Sanitaryzm

Sanitaryzm to pojęcie zdefiniowane przez dr. Pawła Basiukiewicza, który tak nazywa działania rządu w reakcji na pandemię COVID-19. Przypisuje im trzy założenia: ZeroCovid za wszelką cenę, masowe szczepienia jedyną drogą do normalności i masowe testowanie, a wszystko to jego zdaniem ma sprawiać wrażenie kontroli niezależnie od kosztów. Kontestuje on każde z tych założeń, postulując traktowanie COVID-19 jak zwykłą grypę. Wtedy, jego zdaniem, znikną wszystkie problemy i zapanuje upragniona normalność. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Bardzo podoba mi się określenie „sanitaryzm” – napisał na Twitterze Łukasz Warzecha, który za szczególnie celne uważa wskazanie pierwszego założenia, oceniając je jako szkodliwą utopię.

Nie zgadzam się z takim myśleniem i to nie dlatego, że bezrefleksyjnie popieram wszystkie działania rządu. Wprost przeciwnie, nierzadko je krytykuję, ale próbuję rozumieć skąd biorą się takie, a nie inne decyzje w obliczu rozprzestrzeniającej się falami epidemii, są bowiem próbą znalezienia równowagi między tym, co konieczne, by ratować życie ludzi, a tym co możliwe, żeby nie degradować gospodarki. Codzienne statystyki covidowych zgonów, zajętych łóżek, zwłaszcza tych na intensywnej terapii, pokazują, że celem nie jest, jak pisze dr Basiukiewicz, zero COVID, ale nieprzekroczenie granic wydolności systemu opieki zdrowotnej. Od początku tak to widziałam.

Dzienna liczba zakażeń SARS-CoV-2 w Polsce od początku pandemii COVID-19

Dzienna liczba zgonów na COVID-19 w Polsce od początku pandemii

Twardy lockdown rok temu, z zaleceniem pozostawania w domach, zamknięciem parków, placów zabaw, a nawet lasów rozumiałam jako grę na zyskanie czasu. Wtedy brakowało dosłownie wszystkiego, kombinezonów ochronnych, rękawiczek, maseczek, środków dezynfekcyjnych. Szpitale nie były przygotowane na przyjmowanie chorych na COVID i gdyby nie te twarde zalecenia rozwój epidemii mógł się potoczyć jak w Lombardii, ale ze skutkami nieporównanie bardziej tragicznymi, właśnie ze względu na stan służby zdrowia w Polsce. Przecież nawet to obśmiewane zamykanie lasów miało jakiś sens, bo ludzie masowo spotykali się na piknikach właśnie w lasach. W okolicach Wrocławia były tłumy biwakujących, pijących piwo ludzi w bliskim kontakcie ze sobą. Wiem, bo byłam kilka razy i widziałam. Na własne oczy. Pamiętam też prawie całkowity brak środków dezynfekcyjnych i jak mój mąż objeździł kilkanaście stacji ORLEN-u, bo tam była pierwsza ich dystrybucja i wszędzie okazywało się, że były one niedostępne. Stosowałam więc receptę na sporządzenie płynu do dezynfekcji domowym sposobem według przepisu prof. Krzysztofa Simona ze spirytusu, octu i mydła w płynie. Na szczęście udało mi się w sklepie kupić spirytus… Przecież z powodu braku środków dezynfekcyjnych zalecano używanie rękawiczek, bo były gdzieniegdzie do kupienia. Od dawna nie jest konieczne ich stosowanie, bo wszędzie dostępne są już środki do dezynfekcji. Dlatego zalecanie na początku pandemii, a obecnie zaniechanie tych zaleceń to nie, jak twierdzi Piotr Zaremba, niekonsekwencja, tylko efekt innych obecnie warunków. Podobnie jak całkowity brak rok temu jednorazowych maseczek, których ceny poszybowały w górę, a i tak były prawie niedostępne. Dlatego ich nie zalecano, lansując w zamian hasło „zostań w domu”. Pamiętam, jak w kwietniu ub.r. znajoma farmaceutka odłożyła mi kilka maseczek tzw. medycznych po 5 zł za sztukę. Dziś kosztują 30 gr. I maseczek wszędzie jest pod dostatkiem, można przebierać w fasonach, kolorach, stopniu ochrony. Dlatego proponuję w ocenie działań antycovidowych brać zawsze pod uwagę kontekst, w tym aktualną wiedzę, która w wyniku prowadzonych badań i symulacji zmienia się.

Na początku liczby zakażonych i hospitalizowanych były niewielkie, nielicznych też pacjentów kierowano na oddziały intensywnej terapii, a zgony dotyczyły w większości osób w podeszłym wieku, najczęściej z różnymi chorobami towarzyszącymi. Osoby w sile wieku i młode, nawet jak „dopadł” ich wirus, chorowały na ogół umiarkowanie ciężko lub lekko. Takie doświadczenie niegroźnego przebiegu choroby, własne, kogoś z rodziny lub  znajomych, sprzyjało coraz bardziej lekceważeniu zagrożenia. Zdjęcia z Lombardii czy Hiszpanii szybko poszły w zapomnienie, a powszechne stało się retoryczne pytanie: „Czy ktoś z pani/pana znajomych zachorował?”. To w domyśle miał być dowód na to, że epidemia jest jedynie konstruktem medialnym.

W pewnym sensie Polska stała się ofiarą początkowego sukcesu w walce z rozprzestrzenianiem się zakażenia.

Wiosną 2020 roku większość ludzi nie miała znajomych, którzy by na COVID zachorowali, a tym bardziej takich, którzy na tę chorobę umarli. Nie należałam do tego grona. Przyjaciel mojego męża zmarł na COVID już 23 kwietnia ub.r. Miał na imię Jerzy, mój mąż zadzwonił do niego z życzeniami i od córki dowiedział się, że właśnie umarł. Zaraził się od syna, którego praca wymagała wyjazdów w delegacje. Syn chorobę przeszedł lekko, ale zaraził rodziców. Ojciec nie przeżył, choć nie cierpiał na żadne przewlekłe schorzenia, był szczupły, miał zdrowe serce i nie miał cukrzycy. Już wtedy wiedziałam, że ta choroba zabija. Kolega mojego siostrzeńca pracował jako lekarz na oddziale intensywnej terapii w klinice zakaźnej przy ul. Koszarowej we Wrocławiu. Codziennie tam umierali ludzie. Wiedziałam dobrze, że to nie jest „grypka”. Już dziś tam nie pracuje, nie wytrzymał psychicznie tego ciągłego umierania pacjentów i przeniósł się do szpitala poza Wrocław. Woli dojeżdżać niż niemal każdego dnia wypisywać akty zgonu.

Nie, nie ogarniał mnie wtedy strach, ale miałam pewność, że sprawa jest poważna. Dlatego razem z mężem sporządziliśmy testamenty i złożyliśmy je u notariusza. Bez paniki. Tak na wszelki wypadek. I respektowaliśmy obostrzenia, nie z lęku, jak wielu mi wmawiało, ale z poczucia odpowiedzialności. Odpowiedzialności za siebie i za innych. Wychodziliśmy bowiem z założenia, że nie tylko każdy spotkany przypadkowo człowiek może być chory i zarażać, ale także my sami możemy zarażać. Przecież choroba ma kilkudniowy okres inkubacji, kiedy to nie daje objawów, ale już jest zakaźna. Mieszkamy w 15-kondygnacyjnym budynku, jeździmy windą, czyli gabarytowo niewielkim, niewietrzonym pomieszczeniu, w którym co chwilę ktoś zostawia aerozol swojego oddechu. Miałam świadomość, że w każdej chwili mogłam się zarazić, często chodziłam po schodach aż na 11. piętro, ale gdy zorientowałam się, że klatką schodową (wąską i niewietrzoną) chodzą młodzi, zrezygnowałam.

Przyjęłam zasadę „nie kusić losu”, żeby później nie mieć powodów do robienia sobie wyrzutów. Przede wszystkim chroniłam męża, bo jest starszy ode mnie, z chorobą wieńcową, po operacji bypassów. On COVID-u na pewno by nie przeżył, a ja rwałabym sobie włosy z głowy, że to przeze mnie. Dlatego mój syn, jak przychodził do nas w jakiejś pilnej sprawie, to zawsze na krótko i w czasie rozmowy przez cały czas jesteśmy w maseczkach. My i on. Ostatecznie zawsze można porozmawiać przez Skype’a. To nie jest to samo, ale wyrzeczenie warte życia mojego męża. Miałam cały czas świadomość, że nie robię nic nadzwyczajnego, że to spokojne, racjonalne zachowanie. I zawsze dziwiła mnie otaczająca zewsząd histeria, jak rujnująca dla psychiki jest izolacja.

Ograniczenie fali epidemicznej jest głównie związane z zachowaniami ludzi. Oby te były racjonalne – mówi wirusolog prof. Włodzimierz Gut.

Te odgórnie wprowadzone nakazy i zakazy mają kształtować zachowania ludzi, same obostrzenia działają w ograniczonym zakresie, gdy nie są przestrzegane, a przede wszystkim rozumiane. Pamiętam księdza z wiejskiej parafii, który odprawiał Mszę św. w lateksowych rękawiczkach, ale Komunię św. rozdzielał bez maseczki, nie dezynfekując przed tym rąk i to na przemian rozdając tradycyjnie i do ust. Rękawiczki pełniły rolę jakiegoś amuletu, ale ksiądz nie miał problemu z tym, że zbliża się do wiernych na odległość dużo mniejszą niż zalecane dwa metry, mówi wprost do ich twarzy, a oni odpowiadają. A tym, którzy przyjmują Komunię św. na rękę przenosi ślinę tych, którym dopiero co podał Hostię do ust. Kompletne niezrozumienie mechanizmu przenoszenia wirusa, przy dobrych chęciach zabezpieczenia się przed wirusem.

Częsty sposób noszenia maseczek, zwłaszcza przez młodych; chcą oni zapewne pokazać swoją dezaprobatę wobec tego obowiązku i demonstrują swój cynizm, na zasadzie „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”

Ks. Dariusz Kowalczyk napisał na Twitterze:

„W argumencie, że mamy ograniczenia, a Covid-19 wciąż jest problemem, a zatem ograniczenia są nieskuteczne, jest pewien istotny brak. Otóż któż może zapewnić, że bez ograniczeń sytuacja byłaby taka sama, a nie 10 razy gorsza… I kto wziąłby za to odpowiedzialność?”

Podzielam ten pogląd. Dlatego dziwi mnie, że prof. Miłosz Parczewski, wbrew opinii pozostałych członków Rady Medycznej przy Premierze, kwestionuje sens noszenia maseczek na otwartej przestrzeni i dywaguje na temat otwarcia salonów fryzjerskich, twierdząc, że nie ma badań dotyczących tego typu usług. To co, będziemy badać oddzielnie salony fryzjerskie, kosmetyczne, salony masaży, siłownie i fitness kluby? Dla każdego rodzaju usług, choć wszystkie one związane są z przebywaniem w zamkniętej przestrzeni z niemożliwością zachowania odległości półtora do dwóch metrów między klientem i świadczącym usługi, a często i miedzy klientami. Nie wystarczy stwierdzenie, że przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu, bez zachowania dystansu dłużej niż 15 min. to wysokie ryzyko zakażenia? Ale koronasceptycy chcą badań. Pytają, a są jakieś badania, że można zarazić się u fryzjera? A u kosmetyczki? Po co takie badania?

– Prawdą jest, że najszybciej wirus rozprzestrzenia się w zamkniętych i niewietrzonych pomieszczeniach, w których gromadzi się wiele osób. Nie zgadzam się jednak z tezą, że nie musimy się zabezpieczać maseczkami na zewnątrz. Owszem, jeśli wędrujemy samotnie po lesie czy jesteśmy na szlaku z dala od innych ludzi, to maseczkę można zdjąć dla swojego komfortu – zaznacza w rozmowie z Interią prof. Szuster-Ciesielska. Dodaje, że na ulicach i wszędzie tam, gdzie zagęszczenie ludzi jest większe, w dalszym ciągu powinniśmy maseczki nosić.

– Nie wiemy, kiedy ktoś się do nas zbliży, kiedy znajdziemy się w większej grupie ludzi. W obecnej sytuacji zaprzestanie noszenia maseczek na zewnątrz to w dalszym ciągu niepotrzebne ryzyko. Pandemia cały czas trwa, nie została odwołana, i do czasu kiedy to się nie stanie, to powinniśmy stosować się do obostrzeń. Noszenie maseczki nie jest jakąś wielką niewygodą, a może być dla nas istotnym zabezpieczeniem – przestrzega.

– Polskie obostrzenia są uciążliwe, ale mają niską skuteczność, bo de facto się ich nie egzekwuje – ocenia Maria Libura, ekspertka Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. zdrowia. Ta opinia pokrywa się z moimi obserwacjami. Smutny rekord nadmiarowych zgonów, których apogeum przypadło na drugi tydzień kwietnia, spotkał się z zaskakująco obojętnym przyjęciem. Z jednej strony dość powszechne było przekonanie, że „nic się nie stało”, z drugiej, że „tak musiało być”. – To taka toksyczna mieszanka niefrasobliwości i fatalizmu – mówi Libura.

Średnie tygodniowe liczby zajętych respiratorów i liczby zgonów od początku września do 19 kwietnia 2021 roku

Ocenia, że złożyło się na to wiele czynników: oszczędna strategia testowania, wydolność sanepidu, a od pewnego momentu unikanie potwierdzenia zakażenia przez część obywateli. W konsekwencji zabrakło wiedzy o skali epidemii w Polsce, a następnie także danych o przyczynach zgonów, ich związku z pandemią. Ta wiedza kształtuje społeczną świadomość, przekonanie o wadze problemu. Istota sporu między Ministerstwem Zdrowia a środowiskami przeciwnymi obostrzeniom dotyczy interpretacji, czy śmierć w przypadku choroby współistniejącej zalicza się do puli „covidowej” czy nie? Czy nadmiarowe zgony to ofiary koronawirusa czy lockdownu? Trzeba przyznać, że oficjalna narracja resortu sprzyja popularności antypandemicznych narracji. W sporach o to czy obostrzenia „zabijają”, jak przekonuje na przykład dr Basiukiewicz, czy „ratują życie”, gubi się i zanika ludzka solidarność.

Zanik solidarności dotyczy zarówno noszenia maseczek, zachowywania dystansu, jak i stosunku do tzw. paszportu sanitarnego czy szczepień.

Przypomnijmy, paszport sanitarny to dokument potwierdzający uzyskanie odporności, co znosi konieczność potwierdzenia tego testem PCR. Nie ma obowiązku posiadania takiego dokumentu. To tylko ułatwienie życia dla tych, którzy szczepiąc się, na to się zdecydują. Nikogo nie dyskryminuje, bo tych, którzy nie będą mieli paszportu sanitarnego, nic w porównaniu do obecnej sytuacji nie zmieni.  Emocje, jakie wzbudza ten projekt, oskarżenia, jakie padają wobec tych, którzy to popierają, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia.

W sobotę odbyły się uroczystości pogrzebowe księcia Filipa, małżonka królowej brytyjskiej Elżbiety II. Choć w Wielkiej Brytanii na skutek zaawansowanego programu szczepień, epidemia jest w dużym stopniu opanowana, mogliśmy obserwować przestrzeganie przeciwepidemicznych zaleceń.

Wszyscy uczestnicy ceremonii w perfekcyjnie założonych maseczkach, czteroosobowy chór w bardzo dużej odległości od wiernych, a chórzyści od siebie nawzajem. W jeszcze większym odstępie od śpiewaków – dyrygent. Pokazuje to, jaki powinien być reżim sanitarny dla zachowania bezpieczeństwa, wszak przy mówieniu i śpiewaniu wydychany aerozol roznosi na większą niż dwa metry odległość. Nic dziwnego, że przyjęto, iż członkowie rodziny królewskiej i pozostali uczestnicy uroczystości nie odpowiadają celebransowi i nie śpiewają, bo stoją w zbyt dużym zagęszczeniu.

Dla mnie sceny z kaplicy świętego Jerzego na zamku w Windsorze są potwierdzeniem tego, o czym od dawna jestem przekonana – przestrzeganie antyepidemicznych zaleceń to kwestia kultury. Rodzina królewska wyznacza jej standardy. Nas, Polaków, z naszymi antycovidowymi celebrytami, dzieli od tego cywilizacyjna przepaść. Dlatego na koniec zacytuję słowa  ks. Tomasza Horaka, który w artykule „A zdawać by się mogło…w ostatnim „Gościu Niedzielnym” przekonuje:

Mechanizm każdej epidemii jest taki sam: nosiciel jest śmiertelnym niebezpieczeństwem dla społeczeństwa. To powszechna kwalifikacja etyczna. Chrześcijanin ma jeszcze jedną: współodpowiedzialność za bliźniego. 

Anty-wspólnotowy indywidualizm występuje niestety także u coraz większej liczby osób deklarujących się jako katolicy i konserwatyści. Przejawia się w radykalnym sprzeciwie wobec „zamykania biznesów” z powodu lockdownu czy obowiązku noszenia maseczek, by – kosztem własnej wygody – chronić innych.

„W swojej istocie niewiele się różni od proaborcyjnej postawy skrajnej lewicy, która przedkłada własną wygodę ponad życie dziecka poczętego. Rozmywa się podział na prawicę i lewicę. Skrajni indywidualiści będący w kontrze do interesu wspólnoty narodowej są dziś na prawicy i lewicy”– napisał na Twitterze Petros Tovmasyan, innowator, reprezentujący Klaster Innowacji Społecznych i restaurator, deklarujący się jako państwowiec i konserwatysta. Oby takiego myślenia było jak najwięcej.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

10 komentarzy

  1. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Pod moją zapowiedzią tego tekstu na Twitterze w ostrą polemikę ze mną wszedł narodowiec (jako awatara używa logo Ruchu Narodowego) podpisujący się nickiem Kajtek. Poniżej zapis tej rozmowy:

    Kajtek @NatanCzapa
    Skomentowała pani działalność dr. Basiukiewicza, teraz może pani skomentuje prof. Z. Hałata?

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Gdyby mieszać, jak chce dr Hałat, chorych na nowotwory, udary itp. z tymi, którzy są dodatkowo zakażeni koronawirusem, to nadmiarowych zgonów byłoby jeszcze więcej. Bo ci chorzy na raka by się zarażali i na pewno by nie przeżyli.

    Kajtek @NatanCzapa
    Poza tym, nie jest to zdanie tylko prof. Hałata ale wielu, wielu innych. Pani zaś jest matematykiem i chce pani pouczać ludzi, którzy mają wykształcenie w temacie, oraz są na pierwszej linii walki z coronavirus?

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Przecież to zdanie odosobnione, cała Rada Medyczna przy Premierze ma inne niż prof. Hałat. Nie pouczam, ale mam zaufanie do ludzi, którzy z pandemią walczą w Polsce i w innych krajach.

    Kajtek @NatanCzapa
    Ma pani jakieś badania na poparcie swojego zdania? Ja jestem przykładem, że zamknięcie POZ przed pacjentami o mało nie skończyło się dla mnie śmiercią. I nie zaliczałem się do grup, które pani wymieniła, a udało mi się uniknąć śmierci tylko dzięki determinacji rodziny.

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Znam przypadki zakażenia Covidem osób dializowanych, chorego na raka, który był na tomografii komputerowej, osoba po operacji, już szło ku lepszemu, następnego dnia miał być wypis, a tu zakażenie i… po tygodniu zgon.

    Kajtek @NatanCzapa
    Takie przypadki są często efektem braku leczenia lub zbyt późnego podjęcia tegoż mimo, że są dostępne leki, które mogłyby ratować życie (przykład dr Bodnar i innych)

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Nieprawda. Są leczeni, tylko gdy Covidem zarazi się osoba osłabiona chemioterapią, radioterapią, zawałem czy udarem, dodatkowo z cukrzycą i otyłością, to najczęściej kończy się zgonem. Trzeba chronić przed Covidem.

    Kajtek @NatanCzapa
    Właśnie widać, jak MZ chroniło i chroni tych, którzy są najsłabsi – grabarze się cieszą.

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Bez tych działań zgonów byłoby znacznie więcej. Gdyby ludzie zachowywali się tak jak ja czy @mwj53 (opisała to w tekście http://www.twittertwins.pl/sanitaryzm/) to ani tylu restrykcji nie trzebs by wprowadzać, ani nie byłoby tylu zakażeń i zgonów. Taka prawda.

    Kajtek @NatanCzapa
    Jakieś badania na podstawie, których na pani takie zdanie czy to tylko subiektywne odczucie?

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Czy trzeba badań, żeby wiedzieć, jak drogą kropelkową przenosi się zakażenie? Inaczej w gabinecie lekarskim niż np. w pokoju? To przecież piramidalna bzdura. Już jako dziecko, gdy zachorowałam na chorobę zakaźną, byłam od siostry izolowana. To ELEMENTARZ.

    Kajtek @NatanCzapa
    Więc twierdzi pani, że ma lepszą wiedzę niż wirusolodzy, alergolodzy, lekarze którzy leczą obecnie również w szpitalach covid owych?

    Kajtek @NatanCzapa
    Za to władza chce pociągać lekarz do odpowiedzialności za odmienne zdanie, zamiast w dyskusji specjalistów wykuwać odpowiednie metody przeciwdziałanie i leczenia. Zamykanie ust widać na przykładzie programu „Warto rozmawiać” #cenzura

    Małgorzata Wanke-Jakubowska @Rz_mwj
    Oglądałam te programy i uważam, że to SKANDALICZNA manipulacja. Czterech gości i prowadzący z jednostronnymi argumentami. Dlaczego nie było nikogo z Rady Medycznej? Takich programów nie wolno nadawać, gdy od zachowania ludzi tak wiele zależy.

    Kajtek @NatanCzapa
    Tzn. kto manipulował – goście, każdy że swoim zdaniem czy prowadzący? To wygląda na teorie spiskową.
    Na marginesie – w różności siła.

  2. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Prowadzący dyskusję Jan Pospieszalski ustawia ją pod z góry założoną tezę. Czasem idzie na łatwiznę i tak dobiera skład gości, by mówili to, co gospodarz programu chce, żeby zostało przekazane, ale nawet gdy zaprasza adwersarzy gości, których poglądy chce afirmować, robi to wyłącznie po to, żeby – nie dopuszczając ich do głosu – zapędzić w przysłowiowy kozi róg. Jest to tylko pozór konfrontacji poglądów, a w istocie manipulacja i propaganda. Niezwykle szkodliwa propaganda, bo wymierzona w interes wspólnoty narodowej.

    • michal@flysmarter.dk' Alfons Kastylijski pisze:

      Pospieszalski zapraszał ludzi z rządu i MZ. Dlaczego nie skorzystali z okazji by podjąć uczciwą debatę? TVP chyba jest wstanie taką zorganizować?

  3. z.ostromecki@gmail.com' Zbigniew pisze:

    Jestem tu po lekturze.
    Pluralizm i dyskusja możliwe są gdy różne poglądy mogą wybrzmieć.
    Żadna sytuacja nie usprawiedliwia kneblowania cenzury. Tak Trumpa, jak Pospieszalskiego..
    A z tym mamy do czynienia.
    On dopuścił do publiczności poglądy nieobecne w masowych mediach, jak swego czasu Polsat dr Bodnaraz amantadyna
    Jeśli nie było możliwości odpowiedzi w jego programie to trwa ok godzinę w tygodniu. Reszta anteny należy do „rozsądku”.

  4. jola.wisniewska@gazeta.pl' Jolanta Wiśniewska pisze:

    Z czym się zgadzam:
    Tak, wiosną 2020 roku mało wiedzieliśmy o chorobie, mało było masek i płynu do dezynfekcji, więc przyjmowaliśmy zasadę ‚na wszelki wypadek’, byliśmy zdolni do kilkutygodniowego ograniczenia kontaktów, do poświęceń, bo myśleliśmy, że to nie potrwa rok.
    Tak, ograniczenia epidemiczne, nieprzestrzegane, nie mają sensu.
    Tak, człowiek przenosi chorobę na człowieka.
    Tak, szczepionki działają.

    Z czym polemizuję:
    Że maski na zewnątrz generalnie mają sens.
    Nie mają bo:
    Wg kilku już badań transmisja wirusa na zewnątrz zdarza się rzadko; 10 proc. przypadków maksymalnie, ale bardziej prawdopodobne, że mniej, bo w tych 10 proc. były przypadki kontaktów mieszanych;
    Dyskomfort maskowania na świeżym powietrzu może sprawiać, że ludzie siedzą w domach i w domach się spotykają, a to o wiele bardziej ryzykowne, albo robią tłum w parkach, gdzie maskę można zdjąć
    Bo w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkam, nie nakazano maskowania pod gołym niebem mimo galopujących w grudniu i styczniu zakażeń; lockdown był wtedy ścisły, spotkania ludzi spoza domostwa w domach niedozwolone. Całe szczęście, że zostawiono ten kawałek swobody. Oczywiście, były głosy o tym, że trzeba, i że między dwie warstwy maski bawełnianej przydałoby się wkładać filtr z damskiej wkłądki higienicznej (sic!), ale pomysł upadł, a zakażenia zaczęły spadać długo przed efektem masowych szczepień.

    Cytat:
    „Anty-wspólnotowy indywidualizm występuje niestety także u coraz większej liczby osób deklarujących się jako katolicy i konserwatyści. Przejawia się w radykalnym sprzeciwie wobec „zamykania biznesów” z powodu lockdownu czy obowiązku noszenia maseczek, by – kosztem własnej wygody – chronić innych.”
    Komentarz:
    Skąd wiadomo, że antywspólnotowych indywidualistów katolików i konserwatystów jest ‘coraz więcej’? To retoryczny, nie poparty dowodami wzmacniacz tez autorki.
    Sprzeciw wobec zamykania biznesów to przejaw antywspólnotowości? A może w wielu przypadkach to instynkt samozachowawczy, bo ludzie z biznesami mają rodziny na utrzymaniu. Może są wśród nich tacy, którzy chronią osoby starsze, pomagając im w załatwianiu spraw poza domem, a sami pracują, świadomie narażając się na zakażenie, bo nie mają innego wyjścia?

    Cytat w cytacie:
    „W swojej istocie niewiele się różni [indywidualizm anty-wspólnotowy] od proaborcyjnej postawy skrajnej lewicy, która przedkłada własną wygodę ponad życie dziecka poczętego.
    Komentarz:
    To już jest gruba manipulacja. W przypadku aborcji mamy do czynienia z dzieckiem w prenatalnej fazie rozwoju, które może stracić życie albo je zachować. Zero-jeden. Sytuacja epidemii z patogenem, który dla ogromnej większości ludzi nie jest śmiertelny, daleka jest od zerojedynkowości, bardziej zniuansowana. Prawie każde wkłucie igły w serce płodu skutkuje jego śmiercią. Ale nie każdy młody człowiek chodzący po wsi bez maski zabija seniora. To nie jest sprowadzenie sprawy do absurdu, to pokazanie, że w przypadku pandemii koronawirusa pole manewru w ocenie ryzyka jest szerokie.

    Cytat:
    „Nie, nie ogarniał mnie wtedy strach, ale miałam pewność, że sprawa jest poważna. Dlatego razem z mężem sporządziliśmy testamenty i złożyliśmy je u notariusza. Bez paniki. (…) I zawsze dziwiła mnie otaczająca zewsząd histeria, jak rujnująca dla psychiki jest izolacja.”
    Komentarz: Gratuluję braku strachu – najnaturalniejszej ludzkiej emocji. Nie gratuluję bagatelizowania trudności, jaką dla wielu osób jest izolacja i inne pandemiczne ograniczenia. Łatwo nazwać ludzkie odczucia histerią. Ot, banalna przypadłość współczesnych jaśnie pań. Wystarczy powachlować je chusteczką i amoniak podstawić pod nos. O, nie. Na biedę spowodowaną izolacją, nakazem zostania w domach zamykaniem szkół i podobnych instytucji napatrzyłam się sporo w ciągu ostatnich miesięcy. Brak dostępu do godziwej terapii dla samookaleczającej się nastolatki, zawieszona większość spotkań z matką dla dziecka przebywającego w rodzinie zastępczej, syn znajomego podcinający sobie nadgarstki w pierwszy dzień styczniowego lockdownu. Czy powiedzenie tym ludziom, że dzięki ich poświęceniu, na które nie mogli wydać zgody, uratowano życie iluś osób – w czymkolwiek im pomoże? A przede wszystkim – czy to prawda? Czy to raczej kwestia braku elastyczności rządów w ustalaniu zasad? Braku rozpoznania spektrum ryzyka, szarych stref?

    Cytat:
    „Dla mnie sceny z kaplicy świętego Jerzego na zamku w Windsorze są potwierdzeniem tego, o czym od dawna jestem przekonana – przestrzeganie antyepidemicznych zaleceń to kwestia kultury. Rodzina królewska wyznacza jej standardy. Nas, Polaków, z naszymi antycovidowymi celebrytami, dzieli od tego cywilizacyjna przepaść.”

    Komentarz:
    Proszę wybaczyć, ale się uśmiałam, smucąc się zarazem. Idealizuje Pani rodzinę królewską. Mieszkając od 13 lat na ziemi Jej Królewskiej Mości, lubię monarchinię i czczę urząd, ale – wyznaczanie standardów? Wie Pani, co by się działo w brytyjskich mediach, gdyby na pogrzebie księcia Filipa choć na jotę odstąpiono od przepisów epidemicznych? Dbają o wizerunek, który w ostatnich dekadach popadał w ruinę. To nic złego, ale bez przesady ze standardami. Ale jest coś smutniejszego w Pani konstatacji: skoro Polaków dzieli od Brytyjczyków „cywlizacyjna przepaść”, to kim są? Barbarzyńcami? Dzikusami? Tak Pani o nas myśli? O sobie?

    Inaczej na to patrzę. Nie ośmieliłabym się nazwać osób, które kwestionują – nawet ostro – ograniczenia epidemiczne – antywspólnotowymi indywidualistami.
    Niektórzy są młodzi, chcą się cieszyć życiem, chcą mieć dzieci – notabene zastanawiała się Pani nad tym, jak straszenie chorobą już wpływa i w przyszłości wpłynie na przyrost naturalny? Młody człowiek, któremu się powie, że jest śmiertelnym zagrożeniem dla innego człowieka (przy dżumie i ospie tak, przy covidzie – to względne), będzie chciał mieć dzieci?
    Inni są zwyczajnie zmęczeni. Potracili firmy, zarobki, naturalne sieci wsparcia, stabilność psychiczną, utkwili w przemocowych domach.
    Ilu zostaje? Głośna garstka hejterów, zideologizowanych, bezmyślnych osób, którzy w ten sposób najpewnie rozgrywają swoje osobiste biedy. Zasłona milczenia i miłosierdzia dla nich.
    W końcu zostaje fundamentalna skaza natury ludzkiej, czyli egoizm. Ona będzie do końca świata. Nie da się jej zwalczyć epatowaniem przykładami typu: młody był, bez chorób, maski nie nosił, a umarł na covid, zaraziwszy tatę i ciocię. To już nie działa, to drażni, jak rodzicielskie kazania drażnią nastolatka wyrywającego się naturalnie ku samodzielności, nawet jeśli będzie usiana błędami.
    Chyba że chce Pani, żeby było czyściutko, zdezynfekowane i wysterylizowane. Jak w Chinach.

  5. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Podpisuję się pod tekstem „Sanitaryzm” obiema rękami i nieraz już broniłam tez w nim zawartych, choćby w wyniku wywołanej promowaniem tego tekstu w mediach społecznościowych. Przytoczona w komentarzu powyżej polemika była kulturalna, ale nie wszyscy trzymają swoje emocje i język w ryzach tak, jak Pan Kajtek @NatanCzapa.
    Gdy próbowałam bronić pomysłu tzw. paszportu sanitarnego, czyli swoistej przepustki do usług na razie niedostępnych dla wszystkich z powodu antycovidowych restrykcji, spadł na mnie istny grad oskarżeń. I to o co? O bolszewizm, nazizm, a nawet metody prowadzące do Holocaustu. Bo segregacja ludzi na lepszych i gorszych (zaszczepionych i tych, którzy szczepionki nie przyjęli) to podobne do metod stosowanych przez nazistowskie Niemcy. A że to dla dobra ludzi, by chronić przed zakażeniem i wprowadzone czasowo, dopóki pandemia się nie wycofa, nie było żadnym argumentem. A już oskarżenie, że za publiczne lansowanie poglądów nt. obostrzeń antycovidowych otrzymujemy wynagrodzenie to oszczerstwo i potwarz.
    Mam jednak nadzieję, że głosząc niestrudzenie to, co robimy, przyczynimy się przynajmniej do przekonania jakiejś grupy osób, to będzie satysfakcja.

  6. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Dyskusja na temat tekstu „Sanitaryzm” toczy się na Twitterze. Tweety odnoszące się bezpośrednio do tekstu zebrałam i zamieściłam poniżej:

    Ewa Sobolev @EwaSobolev
    Przeczytałam. Chciałam skomentować, ale jest tego tak dużo (wielokrotnie już rozmawiałyśmy), więc napiszę tylko: absolutnie się nie zgadzam. No, może oprócz ostatniego zdania: bo nie widzę różnic między „prawicą” (popierającą tu rząd), a „lewicą”. Zatarły się linie podziału…

    Krzysztof Łyżwa @Klyzwa
    Bardzo ciekawy artykuł, w dużym stopniu zgodny z moim patrzeniem na covid i walkę z nim oraz postawy społeczne z tym związane. Z 3 wyjątkami.
    1. Uważam, że rozluźnienie społeczne i odmowa DDM w dużym stopniu były spowodowane świadomie prowadzoną propagandą szeptaną przeciwko rządowym próbom walki z epidemią. Tak jakbyśmy byli na wojnie hybrydowej – najpierw atak bronią biologiczną, potem dbałość o to, aby w pełni poskutkowała.
    2. Niemały w tym udział opozycji parlamentarnej i rokoszu sądowego – torpedujących próby wyegzekwowania reżimu sanitarnego.
    3. Uważam, że wiosną ub. r. mieliśmy szansę na całkowite wyeliminowanie epidemii za pomocą DDM, izolacji i kwarantanny i tą szansę zmarnowaliśmy.

    Elżbieta Kubowska @EKubowska
    Świetny tekst.

    Jo.aszka @aszka_jo
    Przeczytałam. Wniosek z tekstu, który odczytuję: ani dobre, ani skuteczne, ale konieczne.

    Adam Kleczkowski @aklecz
    Polecam http://twittertwins.pl/sanitaryzm/
    @mwj53
    – wyważony i rozsądny głos w dyskusji na temat strategii zwalczania #COVID19
    A very good comment on #COVID19 situation in #Poland

    Ewa Magid@# BabiesLivesMatter @EwaMagid
    Nie wiem, czy wypada mi chwalić treść, bowiem tekst zawiera wszystko, o czym mówię i piszę. Forma jest znakomita, wszystko uporządkowane z matematyczną dokładnością i logiką. Serdecznie polecam ten tekst wszystkim. jednych upewni, a innych może przekona.

    „Maseczki na zewnątrz”. jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt sprawy. Sposób wkładania i zdejmowania maseczek. Lepiej przejść kawałek drogi do sklepu w maseczce, niż ją zdejmować i wkładać brudnymi rękami, może zainfekowaną z zewnątrz…

    Elzbieta Z #SilniRazem @Zborowska
    Poczytałam dyskusję z tym narodowcem – do przypadków ciężko chorych dodam mężowskiego brata. Trafił do szpitala z lekkim zawałem i zapaleniem płuc. Poza tym jest dializowany. Przy przyjęciu był czysty. W szpitalu przebywa od 6 marca. Tydzień temu dowiedzieliśmy się o zakażeniu COVID.

    gab: @Harcbatt Szczepan @Harcbatt
    W tym tekście widzę potężny ładunek emocji i strachu, które dominują nad rzeczową analizą danych. A dane i rzetelna wiedza mogą te emocje ukoić. Mnóstwo rzeczy wydaje się logicznych a są to tylko pozory. Życie w trybie „szklanki do połowy pustej” jest psychicznie wyniszczające.

  7. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Dziękuję za zainteresowanie tematem i ożywioną, momentami bardzo ostrą dyskusję. Myślę, że najlepszym komentarzem, który chciałabym zadedykować wszystkim, którzy negują potrzebę obostrzeń zapobiegającym szerzeniu się epidemii w Polsce, jest obecna sytuacja w Indiach. „Nie ma miejsc w szpitalach i brakuje tlenu. Ludzie się duszą, umierają w męczarniach” – opisywała na antenie Polsat News Kamila Rodrigues, Polka mieszkająca w Indiach. W tym kraju po raz piąty z rzędu odnotowano rekordowo wysoką liczbę nowych zakażeń COVID-19 w ciągu doby, która wyniosła ponad 350 tys. To najwyższy wskaźnik na świecie. Od 20 kwietnia liczba zgonów przekracza 2 tys. dziennie, w niedzielę 25 kwietnia wyniosła 2 812. Ludzie leżą na łóżkach po cztery osoby, dzielą jeden tlen. Medycy pracują po trzy/cztery zmiany. Nawzajem się zarażają. Myślę, że gdyby posłuchać antycovidowych celebrytów, nawołujących do znoszenia wszelkich obostrzeń, podobną sytuację mielibyśmy w Polsce, bo taka jest natura epidemii.

  8. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Pod zapowiedzią artykułu „Sanitaryzm” na Facebooku obszerny komentarz zamieścił internauta podpisujący się Krzysiek Sankiewicz, który polemizuje z tezami mojego tekstu. Przytaczam ten post w całości poniżej:
    Niechże pretekstem do napisania wreszcie o tej zarazie będzie to, że niedawno z niekłamanym zainteresowaniem przeczytałem tekst Marii Wanke-Jerie „Sanitaryzm”, zamieszczony na stronie Twitter Twins. Moje zainteresowanie było tym większe, że wcześniej obserwowałem uczestnictwo autorki w dyskusjach ze wspomnianym przez nią w tekście dr. Pawłem Basiukiewiczem. Tamtą zaś dyskusję śledziłem również, bowiem jako zwolennik tez Basiukiewicza zawsze jestem ciekaw kontrargumentów. Tym bardziej chciałem wiedzieć, dlaczego ktoś również przeze mnie ceniony — to znaczy autorka „Sanitaryzmu” — jednak uważa inaczej. Tłiter — gdzie wspomniana rozmowa miała miejsce — nie jest najlepszym miejscem na pogłębioną merytoryczną dyskusję, bo jest skonstruowany tak, by promować raczej szybkie wymiany zdań, dodatkowo rozmowy podatne są na silne emocje, a podsycić je może każdy, kto choćby przypadkowo do takiej konwersacji dołączy. Dlatego też nie mogłem stwierdzić, bym po prześledzeniu takiej dyskusji naprawdę znał choćby pełnię argumentów, jakimi dysponują strony.
    Po przeczytaniu tekstu „Sanitaryzm” mogę już śmiało powiedzieć, że znacznie lepiej rozumiem stanowisko autorki. Rozumiem, choć wciąż go nie podzielam. I o tym, dlaczego właściwie, chciałbym napisać parę słów.
    Zacznijmy od dosyć podstawowego rozróżnienia pomiędzy perspektywą prywatną, a perspektywą, jaką powinny mieć osoby decydujące o losach narodu. Obie rzeczy: poziom własnej ostrożności, indywidualne podejście, oraz spojrzenie szersze, powiedzmy „państwowe”, to sprawy różne i powinniśmy je traktować oddzielnie.
    Jeśli chodzi o tę pierwszą perspektywę, autorka posługuje się przykładem własnym. I tutaj powiedzieć tylko należy, że nie powinno się — pisząc o wprowadzanych na skalę kraju zakazach i procedurach — oceniać prywatnych decyzji co do tego, jak kto postanowił się chronić przed chorobą. Ludzie są różni, znajdują się w różnych sytuacjach i mają najrozmaitsze potrzeby. Jest całkowicie zrozumiałe podjęcie nawet sporych wyrzeczeń w celu ochrony życia własnego czy bliskich; sam spotykałem się z przykładami o wiele dalej posuniętej ostrożności i nigdy nie próbowałem tego nawet najmniejszym słowem krytykować. Z kolei dla innych sprawą życia i śmierci może okazać się zachowanie kontaktu z ludźmi, i to także należy zrozumieć.
    To powiedziawszy, możemy przejść do spraw nieco bardziej ogólnych, które mnie w całej sytuacji interesują bardziej, i gdzie o oceny jestem w stanie pokusić się znacznie łatwiej.
    Przede wszystkim, jest dla mnie „Sanitaryzm” dowodem, jak różnie można sprawy widzieć na poziomie subiektywnego postrzegania. Przykładowo, autorka przytacza opinie, z jakimi się spotykała. Np. dotyczące dużej liczby zgonów tzw. nadmiarowych w kolejnej fali. Nie wątpię, iż autorka faktycznie spotkała się ze zdaniem, że „tak miało być”, ale z kolei ja spotykałem opinie zupełnie inne.
    A skoro już jesteśmy przy reakcjach społecznych. Pewne rzeczy można było przewidzieć. Na przykład to, że początkowej dyscypliny narodu (powszechnie wtedy chwalonej) nie będzie się dało utrzymywać w nieskończoność. Być może przestrzeganie pewnych uciążliwych reguł jest możliwe w skali indywidualnej, niektórzy ludzie są do tego zdolni, ale to nie ma szans zadziałać w ramach całego społeczeństwa — z najrozmaitszych powodów zresztą. Tymczasem tak właśnie zostali potraktowani Polacy przez własny rząd. Przecież w stanie nadzwyczajnego wzmożenia (prawda, że o rozmaitym nasileniu, ale jednak „stan epidemii” nie był odwołany na bodaj jedną minutę) jesteśmy utrzymywani już od ponad roku. Po prostu nie jest możliwe, by to działało. Należy się spodziewać ludzkiego buntu. Prawdę mówiąc, mimo że emocje w społeczeństwie mamy duże, to i tak dziwię się, że wszystko przebiega względnie łagodnie. Radykalne zamknięcie kraju powinno być zastosowane w ostateczności, aby wspomóc inne środki, nie zaś jako stały element życia społeczeństwa. Inaczej kończy się to tak, jak zauważa autorka i cytowana przez nią pani ekspert: nałożone przez państwo ograniczenia nie są respektowane (przynajmniej te, które trudno egzekwować). Nie są — na własne rządzących życzenie.
    Ale nie to jest sprawą najważniejszą, najgorszą.
    Największym problemem jest to, że najwyraźniej podejmując decyzje co do strategii walki z pandemią nie przeprowadzono podstawowej i niezbędnej w takim przypadku kalkulacji. Opisałbym ją tak:
    „Stoimy wobec nowego, nieznanego nam wcześniej zagrożenia, epidemii choroby kowid. Część chorych umrze. Możemy podjąć pewne nadzwyczajne działania i w ten sposób najprawdopodobniej uratujemy X osób. Jednak te działania doprowadzą do tego, że umrze Y osób.”
    Jasna rzecz, że warunkiem podjęcia działań jest co najmniej duża pewność, że X>Y. Jeśli X=Y, lub XY?
    Tak, to są niewątpliwie trudne decyzje. Podejmowane bez całkowitej pewności, wymagające odwagi. Ale w końcu kto jak nie przywódcy, politycy, powinni te decyzje podejmować? Może się nie spodziewali, że takie dylematy trafią się im, może myśleli, że będą spokojnie regulować wysokość podatków lub wdrażać europejskie dyrektywy i dbać o swoje piękne kariery. No ale jeśli wybierając zajęcie nie uwzględnili tego ryzyka zawodowego, że mogą nadejść trudne czasy, to są sami sobie winni.
    Politycy powinni robić coś jeszcze: dawać przykład. Wspomniany opis pogrzebu księcia Filipa w Wielkiej Brytanii to właśnie to, o co chodzi. U nas mieliśmy sytuację właściwie odwrotną, np. kiedy to prezes Kaczyński udał się na cmentarz pomimo obowiązującego zakazu; zresztą, przykładów nonszalanckiego podejścia władz do wprowadzanych przez siebie zasad było o wiele, wiele więcej. Za dużo, by społeczeństwo tego nie zauważyło. Skoro więc elity dają taki przykład, czemu reszta obywateli miałaby zachowywać się lepiej od nich?
    Zamiast polityki maksimum zakazów i ograniczenia dostępu do służby zdrowia powinniśmy mieć politykę minimum zakazów, podniesienia dostępności lekarzy, mądrą komunikację społeczną zachęcającą do rozsądku, solidarności i dbania o zdrowie.
    Myślę że nie tylko dr Basiukiewycz ma to na myśli krytykując sanitaryzm.

    • Maria WANKE-JERIE pisze:

      Ma Pan rację, że tekst „Sanitaryzm” pisałam z osobistej perspektywy, pokazując jak ja, jako obywatel, odbieram stan zagrożenia epidemicznego, jak staram się rozumieć decyzje władz, w tym swoją odpowiedzialność za bezpieczeństwo nie tylko własne, ale także innych. Podoba mi się Pana analiza, której syntezą są dwie nierówności i jedno równanie. W tym rozważaniu brak symulacji rozwoju epidemii, przy nieprzerwanym łańcuchu transmisji wirusa. Tym zajmowała się grupa MOCOS (MOdelling COronavirus Spread), czyli międzynarodowy interdyscyplinarny zespół naukowców zajmujący się modelowaniem epidemii COVID-19, w tym matematycy z Politechniki Wrocławskiej i współpracujący z nimi specjaliści wirusolodzy z Uniwersytetu Medycznego oraz socjolodzy z Uniwersytetu Wrocławskiego. Poniżej linki do informacji o tym zespole:
      https://pwr.edu.pl/uczelnia/aktualnosci/grupa-mocos-o-aktualnym-stanie-pandemii-w-polsce-11583.html?fbclid=IwAR2ufFFKGh17dHxYyquAPFlIHWWA36V2sDIms-x3PzNpJP7fPztB2-rKWxc
      https://mocos.pl/pl/team.html
      A tu strona główna zespołu MOCOS Wrocław. Rada Medyczna korzysta cały czas z pracy tego zespołu. Podejmowane decyzje nie są wyssane z palca tylko wynikają z analizy naukowców. Dlatego pytanie powinno być inaczej postawione, jak rozwijałaby się epidemia, gdyby nie podejmowano decyzji, które powodują przerwanie łańcucha transmisji. Wiadomo, że zakazy i nakazy nie są przez sporą część społeczeństwa przestrzegane, ale każdy przerwany łańcuch transmisji ogranicza rozwój epidemii. Cały czas jest to balansowanie na krawędzi między zagrożeniem buntem społecznym z jednej strony, a załamaniem się służby zdrowia z drugiej. Zero Covid, o którym mówi dr Basiukiewicz, nigdy nie był zakładany, bo jest niemożliwy do realizacji. Znam wiele przykładów, kiedy to chorzy trafiający do placówek medycznych, czy to na dializy, na radioterapię (chorzy na nowotwory) czy na konieczne zabiegi typu wycięcie woreczka żółciowego w stanie zapalnym grożącym perforacją, zarażali się przy tej okazji COVID-em i umierali na COVID, a nie chorobę towarzyszącą. Co by było, gdyby te ograniczenia, jak postuluje dr Basiukiewicz, jeszcze zmniejszyć? Pojęcie sanitaryzm kojarzy się z rodzajem totalitaryzmu, ma wyraźny wydźwięk pejoratywny. A tymczasem w Polsce wcale nie ma najbardziej surowych restrykcji. Nie doświadczyliśmy, jak inne europejskie kraje, godziny policyjnej, zakazu wychodzenia z domu poza uzasadnionymi powodami poświadczonymi stosownym zaleceniem itp. Można krytykować niektóre zalecenia, jak np. te osławione maseczki. W społeczeństwach bardziej zdyscyplinowanych może wystarczyłoby zalecenie, żeby używać je tylko, gdy jest więcej ludzi wokół, pod wiatami przystanków tramwajowych lub autobusowych itp. Bo przecież tego nie da się skodyfikować. Takie rozwiązania, jak tylko zalecenia, doskonale sprawdzają się w takich krajach jak Szwecja czy Norwegia. U nas byłoby to kompletne fiasko, poziom przekory Polaków jest większy niż przeciętny. Nie zgadzam się z dr. Basiukiewiczem, uważam, że prowadzone przez niego konto na Twitterze za działalność szkodliwą dla dobra wspólnoty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *