Peryskop, czyli rzecz o solidarności
Dziś u nas gościnnie Igor Mertyn, który zapowiada: „To będzie krótki tekst. I od razu uprzedzam – niczego nie wyjaśni”. Moim zdaniem wyjaśnia bardzo wiele. Warto przeczytać. Do końca.
Igor MERTYN
Socjolog, pisarz, analityk. Rzecznik prasowy Społecznej Akademii Nauk w Łodzi. Autor dramatów: „Dwa dramaty wg Mrożka”, „Związki”, „Gilojady”, „Upał”. W przygotowaniu: „Mój Zoszczenko”. Autor scenariuszy filmowych, w tym najważniejszy – „Bez Persony”. Absolwent zarządzania gospodarką lokalną i regionalną na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.
Peryskop
Gdzie masz peryskop!? – major zmierzył mnie surowym wzrokiem. Powtarzam, g d z i e m a s z… peryskop, peryskop!!! – major wystrzelił jak z pepeszy, aż w oknach zatrzęsły się szyby.
To nie takie proste, musimy mieć karton, to się akurat załatwi, do tego dwa małe lusterka w kształcie prostokąta i jeszcze trzeba zdobyć papier introligatorski, by go obłożyć – babcia udziela mi fachowych rad. Nie martw się coś wymyślimy – zaczęła mnie pocieszać, gdy zobaczyła moją smutną minę.
Jest poniedziałkowy mroźny poranek. Zima tego roku jest sroga i okrutna, nie zapowiada się nic dobrego. Rano wychodzę z granatowym tornistrem do szkoły, pod pachą dumny trzymam peryskop. Efekt trudu, załatwiania niezbędnych elementów, bez mała całej rodziny. Śnieg od mrozu skrzypi pod butami. Przeszywa mnie zimny wiatr. Babcia mówi, że taki wiatr to wieje nad Bajkałem. Ludzie dziwnie patrzą na mnie. Nawet przystają. Są zaciekawieni moim peryskopem – myślę sobie. Robi mi się ciepło i przyjemnie. Taki peryskop to nie byle co. Chyba major będzie cmokać, jak go zobaczy, co ma w zwyczaju, gdy jakaś praca mu się spodoba. Na pewno skreśli postawioną ołówkiem mi dwóję. Będzie piątka.
Na skrzyżowaniu ulic zatrzymuje mnie szatniarka z mojej szkoły – A ty gdzie idziesz?! – No jak, do szkoły, idę zanieść peryskop na pracę technikę majorowi, to znaczy Panu ….., kazał na poniedziałek przynieść! – Co wy w domu telewizji nie macie albo radia?! – zdziwiła się.
Nie będę jej opowiadał, że moja rodzina ma bardzo złe zdanie o telewizji, mówią reżimowa, ale nie wiem tak dokładnie co to znaczy, dziadek ogląda tylko boks – tam na ringu – mówi – można wpieprzyć…. Chodzi mu o zawodników z jednego kraju. A radia to po nocach słuchają, chociaż w ciągu dnia też fajną muzykę grają. I tak jestem zły, że mnie, czwartoklasistę, kobieta odprowadza do domu! Przecież wracam do domu sam już od drugiej klasy! Od trzeciej nie noszę rękawiczek na sznurku! A tu kobieta i to starsza, do domu pod same drzwi odprowadza!!! Bo jest niebezpiecznie, a do tego szkoła zamknięta, a ja peryskopu nie oddam. A tyle trudu było. I babcia powiedziała, że szkoły to chyba nie zamkną, bo ona pamięta, że tylko faszyści szkoły zamykali – głośno mówiąc. Dziadek słabe serce ma przez to.
* * *
Czy podział – MY – ONI – powodował w ludziach jakąś więź? Czy ta niewidzialna nić – to stwierdzenie gdzieś z tyłu głowy – wszyscy mamy tak samo – powodowała większą wrażliwość międzyludzką? Byliśmy lepsi dla siebie kiedyś? Kiedyś, to znaczy, kiedy konkretnie? A teraz jesteśmy gorsi? Jako społeczeństwo?
Pojęcie społeczność – odnosi się do ludzi i stosunków społecznych między nimi. Charakterystyczna cecha społeczności to na przykład wspólny system wartości, to świadomość przynależności. Więzi międzyludzkie to podstawa współżycia społecznego, spójność zapewniająca zaspokojenie potrzeb indywidualnych i zbiorowych. Czy nas, współczesnych Polaków, cechuje brak solidaryzmu społecznego, czy już nie myślimy w kategoriach dobra wspólnego?
Czy nas, współczesnych Polaków, cechuje brak solidaryzmu społecznego, czy już nie myślimy w kategoriach dobra wspólnego?
Czy działamy wspólnie tylko wtedy, gdy tracimy niepodległość lub jest ona zagrożona? Kiedy podział wyraźnie przebiega na linii my i oni. Uwielbiamy zrywy: niepodległościowe, charytatywne, marketingowe, promocyjne. Nie jesteśmy społeczeństwem systematycznym. „Lalka” choć świetnie napisana, nie jest naszą powieścią narodową, a Wokulski nie jest literackim narodowym bohaterem.
Dr Edmund Lewandowski, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego (autor m.in. „Charakter narodowy Polaków i innych”, „Dyskretny uśmiech losu”) podczas wykładu w 1994 roku na temat charakteru narodowego Polaków powiedział: Jesteśmy mistrzami mobilizacji w chwilach zagrożenia, jesteśmy mistrzami improwizacji, a później to jakoś będzie! Jak już strach mija, to zapominamy o sobie!
Może mit naszego solidaryzmu społecznego, wspólnoty, która myślała w kategoriach dobra wspólnego umarła wraz z końcem roku 1939, a później z upadkiem Powstania Warszawskiego. Hekatomba, która spadła na nas 1939 roku, i lata 1945–1989 zabiły w nas wszystko, co było najlepsze? Zdrowy rdzeń naszego społeczeństwa w dużej mierze został wymordowany przez Niemców i Sowietów, a ci, co przeżyli, zostali złamani. Karnawał „Solidarności” na chwilę wyrwał z objęć toczącej nas choroby – człowieka sowieckiego. Mieliśmy być ukształtowani na jego wzór; wzajemnie nieufni, podejrzliwi, samolubni, chamowaci dla innych, ale służalczy w stosunku do systemu, usłużni władzy. I ta pogarda dla słabszych. System komunistyczny kształtował nas, by gardzić innymi. I w dużej mierze taka postawa przetrwała do czasów nam współczesnych.
Karnawał „Solidarności” na chwilę wyrwał z objęć toczącej nas choroby – człowieka sowieckiego.
Bardzo celna diagnoza: „System komunistyczny kształtował nas, by gardzić innymi.”
Coś z tego musiało zostać w nas czy na nas, bo nie ma takiego spray’a, żeby popsikać i po bólu. Co chwila się z taka postawą spotykamy. Ale natężenie maleje.
Kolejne twierdzenie, że po kilku łykach wolności w latach dziewięćdziesiątych „Staliśmy się zachłanni, materialnie nastawieni do życia, zorientowani na konsumpcję” – jest chyba zbyt naganne. A jaka była inna droga?
Mieliśmy w dziurawych butach deklamować wiersze na bazarach?
Książek zdołaliśmy nakupić wcześniej, (ci, co mieli taka potrzebę) w socjaliźmie – kto nie miał swojej półeczki u pani Krysi w księgarni? Od idei głowy puchły, od wiatru trzeba było mieć czapkę.
Dzięki tym konsumpcyjnym ciągotom zaczęło się zmieniać otoczenie wokół nas – wyleciały na śmietnik zasikane przez dwa pokolenia amerykanki, segmenty na wysoki połysk i fotele kon-tiki. Solidna elektronika radziecka też wylądowała obok. Maluchy, duże fiaty i borewicze pojechały na ostatnie wakacje na wieś.
Dla tych, co nie pamiętają jak wyglądała Polska przed 89 r – wejdźcie do jakiegoś pracowniczego ogrodu działkowego w średnim mieście – zobaczycie z czego się budowało nic czyli tzw „altany”.
A ci, którzy przed 89 rokiem jeździli za granicę – czy zdołaliście wtedy dostrzec na ulicach Wiednia, Berlina czy Londynu piękno budownictwa powyżej parteru?
Czy pamiętaliście adres muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji ?
Ale za to na pamięć lokalizację „najlepszych” handli Moszkowucz & Nachfolger Am Baumwall w Hamburgu. Nieprawdaż?
Dopiero jak wymieniliśmy przedmioty na takie zbliżone do używanych na Zachodzie, to mogliśmy pomyśleć o sprzątnięciu błota z gumna i zdjęciu gumofilców.
I wtedy, często w pierwszych w życiu lakierkach zauważyliśmy, że w tych lakierkach wygodniej i głowę można bezpiecznie zadrzeć do góry bez obawy wdepnięcia.
I że horyzont gościa w lakierkach sięga dalej niż tego w gumofilcach.
Dlatego nie ganiłbym za chęć posiadania lakierków – chwaliłbym za szybkie dojście do ich noszenia.
Bo wtedy też lepiej widać bliźnich, którzy skaczą na jednej nodze zrzucając gumiaki. Łatwiej wtedy podać rękę, żeby nie upaćkać onuc w błocie…
Nie ganie tego, że chcieliśmy zdjąć gumofilce. Ale to, że zakładamy do klapek białek skarpetki z logo np. „Nike”. Drażni mnie ten wszechogarniający kicz reklamowy (specyficzne w Polsce), który pozostał jeszcze z lat 90-tych. Ten brak wyczucia, równowagi, umiaru. Drażni mnie to otępienie.