#DobryKler


Za sprawą filmu Wojciecha Smarzowskiego, który w tym tygodniu wchodzi na ekrany kin, a już wywołał gorącą dyskusję, i to zarówno entuzjastów tego obrazu, jak krytyków, temat Kościoła i księży trafił na czołówki mediów. Wcześniej emocje rozgrzewał list abp. Vigano na temat episkopatu USA, sięgający dostojników watykańskich, potem precedensowy wyrok na księdza, już wydalonego ze zgromadzenia, przyznający ofierze zakonnika gigantyczne odszkodowanie, aż w końcu rewelacje dotyczące ks. Stryczka i Szlachetnej Paczki. Trochę się tego zebrało.

Dlatego tak spodobała mi się spontaniczna akcja na Twitterze pod hashtagami #DobryKler lub #KochamKościół – internauci dzielili się swoimi pozytywnymi doświadczeniami z kontaktów z księżmi, z którymi zetknął ich los. Bo, jestem przekonana, tych gorliwych, pobożnych, prawych i ofiarnych księży jest niemało i warto pokazać ich sylwetki. By były jako wzór do naśladowania i świadczyły o tym, że choć zdarzają się przypadki naganne (gdzież ich nie ma), nie wszystko jest złe i nie wszyscy są źli.

Może miałam szczęście, ale moje doświadczenie w kontaktach z księżmi było zawsze pozytywne.

Pamiętam, jak po śmierci ojca (mama wtedy nie pracowała i początkowo nie miała prawa do emerytury po zmarłym mężu) proboszcz ówczesnej naszej parafii pw. Karola Boromeusza we Wrocławiu nie przyjął pieniędzy za pogrzeb z powodu naszej trudnej sytuacji materialnej. Gdy z mężem po pięciu latach tułaczki po Wrocławiu w wynajmowanych pokojach, zamieszkaliśmy w końcu w spółdzielczym mieszkaniu, odwiedzający po kolędzie nowych parafian proboszcz ks. prof. Eugeniusz Tomaszewski nie przyjął od nas zwyczajowej ofiary. – Dacie, jak się trochę dorobicie – powiedział, widząc nader skromne urządzenie naszego 47-metrowego M-4 na wrocławskim Biskupinie, w którym zresztą mieszkamy do dziś.

Takich przykładów mogłabym przytaczać więcej, znam też wielu wspaniałych księży całkiem prywatnie, ale tu chcę przedstawić sylwetkę nieżyjącego już proboszcza parafii Świętej Rodziny we Wrocławiu ks. Stanisława Pikula, który pełnił tę posługę niemalże ćwierć wieku (1978–2002). Nie było mu początkowo łatwo w środowisku wrocławskiej inteligencji uniwersyteckiej, zamieszkującej należące do parafii osiedla Biskupin, Sępolno i Bartoszowice, po swoim poprzedniku intelektualiście i przy dwóch wikarych legitymujących się stopniami doktora. Wielu wiernych z uwagą przysłuchiwało się jego kazaniom prostym, zrozumiałym, często ilustrowanym przykładami zapadającymi w pamięć, dalekimi od górnolotnych wywodów naukowych i oratorskich popisów. Pamiętam, jak tłumaczył, że ludzkie potrzeby trzeba widzieć blisko siebie, a nie  udzielać się charytatywnie, a nie dostrzegać na przykład niedołężnej sąsiadki, potrzebujących pomocy starych rodziców czy krewnych. Zjednał sobie parafian dobrocią, otwartością na ludzkie potrzeby i tytaniczną wręcz, ofiarną pracą. Szybko to docenili, mimo że nie wygłaszał tak głębokich teologicznie kazań, ale mówił o rzeczach ważnych w sposób prosty i komunikatywny, zazwyczaj trafiając w sedno.

Gdy wprowadzono stan wojenny i mój mąż ukrywał się przez blisko rok, ksiądz proboszcz już na początku stycznia 1982 roku poprosił mnie po Mszy św. do zakrystii – chciał mi wręczyć pieniądze jako pomoc od parafii. Podziękowałam i odmówiłam, zapewniając, że mąż nie został zwolniony z pracy, ma urlop naukowy na uczelni, więc na razie wsparcie finansowe nie jest mi potrzebne. Inni, będący zapewne w większej potrzebie, z tego skorzystali. To nasz kościół stał jednym z centrów pomocy rodzinom represjonowanych w latach osiemdziesiątych i takich jak ja zaproszonych do zakrystii było więcej. Zresztą w organizację tej pomocy włączyło się wielu parafian i prowadzona ona była na szeroką skalę.

To niejedyne dzieło charytatywne, które powstało przy tej parafii. Rodziły się one z potrzeb ludzi. Ks. Pikul umiał ich słuchać i był otwarty na różnorodne inicjatywy. To tu powstała kuchnia dla ubogich i bezdomnych wydająca posiłki (przyjeżdżali tu ludzie z całego miasta, a osobom przykutym do łóżek wolontariusze codziennie przynosili gorącą zupę z wkładką mięsną i chlebem). Tu zorganizowano punkt wydawania odzieży, biuro bezpłatnych tłumaczeń i porad prawnych, dla dzieci została zorganizowana świetlica środowiskowa, w której wielu uczniów uzyskiwało pomoc w odrabianiu lekcji. W czasie wakacji organizowane były półkolonie, zaczął funkcjonować Klub Seniora. Był czas, gdy z inicjatywy księdza proboszcza działało swoiste biuro pośrednictwa pracy – raz w miesiącu spotykały się osoby poszukujące na przykład opiekunki do dziecka lub osoby starszej, a także ci, którzy takiej pracy poszukiwali. Pamiętam, jak dzięki temu znalazłam opiekunkę dla naszej mamy. Bardzo dobrą zresztą, która miała doświadczenie pielęgniarskie i przygotowanie do opieki nad chorymi. Nie sposób wręcz zliczyć tych wszystkich inicjatyw, które były przez księdza proboszcza podejmowane i z powodzeniem realizowane. Wiele z nich przetrwało do dziś.

Pamiętam czas Powodzi Tysiąclecia w 1997 roku i niedzielną Mszę św. w momencie, gdy kulminacyjna fala szła przez Wrocław. Zagrożony zalaniem był parafialny cmentarz. Ks. Pikul zaapelował wtedy do wiernych, mówiąc, że wprawdzie Eucharystia jest bardzo ważna, ale dziś każdy kto może, niech opuści kościół i stanie do walki z żywiołem. Bo to jest w tym momencie najważniejsze. Osiedle i cmentarz zostały uratowane a wysiłek ludzi nie poszedł na marne.

Ks. Stanisław Pikul z powodzeniem łączył pracę stricte duszpasterską z organizowaniem działalności społecznej i charytatywnej, ale też i przedsięwzięć budowlanych. To za jego proboszczowania wybudowany został dom katechetyczny i plebania (wcześniej księża zajmowali część pomieszczeń w bloku mieszkalnym przy ul. Monte Cassino). Dom został umiejętnie zagospodarowany, gdy religia wróciła do szkół. Służy jako miejsce warsztatów dla dzieci, a także pomieszczenia dla sklepu i księgarni.

Dziełem życia księdza proboszcza była budowa nowego kościoła. Parafia Świętej Rodziny była za duża (25 tys. mieszkańców) i pilne było jej rozdzielenie na dwie części. Musiało minąć piętnaście lat starań i zabiegów (1982–1997), by na biurko ks. Stanisława Pikula trafiła Uchwała Rady Miejskiej przekazująca grunt pod budowę nowego kościoła. Zakres działalności społecznej i charytatywnej zrobił na radnych tak duże wrażenie, że postanowiono odstąpić działkę przy ul. Jackowskiego za symboliczną złotówkę i wyrazić zgodę na postawienie na niej kościoła.

Budowa pochłonęła ks. Pikula całkowicie – wybór projektu, wykonawców i nadzór nad pracami, współpraca z architektem i konstruktorem. I cały czas troska o ludzi w to zaangażowanych, aby nic im się nie stało, by nie zdarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek. Odbiło się to na jego zdrowiu, zaczął niedomagać i w 2002 roku przeszedł na emeryturę, pozostając w parafii jako rezydent. W tej roli nadal służył wiernym jako spowiednik i powiernik wielu spraw. A długie kolejki przy jego konfesjonale świadczyły o tym, że cieszył się ogólnym szacunkiem i zaufaniem.

Przede wszystkim ceniono w nim wielką wyrozumiałość, cierpliwość i niezwykłą wrażliwość na wszelkie niedostatki i biedę.

Pozostawił po sobie ręcznie pisaną kronikę, która posłużyła m.in. do odtworzenia dziennika budowy kościoła św. Faustyny, gdy ten się zapodział. Była żywym świadectwem tamtych czasów, pokazując jej autora jako człowieka niezwykłej pokory i dobroci.

Ks. Stanisław Pikul doczekał erygowania nowej parafii pw. św. Faustyny we Wrocławiu w 2003 roku. Była to dla niego wielka radość. Zmarł 13 grudnia 2010 roku i spoczął na cmentarzu parafialnym Świętej Rodziny, takie bowiem życzenie wyraził w swoim testamencie.

Więcej na temat ks. prał. Stanisława Pikula można znaleźć w specjalnym numerze „U Świętej Rodziny”.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

10 komentarzy

  1. jerzpolski@wp.pl' jurek pisze:

    Mamy wielu wspaniałych księży, ale spotkałem tez takich, do których miałem poważne zastrzeżenia. Święcenia kapłańskie nie dają patentu na świętość. Ksiądz jest człowiekiem i ma swoje słabości.
    Wierni mają obowiązek pomagać mu w spełnianiu trudnej misji. Dla niektórych osób atakowanie księży może służyć usprawiedliwianiu własnych błędów.

    • elwood@o2.pl' Parafianin, były... pisze:

      „Ksiądz jest człowiekiem i ma swoje słabości.” to fakt, pokazuje to doskonale przykład Stanisława Pikula.
      Jest dom katechetyczny, zbudowany w dużej mierze rękami „czynu” ministrantów w czasie kiedy przestał być potrzebny. Akcja, dam Ci pieniądze… OK, łatwo. Ale kiedy należało się wykazać jako człowiek, milczał.
      Niech te dwie ceglane budowle pozostaną świadectwem osiągnięć

  2. bialalnka@zoho.com' czerniakowianka pisze:

    Spotkałam przewspaniałego proboszcza ś.p. Stefana Księżpolskiego i wspominam go jako nadzwyczajnego człowieka. Podejrzewam że dzisiaj całym sercem byłby z papieżem Franciszkiem. Kiedyś powiedział, że pozycja księży jest szczególna bo ich indywidualne grzechy obciążają nie tylko człowieka ale cały Kościół. Jak bardzo miał rację widać szczególnie teraz. Spotkałam także innych wspaniałych księży i zakonników na szlaku pielgrzymim. Szczególnie bliscy mojej rodzinie są Misjonarze Krwi Chrystusa z ks. Mariuszem oraz często wspominany jest ks. Jarosław Klimczyk z Kanoników Laterańskich Regularnych. Wyjątkowi ludzie i kapłani z prawdziwym powołaniem.
    Choć byli także tacy, z którymi do dzisiaj mi nie po drodze. Najgorsze jest kiedy dostanie się cios od księdza, czyli kogoś kogo obdarza się szczególnym zaufaniem, gdy się jest w naprawdę trudnej sytuacji. Jednak ze wszystkiego można wyjść. Trzeba tylko pamiętać że wspólnotę tworzymy wszyscy, i wierni świeccy, i księża. Powołanie do kapłaństwa nie jest równoznaczne z bezgrzesznością, choć nie można tolerować zbrodni, szczególnie przeciwko bezbronnym. Jeśli nie będzie oczyszczenia nie będzie zaufania i wspólnoty.

  3. alinapetrowa@gmail.com' Alina Petrowa pisze:

    Osoby, które mają stały kontakt z Kościołem, z pewnością spotykali i spotykają wspaniałych księży. Ks. Jan Twardowski, o. Jacek Salij, o. Marcin Babraj, księżą marianie z mojej parafii na Marymoncie, obecny proboszcz ks. Marcin Jurak MIC. Z ponad 20-letniej pracy w Katolickiej Agencji Informacyjnej i w związku z tym bardzo licznych kontaktach z duchownymi, wynika, że w przeważającej części to osoby ofiarne, zaangażowane, ciężko pracują.

    Są także obojętni, rozgoryczeni, którzy traktują świeckich z wyższością, przywiązują nadmierną wagę do spraw materialnych. Według mnie ci nijacy są bardzo poważnym problemem, jednym z najpoważniejszych. A co robimy my, świeccy? Narzekamy. Mało jest takich, którzy zwracają uwagę, że ksiądz źle się zachował, za krótko był podczas kolędy, niewłaściwie zachował się wobec starszej kobiety. Arcybiskup – senior Damian Zimoń z Katowic twierdzi, że na Śląsku starsze kobiety potrafią takiego „księżoszka” ustawić do pionu i że to funkcjonuje. Gdyż jesteśmy wspólnotą, odpowiadamy za siebie, nie tylko oni za nas, ale także my za nich.

  4. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Myślę, że wielu z nas zna wspaniałych, oddanych swojej posłudze księży i doświadczyła ich dobroci. Jestem od ponad 45 lat w parafii księży salezjanów, dlatego musiałam przyzwyczaić się do częstych zmian – proboszcza co sześć lat a wikarych co dwa do czterech lat. Najdłużej był w mojej parafii duszpasterz akademicki bo aż osiem lat. Poznałam więc wielu księży i przyznać muszę, że zawsze świadomość, iż kończy się okres kierowania parafią, łączył się ze smutkiem. Bo to byli dobrzy, oddani parafianom księża. I właściwie dopiero co zdążyliśmy się poznać. Żaden z nich nie miał możliwości zostawić po okresie swojej posługi tak dużego i bogatego dorobku, jak ks. Stanisław Pikul, ale każdy zostawił jakiś ważny ślad. Pamiętam jednego z najbardziej oddanych księży, który był wikarym w mojej parafii w czasie, gdy moi synowie przystępowali do pierwszej Komunii św. zostawali ministrantami. To był trudny okres stanu wojennego, niedoborów żywności. Ksiądz Kazimierz Rapacz miał szczególny dar pracy z dziećmi i młodzieżą. W czasie jego posługi było ogromne grono ministrantów, dla których organizowane były wakacyjne wyjazdy. Współpraca z partnerską parafią w Dortmundzie, skąd przyjeżdżały dary w postaci mleka w proszku i konserw umożliwiały organizację aprowizacji. To wszystko odbywało się we współpracy z rodzicami, na taki obóz jechały dwie, trzy mamy ministrantów, które przygotowywały posiłki dla kilkudziesięciu uczestników i uczestniczek, bo była też grupa dziewcząt ze scholi. Wspaniała atmosfera, wycieczki w góry, śpiew i modlitwa. Chłopcy, ale i dziewczyny uwielbiały księdza Rapacza, cenili i lubili go rodzice. Bo ksiądz odwiedzał rodziny swoich uczniów i ministrantów, zwłaszcza gdy któryś z nich zachorował. Po czterech latach trzeba było pożegnać księdza. Pamiętam spontaniczną akcję dzieci, które napisały list do Papieża Jana Pawła II z prośbą o to, by ksiądz Rapacz został w naszej parafii.

    • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

      Nie mogę pominąć milczeniem tego komentarza, miałam bowiem szczęście poznać ks. Kazimierza Rapacza i przyjrzeć się z bliska jego pracy z dziećmi. Odpowiedziałam na jego prośbę i podjęłam się trudnej roli przygotowania posiłków dla dzieci i młodzieży (razem z drugą panią, mamą ministranta) podczas wakacyjnego pobytu, zorganizowanego przez tego księdza. Warunki iście spartańskie, zimna woda do mycia, konieczność palenia pod kuchnią i około setki młodych do wykarmienia. Wstawanie około 4 rano, by przygotować kanapki na śniadanie i prowiant na drogę. Potem obiad i kolacja, a po skończonej pracy wspólne śpiewanie z księdzem i klerykami. Podziwiałam księdza Rapacza jak sprawnie organizował dyżury do pomocy w kuchni i panował nad tak liczną grupą żywiołowych dzieciaków w wieku od 8 do 18 lat. Atrakcje, gry, zabawy, ale też codzienna Msza św., modlitwa i wszystko we wspaniałej atmosferze. Mimo trudu, który musiałam ponieść, to był wspaniały pobyt. Mam do dziś symboliczny upominek, który dostałam od księdza na koniec – książkę z piękną dedykacją i wyrazami wdzięczności. Zachowałam z tego pobytu miłe wspomnienia i wiele sympatii do księdza Rapacza.

  5. ewa.oczkowska64@gmail.com' Ewa pisze:

    To co mam do napisania może wydać się błahe,dla mnie i większości ludzi na moim osiedlu to jednak bardzo ważne.
    Moja parafia jest młodą parafią,obchodziliśmy 21-lecie jej powstania we wrześniu.
    Parafia liczy ok.600 rodzin czyli niewiele ponad 2 tys.wiernych.Z czego w życiu parafii uczestniczy czynnie ok.400 rodzin.
    Powstawała ona w bólach i to ogromnych.Ponieważ osiedle jest specyficznym osiedlem.Same domki jednorodzinne w 80% zamieszkałe przez ,,elitę,, Lekarze,sędziowie,prokuratorzy oraz tzw.ludzie sukcesu.Przez kilkanaście lat wiele z tych rodzin nie uczestniczyło w życiu Kościoła w ogóle. I nie myślę tu o naszej parafii ale ogólnie o Kościele,ponieważ wtedy przynależeliśmy do sąsiedniej parafii.
    W momencie decyzji śp.biskupa Materskiego o powstaniu parafii,na osiedlu rozpętała się wręcz burza. Z radością tę wiadomość przyjęło nas kilkanaście rodzin.Reszt była oburzona,zbulwersowana i posuwająca się wręcz do koszmarnych rzeczy ze ścięciem poświęconego Krzyża włącznie. Uważali,że Kościół nie jest tu nikomu potrzebny.
    I wtedy właśnie przyszło pracować naszemu pierwszemu proboszczowi,ks.Darkowi.Człowiekowi wykształconemu,wykładowcy Metafizyki na KUL-u.Wiem,że był to ciężki okres w Jego życiu,który w rezultacie przypłacił utratą zdrowia.Ale to co pozostawił po sobie jest nie do przecenienia.I najbardziej chodzi tu o aspekt duchowy.Przez swoje zaangażowanie,umiejętność rozmowy z ludźmi o różnym poziomie wykształcenia i różnych zainteresowaniach doprowadził do tego,że ogromna część ludzi obojętnych religijnie,zaczęła interesować się tym co dzieje się w Kościele.Z wielu takich domów przyszli chłopcy aby zostać ministrantami.Dziewczynki chodziły na scholę.Parafia zaczęła żyć. Ks.Darek namówił do współpracy ks.Jarka. Młodego ks.który powrócił z Rzymu i został duszpasterzem akademickim a obecnie jest Rektorem Seminarium. Obydwaj dawali z siebie wszystko aby scalić parafię.Choć obaj mieszkali poza parafią i musieli codziennie dojeżdżać do Kaplicy. Dzięki Nim powstało wiele przyjaźni, trwających do dzisiaj.Ludzie pozamykani w swoich domach,wzajemnie się poznali i coraz chętniej pomagali przy wszystkich uroczystościach kościelnych.
    Powstał parafialny Caritas,Kółka Różańcowe,grupa biblijna,schola a ministranci nie zawsze mieścili się za ołtarzem.
    To była ciężka i bardzo oddana praca naszego parafialnego pasterza i Jego współpracownika.
    Teraz od 8 lat mamy nowego proboszcza ks.Piotra. Budowniczego nowego Kościoła.Wspaniałego organizatora a jednocześnie przyjaciela nas wszystkich.Ks.Piotr powołał do życia w parafii Rycerzy Kolumba,męskie kółka różańcowe a ministrantami zostali niektórzy ojcowie młodszych ministrantów.
    I taki jest właśnie ten prawdziwy ,,Kler,, pełen oddania dla drugiego człowieka.
    Mam świadomość,że księża to nie święci.Zdarzają się różne złe rzeczy w Kościele.
    I Ci którzy krzywdzą innych powinni za to odpowiedzieć ale nie pozwólmy aby wszyscy byli tak niesprawiedliwie oceniani.
    To my jako katolicy musimy modlić się za naszych kapłanów.

  6. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Jan Śliwa odniósł się do tematu poruszonego w tym tekście na Twitterze. Napisał m.in.:

    Ja byłem na Mszy św. >2500 razy i nikt mnie nie skrzywdził. Przeciwnie, spotkałem wielu sympatycznych i mądrych księży. Tu do Szwajcarii często przyjeżdżają doktoranci, to i kazania na poziomie. Świetnie organizują pracę, także spotkania przy kawie i ciastku – ludzie współpracują.
    I tak – raz na miesiąc jest msza ze szczególnym udziałem dzieci. Kto ma głupie myśli, niech się smaży w piekle. W kościele są wszystkie generacje, od niemowlaków po emerytów. Na zmianę czytamy, kto umie – gra na gitarze lub organach. W niedzielę dobrze to robi. Polecam!
    A jak przedstawia księży film Kler? Widziałem trailer, słyszałem opinie, starczy. Jak rechot w ubeckiej kantynie. Ja wiem, że dzięki wierze i Kościołowi Polska przetrwała 200 lat. Mnie to cieszy. Innym przeszkadza.

  7. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Jak to celnie ujął w swoim komentarzu pan Jurek święcenia kapłańskie nie dają patentu na świętość. Nie dają też jak to niegdyś bywało automatycznie autorytetu i szacunku wśród wiernych. Przeciwnie – księża są zwykle oceniani surowiej niż „zwyczajni ludzie”. I to nie dziwi – są „na świeczniku” i oczekuje się, że będą świecić przykładem życia wg zasad, które głoszą. Trudno jednak nie zauważyć, że znowu wracają czasy, gdy księża stają się ulubionym obiektem ataków i hejtu w wojnie polityczno-światopoglądowej. Środowiska antychrześcijańskie, lewicowo-liberalne i związane z nimi media nagłaśniają wszelkie negatywne przypadki, fabrykują plotki i pomówienia by wytworzyć przekonanie, że cały stan duchowny jest całkowicie zdemoralizowany. W ten sposób chcą zdyskredytować cały chrześcijański światopogląd i system wartości.
    Myślę, że jako członkowie Kościoła powinniśmy starać się o to, by obraz duchowieństwa nie był wypaczony.Mam na myśli obraz jaki funkcjonuje w publicznych jak i prywatnych rozmowach, a także ten jaki mamy we własnym umyśle. Negatywne historie są bardzo nośne, chętnie rozsiewane i często mocno się zakorzeniają w świadomości ludzi. Dlatego trzeba dla równowagi mówić o tych pozytywnych przykładach tak jak to czyni Pani w powyższym tekście.
    Chciałbym przy okazji wyrazić moje uznanie dla odwagi księży i sióstr zakonnych udzielających się na portalach społecznościowych. Narażając się często na chamskie ataki i pomówienia dają świadectwo wiary, bronią Kościół a również zwyczajnie rozmawiają z ludźmi.
    I jeszcze jedno, dla mnie oczywiste: nawet najbardziej gorszące zachowanie niektórych księży nie jest argumentem za porzuceniem wiary, udziału we mszy świętej i sakramentach. Niestety często sie tak zdarza. Znam wielu zdawać by się mogło rozsądnie myślących ludzi, dla których złe postępowanie księdza stało się „dowodem na to, że nie ma Boga”. Strasznie to bezsensowne, ale dobrze, żeby księża mieli świadomość, że tak bywa.
    Co do filmu „Kler” to nie sądzę by jego obejrzenie w jakimkolwiek stopniu zmieniło moje postrzeganie księży, biskupów, Kościoła. Jak mówią sami jego twórcy nie jest to film dokumentalny – nie odzwierciedla stanu kleru a jak myślę co najwyżej stan umysłu jego twórców. Mam trochę pokusę by na niego iść, choćby po to by ktoś nie zarzucił: „jak możesz sie wypowiadać kiedy nie oglądałeś” Chyba jednak nie ulegnę tej pokusie… Mam wrażenie, że ten film stał się obecnie pewnym manifestem środowisk antyklerykalnych. Nie widzę sensu nabijać statystyk propagatorom tej ideologii.

  8. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dziękuję za zainteresowanie moim ostatnim tekstem i ciekawe komentarze. Sylwetki wspaniałych kapłanów zaprezentowały: Ania Białoszewska, Alina Petrowa, moja siostra, Ewa Oczkowska i Rafał Kubara. Pojawiły się też w ich wypowiedziach oceny natury ogólnej, a mianowicie, że święcenia kapłańskie nie dają patentu na świętość, o czym wspomniał Jerzy Strzelczyk, który dodał, że wierni mają obowiązek pomagać księżom w spełnianiu trudnej misji. O potrzebie upominania księży, którzy błądzą, wspominały Alina Petrowa i Ania Białoszewska, a o konieczności modlitwy za kapłanów pisał Rafał Kubara. Zasmucił mnie wpis byłego parafianina, tym bardziej, że pojawiła się tu insynuacja dotycząca nieżyjącego już księdza („kiedy należało się wykazać jako człowiek, milczał”). Sprowadzenie dokonań księdza proboszcza do dwóch ceglanych budowli (pominął trzecią, czyli nowy kościół) jest, moim zdaniem, krzywdzące. Opisałam tu dzieła charytatywne, które z jego inicjatywy i przy aktywnym jego udziale powstały. Można dodać także pomysły i inicjatywy duszpasterskie, jak np. popołudniowe Msze św. dla przedszkolaków i ich rodziców, które ksiądz proboszcz sam celebrował, katechezy dla rodziców dzieci pierwszokomunijnych, zapraszanie wybitnych rekolekcjonistów, a także wykładowców np. w ramach Dni Kultury Chrześcijańskiej, które w czasach komunizmu były swoistą trybuną wolego słowa, otwartość i sprzyjanie tworzenia grup i wspólnot parafialnych. No cóż, jak ktoś chce widzieć tylko dwa ceglane budynki i to wybudowane z pieniędzy parafian (a niby z jakich miałyby być), to jego problem. Widać, że nie był aktywną częścią wspólnoty naszej parafii i oceniał ją jakby z zewnątrz. Takie opinie są zawsze jednostronne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *