeby się decydować na dużą rodzinę trzeba przełamywać potworne stereotypy. Nie zapomnę komentarza wypowiedzianego przez nobliwą, starszą panią na wiadomość, że moja rówieśnica, wówczas czterdziestoparolatka, będzie miała piąte dziecko. Powiedziała wówczas: „Aż taka wierząca! Nie mogła usunąć?” Zaś autorka tych słów deklarowała się jako wierząca. Cóż, bez komentarza.

    W okresie międzywojennym wielodzietność była czymś naturalnym. Do dziś pamiętam podręcznik akademicki z ginekologii i położnictwa, własność naszego stryja Leonarda, który po wojnie wyemigrował do Argentyny. Na temat dzietności był taki passus: „Lepiej wychować siódemkę zdrowych i zadbanych dzieci niż chorowitych i niedożywionych czternaścioro.”

    Dziś wydaje się to abstrakcyjne. Ale już znajomi naszych rodziców mieli na ogół tylko dwoje dzieci, do rzadkości należało troje. W szkole też nikt z kolegów nie miał licznego rodzeństwa. Wielodzietne rodziny bywały częściej na wsi, tam dzieci pomagały w pracy na polu i w obejściu. Wśród inteligencji wielkomiejskiej należały do rzadkości.

    Dziś eurodeputowana Sylwia Spurek szczyci się tym, że wraz mężem jako osoby 44-letnie nie chcą, nie mają i nie zamierzają mieć dzieci. Za to aborcja dla pani „polityczki” jest OK, co też demonstruje publicznie. Takich osób nie brak i podejścia, jak Basi Corelowej, że człowiek to największy szkodnik dla naszego globu. Warto zapytać co lub kto jest dla kogo.

    Dlatego cieszyć może fakt, że wbrew modom i presji otoczenia, są dziś rodziny świadomie wielodzietne, które szczycą się z tego powodu. Wśród osób publicznie znanych to choćby Konstanty Radziwiłł i Cezary Jurkiewicz (8 dzieci), Krzysztof Sietczyński (6 dzieci), Agata Puścikowska i Tomasz Terlikowski (5 dzieci)… W gronie znajomych też mam rodziny, które zdecydowały się na liczne potomstwo, jak choćby córki byłego marszałka województwa dolnośląskiego prof. Jana Waszkiewicza (jedna pięcioro, druga sześcioro dzieci), Ola i Marcin Nyklowie (piątka dzieci) itp. I oby ich było więcej.

  6. olanykiel@gmail.com' Ola pisze:

    Potwierdzam. Jako mama 5 dzieci uważam, że wielodzietna rodzina jest przestrzenią rozwoju i nabywania umiejętności społecznych, których najlepsza nawet szkoła, zajęcia popołudniowe nie są w stanie zapewnić dziecku tego co niesie ze sobą każdy przeżyty dzień z rodzeństwem. To szkoła kompromisu, ale też i odpowiedzialności za siebie nawzajem, za nasze domowe obowiązki, którymi dzielimy się sprawiedliwie, co nie oznacza ze równo ☺️
    Sama również pochodzę z wielodzietnej rodziny i jako 6 najmłodsze dziecko, jestem Bogu i rodzicom wdzięczna za doświadczenie miłości, mądrości wsparcia i towarzyszenia w całej historii mojego życia. Teraz razem z mężem staramy się swoim dzieciom przekazywać wartości wyniesione z domu rodzinnego i żyć tak, by dziękować Bogu za każdy przeżyty dzień.
    Z całego ❤️ polecam

  7. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Znam bardzo dużo rodzin wielodzietnych (nawet taką, gdzie za siódmym razem trafiły się trojaczki). To głównie rodziny w których przynajmniej część dzieci już dorosła. Wiekszosc całkiem dobrze radzi sobie materialnie – nie ma biedy, rozwijają swoje gospodarstwa czy firmy. Rodzice są ludźmi pracowitymi i zaradnymi
    i dzieci sa zadbane, choć pewnie nie mają tego co jedynacy w dobrze usytuowanych rodzinach. Duzo młodych studiuję, choć częściej zaocznie. Szerzony mit o „patologii”, wmawianie, że wielodzietność wiąże się z biedą, nałogami i nieodpowiedzialnoscią sam w sobie jest patologią. Owszem takie rodziny też się zdarzają, ale z moich obserwacji to zdecydowana mniejszość. Nie podlega dyskusji, że młodzi ludzie dorastający w rodzinach wielodzietnych są lepiej przygotowani do życia w społeczności niż jedynacy. Dlaczego ubywa takich rodzin? Na pewno znaczenie mają pewne kulturowe wzorce zycia zachęcające do „samorealizacji” kariery podróżowania. Jeszcze kilka lat temu był silny nurt kina familijnego, teraz przeważaja perypetie ludzi pracujących w korporacjach tworzących krotkookresowe związki i rodziny patchworkowe. Z jednej strony filmy, seriale są odbiciem rzeczywistości, a z drugiej ja kształtują.
    Nie mozna też oczywiście lansowac tezy, ze ludzie bezdzietni czy ograniczający się do posiadania 1-2-ga dzieci robią to z wygodnictwa czy karierowiczostwa. Duży wpływ mają kwestie zdrowotne, choroby cywilizacyjne, konieczność stałego brania leków. Wychowywanie dzieci to nie tylko zwyczajne obowiązki i wydatki, ale często wielki stres o ich zdrowie, setki wizyt u lekarzy i rehabilitantow. Czasem tez traumatyczne przeżycia związane z bezradnoscią w przypadkach zagrożenia życia dziecka: wypadek, choroba.
    Jeżdżę po terenach wiejskich i widzę, że także rodziną, dzieci wciąż, także dla młodych ludzi są bardzo ważna wartością. Mam wrażenie, że program 500+ i te minimum bezpieczenstwa socjalnego które zapewnią daje tu pozytywne efekty w postaci decyzji o powiększeniu rodzin. Jednak zachęta finansową to za mało. Programy prorodzinnej muszą być wszechstronne i mądre, obejmować kwestie ochrony zdrowia, żłobków, przedszkoli, szkół, kodeksu pracy, podatków, praw emerytalnych, kultury, tworzenia dobrej atmosfery wokół rodzin z dziecmi. Tu jeszcze bardzo dużo jest do zrobienia i dobrze, zeby nie robić tego w klimacie wojny ideologicznej

  8. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Na Facebooku, nie tylko na Twitterze toczy się dyskusja inspirowana tym tekstem

    Basia Corelowa
    Rzecz nie w szczęściu dzieci, a w dobrostanie planety. Jest nas po prostu za dużo.

    Justyna Godlewska-Iskierka
    Bzdura, cała ludzkość (na stojąco) zmieści się w obrębie kwadratu 100 km na 100 km. Czyli jedno większe miasto.

    Basia Corelowa
    No i co z tego? Nie chodzi o powierzchnię, jaką zajmie (zresztą, powodzenia w życiu w obrębie tego kwadratu), ale o zasoby, jakich potrzebuje i stopień degradacji, jaki generuje. Człowiek jest największym szkodnikiem na ziemi i doprowadzi do totalnej katastrofy.

    Ola Nykiel
    Potwierdzam. Jako mama 5 dzieci uważam, że wielodzietna rodzina jest przestrzenią rozwoju i nabywania umiejętności społecznych, których najlepsza nawet szkoła, zajęcia popołudniowe nie są zapewnić dziecku tego co niesie ze sobą każdy przeżyty dzień z rodzeństwem. To szkoła kompromisu, ale też i odpowiedzialności za siebie nawzajem, za nasze domowe obowiązki, którymi dzielimy się sprawiedliwie, co nie oznacza ze równo. Z całego serca polecam.

    Olga Zaród
    Myślę, że samo „założenie dużej rodziny” jest niczym w porównaniu z urodzeniem członków tej rodziny. Proszę od nas nie wymagać heroizmu.

    Jerzy Strzelczyk
    Urodzenie musi być decyzją przemyślaną przez obojga rodziców, a to dopiero początek, wstęp do kształtowania osobowości zrodzonych istot. Jako ojciec trójki synów rozumiem związane z tym problemy.

    Olga Zaród
    Oczywiście. Zgadzam się. Model rodziny to decyzja i praca obojga rodziców.
    Nie wiem, czy troje dzieci (płeć chyba nieistotna?) to już duża rodzina, natomiast nie sadzę, że „prowadzenie” takiej rodziny spoczywa jednak na kobiecie, która te dzieci musi urodzić i poserwisować. Potem dopiero można rozłożyć równo obowiązki .
    Zabawne jest, że w tym wątku piszą ludzie, którzy mają naprawdę mało dzieci i w dodatku oddali się karierze (często naukowej).

    Maria Wanke-Jerie
    Bo inspiracją tej dyskusji był mój tekst, a jego punktem wyjścia kanadyjska akcja „uszczęśliwiania swojego pierwszego dziecka przez nieposiadanie następnego”. Czyli dyskutowanym problemem było mieć jedynaka vs. mieć więcej niż jedno dziecko. Oczywiście jako pozytywne przykłady były podawane duże rodziny (od czwórki dzieci wzwyż), bo one zapewniają szczęście. Ale już dwoje dzieci to znacznie lepiej niż jedno. Cytuję słowa kolegi mojego syna, który wskazując na półki zabawek, powiedział: Oddałbym to wszystko, gdybym mógł mieć braciszka, tak jak ty.

    Olga Zaród
    A ja pisałam, że dzieci są różne – bardzo chciałam mieć rodzeństwo. Natomiast moje koleżanki z dużych (niepatologicznych) rodzin marzyły o prywatności, przestrzeni, świętym spokoju i ODROBINIE autonomii.

    Olga Zaród
    Często ludzie chcą mieć to, czego im brakuje. Najczęściej doceniają to dopiero, gdy są dojrzałe. Pozdrawiam serdecznie.

    Jerzy Strzelczyk
    Mam 3 synów, ale również 3 braci, w tym jeden na cmentarzu. Życie rodziny wielodzietnej może być trudne, czego wiele razy doświadczyłem, ale po czasie zaczynamy doceniać jego dobrodziejstwa. Nie zauważyłem wypowiedzi panów , a szkoda, bo ich rola nie zawsze jest doceniana pozytywnie.

  9. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Dziękuję za zainteresowanie tematem i dyskusję, która toczyła się przede wszystkim w mediach społecznościowych, na Twitterze i Facebooku, dlatego tym bardziej jestem wdzięczna autorom komentarzy pod tekstem. Dyskusja koncentrowała się wokół powodów zanikającego modelu rodziny wielodzietnej, nie zaś samego problemu niechęci do posiadania dzieci w ogóle. Pisząc ten tekst nie wiedziałam, że poruszony przeze mnie problem będzie tematem numeru Plus Minus, czyli sobotnio-niedzielnego wydania Rzeczpospolitej. Tomasz Terlikowski w swoim artykule stawia tezę, że wskutek zmiany rozumienia małżeństwa i miłości społeczeństwo uległo głębokiej transformacji, co doprowadziło w konsekwencji do sytuacji, w której znaleźliśmy skraju demograficznej katastrofy. Na koniec zadaje pytania: Ile seriali promujących normalne życie rodzinne, piękno wielodzietności czy godzenie ról powstało w TVP? Ile filmów pokazujących moc życia rodzinnego dofinansował PISF?
    Jeżeli ten tekst i wywołana przezeń dyskusja, a zwłaszcza te komentarze, jak Oli Nykiel, które są osobistym świadectwem matki piątki dzieci, posiadającej jednocześnie piątkę rodzeństwa, wypełniły choć maleńką cegiełką tę ogromną lukę, to bardzo cieszę. Wszystkim, którzy wnieśli do niej swój wkład – czytelnikom, tym którzy ten tekst promowali, podawali dalej jego zapowiedzi, autorom komentarzy, postów i tweetów jestem ogromnie wdzięczna.

  10. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Dobrze się dzieje.Większość zwolenników PiS wymrze na własne życzenie.ZUS będzie zadowolony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *