O przetworach wczoraj i dziś

przetwory3

Domowe przetwory wychodzą powoli z mody. Dawniej służyły gromadzeniu zapasów, konserwowaniu głownie owoców i warzyw, których niedostępność w zimie rekompensowały te ze słoików. Nie miały wprawdzie tych walorów zdrowotnych, co świeże, ale za to wiele wartości smakowych. Dziś przyrządza się je inaczej, dlatego moja siostra przygotowuje już tekst „Prawdziwych przetworów już nie ma”. A ja przypomnę o tych, których wcale dziś się nie robi, bo nie ma takiej potrzeby, czyli domowych przetworach z mięsa.

Kto pamięta lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, wie jak deficytowym produktem było mięso. I strategicznym. Miało też znaczenie polityczne. Wszak od podwyżek cen mięsa zaczęły się lipcowe strajki w 1980 roku, które były preludium do Sierpnia ’80. Mięsa po prostu brakowało. Dlatego jak już udało się je kupić, nadwyżki trafiały do zamrażalnika. Popularne były też wyjazdy na wieś do zaprzyjaźnionych gospodarzy na świniobicie lub ubój cielaka, po to by zrobić większe zapasy. Było to konieczne, gdy planowało się wyjazd pod namiot i żywienie we własnym zakresie. Brak lodówki uniemożliwiałby robienie zapasów, wakacje przekształciłyby się więc w zdobywanie mięsa, a to oznaczało wielogodzinne stanie w kolejkach. Receptą na to były przetwory w słoikach Wecka, albo i takich po dżemie, czyli z zamknięciem twist-off. Nadawały się doskonale do pasteryzacji. Od zrobienia takich przetworów mięsnych zaczynały się przygotowania do wakacji.

kartka

Najpierw trzeba było zdobyć mięso. W latach siedemdziesiątych nie było jeszcze limitów, ale lata osiemdziesiąte to już dekada obowiązywania kartek żywnościowych. Najważniejsze były te na mięso. W zależności od kategorii, różne były przydziały. Najbardziej typowe kartki dla osób, które nie wykonywały ciężkiej pracy fizycznej, to był przydział 2,5 kg mięsa (lub wędlin) na miesiąc, w tym 0,3 kg mięsa z kością, często były to kości z domieszką mięsa. To tylko można było kupić, gdy zbyt późno ustawiłam się w kolejce. Najlepiej było, gdy stanęłam już o czwartej rano, wtedy była szansa, na dostanie czegoś innego niż kości z domieszką mięsa, zwane mięsem z kością, popularnie określane woł-cielem, bo to była wołowina (lub cielęcina, ale to tylko teoretycznie) z kością. Na kartki oczywiście.

słoiki2

Mięso z kością gotowało się jak na rosół, tylko bez warzyw, ale z solą i przyprawami oraz mniejszą ilością wody, tak aby wywar był intensywny. Mięso obrane z kości wkładałam do starannie umytych i wyprażonych w piekarniku słoików. Zakrętki po umyciu gotowałam w wodzie. Słoiki z mięsem zalewałam gorącym wywarem i po dokładnym osuszeniu wyjętych z gorącej wody wieczek i brzegów słoików, zakręcałam. Choć słoiki wypełnione gorącym wywarem, a następnie szczelnie zamknięte, po ostygnięciu „zasysały”, dla pewności wstawiałam jeszcze do garnka, oddzielając jeden od drugiego gazetami i pasteryzowałam, czyli gotowałam około godziny pod przykryciem. Wyjmowałam z wody po ostygnięciu. Tak powstawał wywar, na którym w czasie wakacji gotowało się zupę. Do garnka z wodą wystarczyło dać zawartość takiego słoika, rozdrobnione warzywa i po doprawieniu zupa jarzynowa gotowa. Mógł z tego być także rosół, pomidorowa, a właściwie każda zupa gotowana na wywarze.

przetwory2

Z mięsa bez kości przygotowywałam gulasz, bitki, pieczeń i podobnie jak wywar dawałam do słoików i pasteryzowałam. Tak powstawały zapasy na wakacje. Gross z nich przygotowywałam tuż przed wyjazdem, ale część powstawała także z nadwyżek w poprzednich miesiącach. Może wydawać się dziwne, że z tak małych ilości mięsa, jakie zapewniała reglamentacja, można było wygospodarować jeszcze jakieś nadwyżki, ale w tamtych czasach po prostu mniej mięsa się jadło.

Z tak przygotowaną aprowizacją, wybieraliśmy się na wakacje. Po kolejnych obiadach zostawały puste słoiki. Ale najczęściej zabieraliśmy je wypełnione inną zawartością – grzybami. Zbieranie i przyrządzanie grzybów było wakacyjną rozrywką. Grzyby suszyło się, marynowało i smażyło. Wszystkie trafiały do opróżnionych słoików. Z wyjątkiem suszonych, pozostałe wymagały pasteryzacji. Pracowite były wakacyjne wieczory, gdy dzieci szły spać. A po skończonej pracy, mieliśmy jeszcze siły i ochotę, aby grać w brydża. Ach co to były za wakacje. Ale ich znakiem szczególnym były przetwory.

 

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

37 komentarzy

  1. jerzpolski@wp.pl' Jurek S. pisze:

    Polecam domowe przetwory z owoców i warzyw.

  2. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    O przetworach z owoców będzie tekst za dwa tygodnie. Oczywiście, że dziś nie ma takiej konieczności, aby przygotowywać przed wyjazdem mięsną aprowizację, skoro wszędzie wszystko można kupić. Wystarczy mieć pieniądze. A bywa, że tych brakuje. Pamiętam, jak kilka lat temu syn i synowa, wyjeżdżając z dziećmi pod namiot, przygotowywali przetwory z mięsa. Nie stać ich było na obiady w nadmorskich restauracjach, a i małe dzieci nie jadają dziś wszystkiego, wolą domowe smaki. Więc w ograniczonym zakresie, to wcale nie taki przeżytek.
    Teraz, gdy jestem z wnukami na wakacjach we Francji i słyszę: „babciu, zjadłabym pomidorową”, myślę, że taki jeden lub dwa słoiczki z wywarem i mięsem w środku by nie zaszkodziło. Wtedy to była konieczność.Pisze o tym dość zavawnie Piotr Adamczyk w książce „Dom tęsknot”, którą polecała moja siostra na wakacje.

  3. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Dobrze pamiętam takie konserwy w słoikach robione na własny użytek i uważam, że warto do nich wrócić z podstawowego powodu : nie zawierają chemii spożywczej i różnego rodzaju wypełniaczy, których pełno w konserwach i sklepowych. Jak je dobrze zrobić? Do tego przyda się wiedza babć.

    • b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

      Zgadzam się z Panem Rafałem, że nic nie jest w stanie zastąpić przetworów przygotowywanych w domu, ale co do przetworów z mięsa zawsze miałam wewnętrzne opory. Może to uraz, kiedy na oddziale miałam dwa przypadki zatrucia laseczkami jadu kiełbasianego, to niezwykle ciężkie, a niejednokrotnie śmiertelne zatrucie. Dlatego tak ważny jest sposób przygotowywania przetworów mięsnych. Mięso w wekach powinno być gotowane trzykrotnie. Pierwszego i drugiego dnia przez 60 min, trzeciego 30 min. W ciągu tych trzech dni między pierwszym, drugim i trzecim gotowaniem powinny być przechowywane w temp. pokojowej ok.20 stopni i nie wolno ich schładzać. Bardzo ważne jest także przechowywanie. Należy pamiętać, że otwarty słoik musi być spożyty w dniu otwarcia po uprzednim zagotowaniu lub usmażeniu. Dzisiaj nie ma już tego typu problemów. Polska ekonomia przeskoczyła z gospodarki niedoboru do gospodarki nadmiaru. I tak, jak wspomina autorka, kiedy były kartki system przewidywał różne przydziały dla poszczególnych grup społecznych. W najlepszej sytuacji znależli się górnicy -7 kg i żołnierze -5 kg. Pamiętam doskonale tę dekadę lat 80-tych. Cóż to była za machina reglamentacji, zajmowała się tym cała armia urzędników. Kartki były zjawiskiem stania, jak wspomina autorka w długich kolejkach. Sprzedawczynie dzieliły mięso na dwie części ranną i popołudniową. Za to pracownicy sklepów mieli wszystko. Wystarczyło odłożyć komuś na przyjęcie porządny kawałek schabu i miało się wszystko, od meblościanki po telewizor. Potem były kartki na alkohol i benzynę i tutaj handel był w pełnym rozkwicie. Ale, to wszystko miało także swój urok. I jak wspomina w swoim komentarzu Pani Małgorzata , że wnuki na wyjeżdzie zapragnęły zupy pomidorowej trudno się dziwić, bo nie ma nic smaczniejszego, jak własnoręcznie przygotowany przecier pomidorowy.

  4. mawalesiak@gmail.com' Małgorzata Walesiak pisze:

    Wspaniała opowieść. Pamiętam podobne przetwory z dzieciństwa, gdy moja mama tak samo radziła sobie z niedoborami. Od maja do listopada kuchnia pachniała kolejnymi wekami, których starczało czasem na dwa lata. Dzisiaj nie ma już tamtych problemów. W sklepach można dostać owoce, warzywa, mięso przez cały rok, ale nie ma to jak własnoręcznie zatrzymany kawałek lata w słoiku. Sama robię przetwory i nalewki i sprawia mi to dużą frajdę . Pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. mariarozycka@wp.pl' Maria pisze:

    Pamiętam z dzieciństwa te przygotowania słoików z mięsem na wakacyjne wyjazdy. Nie tylko w czasach „kartkowych”, ale i wówczas, gdy wyjeżdżaliśmy pod namioty do lasu, nad jezioro, w spartańskie warunki. Nie było kuchni i lodówki, tylko gotowanie na palniku montowanym a butli gazowej, na zewnątrz, albo tylko pod prowizorycznym daszkiem. Do najbliższego sklepu (po chleb) we wsi było 3 km przez las, do większej miejscowości jakieś 30 km. I nikt nie słyszał wtedy o wielkich marketach… Więc wiozło się ze sobą wszystko – z różnymi przetworami w słoikach. A jak smakowało takie pasteryzowane mięsko! Żadna konserwa ani tzw. danie gotowe się nie umywa! A jak smakowało w Tatrach, kiedy w gronie kilku przyjaciół, z jednego słoika wyjadaliśmy ten rarytas, na zimno oczywiście, zagryzając chlebem, odpoczywając na jakiejś polance wysoko na szlaku!
    Dziękuję za ten tekst i przypomnienie rzeczywistości, która kiedyś była normalną sprawą, a dziś dla młodego pokolenia brzmi pewnie jak science fiction…

  6. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Nie ma chyba piękniejszego widoku nad widok pięknych słoików z domowymi przetworami na półkach spiżarni. Bardzo dziękuję autorce za ten ciekawy tekst i z nieukrywaną radością oczekuję na kolejny o przetworach z owoców. Poruszenie wątku kartkowego doskonale wpasowało się w temat. Taka była nasza rzeczywistość. Nie ma tego złego.. w tych kolejkach po mięso zacieśniały się nasze więzi.

  7. W 1956 roku została wydana książka „Chemia praktyczna dla wszystkich”
    https://gloria.tv/text/4ocbHTs1btGtD5EJbSUeyXhME
    Dzięki tej książce w latach 80 i pocz. 90. można było wiele rzeczy z przetwórstwa żywności zrobić kiedy babci nie było w pobliżu.
    Młodszym uświadomię, że wujek Google jeszcze nie istniał.
    Osobne emocje dawały w latach 77-93 wyjazdy na delegacje.
    Do dużych miast – mało interesujące, bo drogo i kolejki.
    Natomiast tygodniowy wyjazd na badania geologiczne „na landzie” to była często niezapomniana przygoda, tym bardziej jak szef kazał jechać w kieleckie lub białostockie.
    Sklepy GS miały inne zaopatrzenie niż MHD, stąd ciuszki dla dzieci, za drogie dla wsi, leżały na ladzie. Kartka z potrzebami żon i koleżanek zawsze była w kieszeni i wiele pozycji udawało się skreślić.
    Czerwone wytrawne wino – do wyboru, często za ceny sprzed roku (inflacja – co to jest?).
    Z domu zabierało się trochę żywności, także tej w słoikach, na wszelki wypadek. Po pierwszym dniu pobytu w małej miejscowości, wizycie w urzędzie gminy i rozmowach z osobami współpracującymi mieliśmy już mapę gdzie i co z żywności możemy kupić teraz i potem do zabrania do domu.
    A jak jeszcze ktoś przeinaczył informację i powiedział o nas, że będziemy autostradę wytyczać, to wieczorne wizyty gospodarzy z kiełbasą i wódką, żeby ta ałtostarda poszła przez stodołę sąsiada, stawały się po trzech dniach męczące.
    Po jakimś czasie razem z dwoma kolegami nauczyliśmy się na delegacji „wekować” mięso, kiełbasę w smalcu, a i ustalać właściwe proporcje soli i wody przy marynowaniu lub kiszeniu grzybów.
    Do tej pory pamiętam,że mięsa drobiowego nie wolno zamykać w słoikach, jeśli się wcześniej nie usunęło wszystkich kości.
    Po jakimś czasie mieliśmy skonstruowaną skrzynkę, w którą wchodziło i jechało bezpiecznie ponad 200 jajek kupionych za grosze.
    Z perspektywy 30 lat wygląda to może i wesoło, ale wówczas odbieraliśmy te braki w zaopatrzeniu jako próbę specjalnego upodlenia nas, w dużych miastach.
    No i widzieliśmy jeszcze jeden paradoks – im ktoś był bardziej zapobiegliwy w zdobywaniu jedzenia, tym więcej się tego jedzenia marnowało.
    Szczególnie w miastach, gdzie 2-3 wyłączenia prądu dziennie powodowały roztopienie się zamrażarek.
    Potem plan Balcerowicza, trzy lata zmagań z inflacją i powolne normalnienie – jeszcze tylko w pocz lat 90. zdarzało się nam zabierać gotowe obiady w słoikach do Kaprun, na wakacje zimowe.
    Teraz – samolot do Wenecji – busem do Val di Fiemme, narty z wypożyczalni, buty własne. Przed powrotem – jeśli waga bagażu pozwoli – 2-3 butelki Gewurztraminera z Tramino.
    Żadnych emocji 🙁 ? 🙂

  8. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Drobne sprostowanie do tekstu Pana Orginal_Replica, dobrze pamięta Pan, że drób powinien być wolny od kości, ale dodam, że w przypadku każdego mięsa podstawą jest usunięcie wcześniej kości. Staliśmy się obecnie bardziej leniwi. Nie chce nam się ślęczeć przy tej dość żmudnej i męczącej pracy, bo wekowanie mięsa, czy innych przetworów, to dość pracochłonna czynność. Poszliśmy na łatwiznę wolimy gotowce, ale zapewniam, że nic nie zastąpi smaku przetworów przygotowywanych własnoręcznie,no i atmosfera niepowtarzalna, kiedy każdy dorzucał coś ze swojego przepisu.

  9. mail@mywebsite.pl' TesTeq pisze:

    Za Gierka to był Fundusz Wczasów Pracowniczych, który na wakacjach dawał jeść i dach nad głową, szczególnie że prawie wcale nie padało. A jak ktoś był dżwigowym, to co dwa lata dostawał przydział. A jak miał brata też dźwigowego, to jeździli na wczasy rok w rok.

    Szanowne Panie Autorki też mogłyby tak mieć, gdyby wybrały fizyczny rodzaj kariery zawodowej, a nie matematyczny. 😉

  10. dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    Pamietam okres kartkowy.To byl ciezki okres i dlatego bardzo doceniam wszystkie mamy ciocie i sasiadki ktore z niczego czarowaly wspaniale obiady.Obiady z dwoch dań.Tak bylo w moim domu i domach moich kolezanek u ktorych czesto jadłam.Bo pieknym zwyczajem bylo ze gosc ktory zawital do domu w porze obiadowej byl tym obiadem czestowany.Zupy szczawiowe ogorkowe placki ziemniaczane pierogi z owocami kluski recznie robione kopytka .Czapki z glow drogie zaradne Panie.Dzis jest łatwiej i szybciej choc nie zawsze zdrowo.Gotowe dania zupy z torebek ….Warto wrocic do tradycyjnych dań.Prostych smacznych i domowych.?

  11. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Dzisiaj w pośpiechu dnia codziennego Pani Dario nikt nie myśli o pomidorówce, czy ogórkowej, jak dawniej, tylko pizza,hot-dog itp. A polska gościnność, to już tylko liryczne wspomnienie, a szkoda. Moje pokolenie za chwilkę odejdzie, a młodzi niestety uważają, że nie starcza im czasu. Czyż to nie jest czasem przesadne wygodnictwo? Z ilu rzeczy można by zrezygnować i znaleźć w sobie siłę, by i tę umiejętność przyswoić sobie. Ileż w tym przygotowywaniu jest zadowolenia i satysfakcji, że coś mi się udało, że czymś smakowitym mogę zaskoczyć domowników i gości. Za chwilkę nie będzie nikogo, kto chociażby odszedł i pozostawił po sobie zapach gościnności i serdeczności.

    • dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

      Niestety ma Pani rację.Wielu kolegow mojego syna po raz pierwszy jadlo u mnie racuchy czy tez kopytka.Jeden z nich nawet sam nauczyl sie robic racuchy tak bardzo mu smakowaly.Czesto goszcze kolegow syna na obiedzie .Maz zartuje ze powinnam zalozyc stołówkę.Dzieki domowym obiadom mam odpukac zdrowe dzieci bez nadwagi.Serdecznie pozdrawiam.

      • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

        U mnie jest podobnie. Gdy wnuki przyjadą z kolegami, to zawsze z wielkim apetytem pałaszują właśnie racuchy, czy też, jak teraz pierogi z jagodami, które zrobi żona.

  12. m.wanke.jakubowska@gmail.c' Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Właśnie jestem z synem i wnukami we Francji i dzieci po powrocie z gór zjadłyby przysłowiowego konia z kopytami, ale kręcą nosem na restauracyjne dania. Och, jak przydałoby mi się kilka takich słoików. Wszystko, co ugotuję, smakuje nawet niejadkowi. Słoiki to wcale nie taki archaiczny pomysł.

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      Pewnie, że ni archaiczny. Jeśli jest czas na przygotowanie, to zawsze warto zrobić, bo smak mięsa ze słoików zrobionych domowym sposobem jest niepowtarzalny i nigdzie się tak dobrych nie kupi.

  13. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Począwszy od lat 70, nie miałem specjalnych kłopotów z zaopatrzeniem się w środki spożywcze, bo zarówno mięso, jak i warzywa kupowałem u zaprzyjaźnionego rolnika, a poza tym dysponowałem kartkami pracowniczymi od znajomego dyrektora zakładów mięsnych. Produkty na te kartki były dostępne w sklepie na ulicy Legnickiej chyba, wędliny były super i w dość dużej ilości jak na moją rodzinę. Mięso, słoninę i podroby ze świniobicia, trzeba było oczywiście w domu przetworzyć, ale że technologię obróbki i sposoby konserwowania mięsa znam bardzo dobrze, to nie miałem z tym specjalnych kłopotów. Jeśli był czas to część weekowało się w słoiki a na przykład boczek i słoninę można było uwędzić dymem olchowym z dodatkiem jałowca, w przydomowej wędzarce. Jeśli czasu było mało, to pozostawało zamrożenie zakupionego mięsa. Oczywiście pamiętam jakie było zaopatrzenie w tamtych latach, ale jakoś perypetie z tym związane, szczęśliwie mnie ominęły. Teraz, gdy mam czas, to też lubię przygotować coś po domowemu, bo to zawsze inny smak od gotowych przetworów. Wędlin w sklepach prawie nie kupuję, bo zawierają tyle peklosoli i konserwantów, że można się od tego rozchorować. Jeśli ktoś ma czas i potrafi, to radzę zrobić w domu, a jak nie, to lepiej ugotować kawałek boczku, czy zrobić coś z grilla i na pewno będzie smaczniej i zdrowiej. Ostatnio o zdrową żywność coraz trudniej, bo na przykład nawet kurczaki, uznawane kiedyś za zdrowe, zawierają antybiotyki i hormony wzrostu, a ryby morskie domieszki takich metali ciężkich jak rtęć.
    Smacznego Wszystkim życzę, ze swojej śpiżarni.

  14. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    U nas w rodzinie był wtedy zwyczaj że się odwiedzamy w wakacje,stąd z dzieciństwa pamiętam 2-tygodniowe objazdy po Polsce.Dzięki temu do dziś mamy wspaniały kontakt co dziś nieczęste.Rodzina po wojnie z kresów przesiedlona, po całym kraju się rozproszyła.Weków nie zabieraliśmy za to produktów z wędzarni u goszczących (własny chów) nie brakowało.Fakt,nie jeździliśmy jak ci z wielkich miast po kurortach.Do dziś pamiętam zapach dymu olchowego z wędzarni gdy u nas wędziliśmy,choć oglądanie świniobicia sprawiło że do dziś surowe mięso i jego zapach odpycha i powoduje sensacje w żołądku.

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      W latach 70 i 80 gdy mieszkałem we Wrocławiu, też nie jeździłem na wakacyjne wypady, bo byłem bardzo zaangażowany pracą i zwyczajnie nie miałem na to czasu. Świniobicia też nigdy nie oglądałem osobiście, bo nie mógłbym znieść tego widoku. Niektórzy powiedzą – nie może patrzyć, ale mięso je, no cóż, dokładnie tak jest. Człowiek jednak jest niedoskonały.

  15. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Dzieciom nie pozwalono na to patrzyć ale jak to dzieci…nie rozumieją i nie słuchają.Do dziś w głowie siedzi.Nie będę opisywał.

  16. elzbieta314@gmail.com' Elżbieta Zborowska pisze:

    Za przegrodami miēsnym w sloichach nie przepadam. Jakoś nie było tradycji w moim i męża domu do robienia takich przetworów.Zwłaszcza ze nie jeździło się pod namioty. W czasach kartkowych ich czesc szka do stołówkę,gdyż wtedy ze względu na trudności w zaopatrzeniu w domu gotowałam tylko w wekedy. Ja i mąż jadalismy w mojej szkolnej stołówce, Dzieci w przedszkolnych i szkolnych.Dopiero gdy poszly do szkół srednich wymusiły na nas gotowanie obiadów w domu. Jeden z synów stwierdiłze woli w domu jesc ziemniaki niż obiad w szkolnej stołówce. I od tej pory gotowalismy w domu. Przy tej okazji mąż nauczył się pichcić. W związku z przemianami ustrojowymi parę razy tracił pracę i żeby nie siedzieć bezczynnie znajdował zajęcie.Zaczynał od robienia zakupów,a potem wdrazal się w kucharzenie. Preferujemy tradycyjną kuchnię a nie z gotowych składników czy też z torebek,choć czasami się zdarzy. Korzystamy z mrozonek. Nasze wszystkie dzieci również nauczyły gotowania,niektóre rzeczy robią nawet lepiej od nas. Popisowym rodzinnym daniem są pierogi/ruskie/ Takich nie jadłam nigdzie.Rodzinnym wynalazkiem zas- ruskie naleśniki. Na ten pomysl wpadł mój tato,który i kogoś to podpatrzył,myśmy to przejęli,a teraz wiem że i zięć życzy sobie aby córka mu robiła. O przetworach owocowo warzywnych wypowiem sie po nadtepnumtekscue.

  17. elzbieta314@gmail.com' Elżbieta Zborowska pisze:

    Jak zwykle nie popatrzyłam na całość i nie sprawdzikam . Pierwsze zdanie mialo brzmieć – Za przetworami mięsnymi w słoikach nie przepadam.

  18. Zuzanna@hazubska.pl' Hazubska pisze:

    Co prawda nie do słoików a do zamrażarki, ale bulion mięsny robię regularnie! Odparowany jest dla mnie podstawą każdej zupy (przepadam za kremami) czy sosów. Gotowanie na kostce nie dla mnie 😉
    Uwielbiam też pasztet maminy (naturalnie, że w słoiku) który jest właściwie najzdrowszą wariacją tego przysmaku.
    Lata mijają, a tradycja przetworów w mojej rodzinie ma się świetnie!

  19. gramatis@tlen.pl' Ufka pisze:

    Może dlatego że w moim domu rodzinnym obowiązywała zasada „lepiej na piekarza niż na lekarza” a może dlatego że nie cierpiałam stołówek zawsze gotowałam sama Także wnukom – chociaż to była ekwilibrystyka – odebrać ze szkoły (marudzili w szatni) około 14 a o 14:50 być na przystanku Ale kopytka i szarlotka procentują lepiej niż frank szwajcarski – pamiętają o mnie zawsze
    Tak jak ja mam w pamięci śp Teścia który przywoził z Lublina (tam było łatwiej o zakup) ćwiartkę cielaka albo Teściową przyjeżdżającą z pierogami
    Raz tylko robiłam przetwory z mięsa – na wyjazd do Kuźnicy na Helu Dzięki Bogu nikogo nie otrułam bo wtedy nic nie wiedziałam o tyndalizacji No ale tam był rozsądny stosunek do kolejek – po prostu „rzucano” siatki i one dyżurowały przed sklepem:) Potem szedł hyr po plaży „cytryny rzucili” i ludzie lecieli w kąpielówkach do sklepu No ale tam bez problemu można było kupić ryby więc nikt nie głodował Syn gospodyni potrafił w pięć minut wyfiletować śledzie i pokroić w dzwonka – wracam a on siedzi z Babciami (moimi) i gra na gitarze przy kielonku:))

  20. Nie wiem czy można „zaśmiecać” TTwins swoimi wspomnieniami? Mam nadzieję, że istnieje tlaczitko „Usuń” i admin może skazać wypociny tekstowe na niebyt.
    Nie mylić z odbytem.
    Dwie sytuacje: dzisiejsza – po tekście pojechałem na bazarek, kupiłem 15 kg wiśnioczereśni i czereśni.
    Wyparzyłem 30 słoików, usunąłem ogonki, umyłem warzywo i zgodnie z przepisem zacząłem robić kompot czereśniowy.
    Dodam, że dla mnie jest to najlepszy kompot z możliwych do osiągnięcia.
    Przepisy mówią, żeby do 1 l słoja wrzucić 4 łyżki cukru, potem czereśnie i na końcu wodę.
    4 łyżki to jest 80 g cukru, a wody w słoiku mieści się góra 300 ml.
    Czyli SYROP !!!
    OHYDA
    Dałem połowę – 40 g cukru, 600 g czereśniowiśni i 300 ml wody. Wyszło26 słoików, zamknęło się 25.
    Jutro oetykietuję i poczekam do zimy, kiedy zapach czereśni i smak kompotu będzie boski…
    A drugi element to chęć zrobienia dobrze koleżankom i kolegom. NIEUDANA
    Kilka lat temu na przyjęciu wszyscy się zachwycali konserwową papryką. Zapytałem czy by nie chcieli kupić parę słoików na zimę?
    Odzew był duży. Wielu znajomych chciało po 15-20 słoików. Określiłem cenę na ca 12 zł za 1 l słój. Pani,która robiła te przetwory miała koszty na poziomie 8 zł/słój -ja jej zaproponowałem 11 zł za 200 słoi. 1 zł to był transport.
    Zapłaciłem, przywiozłem. Zacząłem jeźdźić do znajomych, którzy się deklarowali,że zakupią.
    I nagle się znalazłem w świecie dla mnie nieoczywistym – zamawiali 20 słoików – kupili 2 , bo oni nie lubią papryki.
    Zamawiali 10 szt, ale nigdy ich nie było w domu, kiedy przywoziłem.
    W rezultacie – sprzedałem 40 szt, pozostałe 160 jadłem ze smakiem przez trzy lata.
    TERAZ – najlepszemu przyjacielowi niczego nie przywiozę jeśli mi nie zapłaci z góry.
    🙂 – z tych moich 25 słoików czereśni – 5 może być na sprzedaż – licytacja???:))))

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      Deklaracje nigdy nie pokrywają się z rzeczywistymi możliwościami, dlatego zapłata z góry jest jedyną formą gwarancji w zamówieniach i transankcjach handlowych. Tego nauczyłem się już dawno, też po osobistych doświadczeniach, niestety.

    • mail@mywebsite.pl' TesTeq pisze:

      Dziękuję za przytoczenie tytułu mojej książki w tym przydługim komentarzu. Na przyszłość może być samo TERAZ i link do http://teraz3.pl 😀

  21. Zapomniałem dopisać, że ew. środki z licytacji zostaną podwojone przeze mnie i przelane na konto Pajacyka.
    Chyba, że się okaże, iż któryś minister albo poseł znalazł się w trudnej sytuacji po wycofaniu projektu Koryto+ – wtedy rozważę wspomożenie biedaka.

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      Korzystając z możliwości komunikacji między nami tutaj, taka myśl mnie nachodzi: może by się tak odblokować na TT i zapomnieć o inwektywach, które między nami kiedyś padły. Ja odblokowałem i już nawet nie pamiętam o co poszło.
      Przepraszam autorki bloga za ten wtręt nie na temat.

    • mail@mywebsite.pl' TesTeq pisze:

      Pajacyk dobrze sprzedaje. Szafrańskiemu już 4000 sprzedał. Ponoć. Chyba że się wycofają… 😀

  22. Maria Wanke-Jerie pisze:

    Nie spodziewałam się nawet, że temat bardziej wspomnieniowy i niż kulinarny wzbudzi tak duże zainteresowanie. Sporo głosów w dyskusji (za wszystkie jestem wdzięczna i serdecznie za nie dziękuję) dotyczyło zwyczajów w czasach powszechnej reglamentacji żywności, nie tylko przygotowań do wakacji, ale także domowych obiadów, które zawsze były lepsze od stołówkowych dań, a także polskiej gościnności, która zaczyna powoli zanikać. Cieszę się, gdy dyskusja inspirowana tekstem, wykracza poza poruszony temat, istotnie go uzupełniając. Tak właśnie było w tym przypadku. Dodatkowo dyskutujący czytelnicy polemizowali też ze sobą i to jest piękne, bo pokazuje, że nasz skromny blog powoli staje się forum dyskusyjnym.

  23. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Kolejny raz pragnę podziękować serdecznie Paniom za podjęcie decyzji prowadzenia tego bloga. Sądzę, że pierwotne założenie rozwoju tego bloga przynosić będzie Paniom sukces. Mają Panie wyjątkowy dar pisania na tematy, które zainteresują czytelnika. Teksty są rzeczowe, merytoryczne a czasami nawet bardzo osobiste pisane w sposób staranny i sumienny. Rzetelność ocen piszących komentarze jest sprawiedliwa. Każdorazowo odnoszę wrażenie, jakbym podlegała rzetelnej ocenie. Prostota tekstów jest dla mnie bardzo użyteczna. Przydatne są też zamieszczane tutaj zdjęcia, które urozmaicają teksty. Dziękuję za wiedzę także komentującym, którzy dzielą się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniem. Zatem jeszcze raz serdecznie dziękuję i życzę sukcesów w dalszym prowadzeniu bloga.

  24. Danuta.sikora@wp.pl' Danuta pisze:

    Dzisiaj wraca moda na domowe przetwory i zaczyna być w trendzie ofiarowywano komuś własnoręcznie uduszonych ziół , zrobionego soku itp. To pokazuje ze obcowanie z natura jest nasza naturalna potrzeba i nie potrzeba dużo żeby się odnaleźć . Ja niedawno otrzymałam od kolegi kawałek własnoręcznie zrobionej kiełbasy . Smakowała wyśmienicie a na pytanie skąd miał przepis powiedział -Google , i tak uczymy się tego co nasi przodkowie znali doskonale. W moim rodzinnym domu były przeróżne przetwory. Na wszystko była herbatka, nalewka, słoiczek. Z pewnym niedowierzaniem wracamy do tamtych przepisów i próbujemy je odtworzyć. Ja zrobiłam syrop z sosny i mam jeszcze pigwa. Susze lawendę i zioła. Zrobiłam tonik z pietruszki ale czy to wystarczy żeby utrzymać tradycje. Ciekawe co na moje wyroby powiedziałaby babcia. Chętnie wymienię się wiedza i pozdrawiam, bo dzisiaj słowo „słoiki ” nabrało nowego znaczenia.

  25. Danuta.sikora@wp.pl' Danuta pisze:

    Oczywiście pisze o ususzonych a nie uduszonych ziołach i ofiarowywaniu komuś .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *