Wrocławskie majówki

Majówka

Przed nami długi majowy weekend. Nie tak długi, jak mógłby być przy korzystnym z punktu widzenia urlopowicza układzie dni tygodnia, ale umożliwia wypoczynek od soboty do środy. Gdyby 1 maja przypadało we wtorek, to biorąc trzy dniu urlopu, można pozwolić sobie na dziewięciodniowy wypoczynek. A jak było kiedyś, jak obchodziliśmy majowe święta?

W moim rodzinnym domu na pochód pierwszomajowy się nie chodziło. 1 maja był to po prostu wolny dzień, od zajęć szkolnych dla nas, a dla rodziców (potem tylko dla taty, gdy mama przestała pracować) od pracy. Telewizja non stop nadawała relacje z trasy pochodu, wcześnie rano z Moskwy, później z Warszawy i innych miast. Pamiętam, że gdy byłam w podstawówce, chciałam tak z ciekawości zobaczyć pochód z bliska i raz z rodzicami wybraliśmy się w pobliżu trasy przemarszu. Mieszkaliśmy przy pl. Powstańców Śląskich i do Świerczewskiego (dziś Piłsudskiego), gdzie biegła końcowa trasa pochodu, która kończyła się na pl. PKWN (dziś pl. Legionów), można było dojść na piechotę. Na obrzeżach pochodu porozstawiane były stoiska z trudno dostępnymi na co dzień towarami – przykuwały uwagę pomarańcze, cytryny, wyroby czekoladowe, ale także wędliny… Czymże to ludzi nie kuszono! Jedna wyprawa z rodzicami wystarczyła, zaspokoiłam ciekawość i aż do szkoły średniej pochodami pierwszomajowymi nie zawracałam sobie głowy. Dopiero w liceum, jak pamiętam, była presja, aby na pochody chodzić – groziło obniżenie oceny ze sprawowania i sprawdzane były listy obecności. Koszmar! Przedtem dwa dni prób przemarszu na szkolnym dziedzińcu. Ileż to czasu marnowano na te przygotowania i indoktrynację.

Na studiach już było więcej wolności, 1 maja to był znów tylko wolny od zajęć dzień. Ale wtedy, jak pamiętam, zaczęto śmielej celebrować święto 3 maja. Coraz więcej flag biało-czerwonych pojawiało się w oknach. I można było tylko pytać: czy wiszą, bo ktoś ich nie zdjął, czy też wiszą, bo właśnie zostały zawieszone.

1 maja to także czyny pierwszomajowe, do których zmuszano członków PZPR. Były to, wyjaśniam młodym czytelnikom, obowiązkowe prace społeczne z okazji majowego święta. Nie zapomnę widoku z okna w moim mieszkaniu na Biskupinie na pierwszym piętrze. Rozłożono nowiutkie, świeżo zakupione łopaty i grabie, a „ochotnicy” przez kilka godzin musieli porządkować trawnik przed blokiem mieszkalnym. Iluż sąsiadów tam zobaczyłam! I to takich, których nie podejrzewałam o to, że mają czerwone legitymacje. Nazajutrz przyszły dwie panie z zieleni miejskiej i sprawnie posprzątały po pracach porządkowych, które wykonywało kilkadziesiąt osób przez kilka godzin poprzedniego dnia.

Ale także pamiętam, jak świeżo nawrócony na antykomunizm dyrektor Instytutu Astronomicznego, dziś już nieżyjący doc. Tadeusz Jarzębowski, wymyślił antykomuninistyczne czyny trzeciomajowe. To były lata osiemdziesiąte. Pracownicy instytutu w dniu 3 maja byli zobligowani przez niego do prac społecznych – porządków na otaczającym budynek trawniku i w pomieszczeniach bibliotecznych. Nawet raz był zorganizowany wyjazd na czyn trzeciomajowy do filii instytutu w Białkowie w gminie Wińsko. Wtedy sobie uzmysłowiłam, że poglądy polityczne dyrektor zmienił o 180 stopni, głoszone hasła też, ale mentalność z poprzedniej epoki pozostała. Można pytać, u ilu dziś żarliwych antykomunistów jest podobnie? Ilu przysłowiowo zamieniło czyny pierwszo- na trzeciomajowe?

Gdy przyszedł karnawał „Solidarności”, a potem stan wojenny, pochody z okazji 1 maja często ścierały się z kontrmanifestacjami, bywało, że brutalnie tłumionymi przez ZOMO i siły porządkowe.

Wroclaw1maja1982

Wspominałam tu na blogu

https://twittertwins.pl/nauczycielom-w-dniu-ich-swieta/

jak mój syn w I klasie szkoły podstawowej miał narysować pochód pierwszomajowy. To był rok 1983 i we Wrocławiu razem z oficjalnym pochodem szły solidarnościowe antypochody. Takie dwa pochody, jeden z czerwonymi sztandarami, a drugi z biało-czerwonymi flagami z napisem „Solidarność” na białej części, narysował mój syn. Nauczycielka, Janina Orłowska, powiedziała mu na osobności: „Bardzo mi się podoba, Piotrusiu, co narysowałeś. Chciałabym to mieć od ciebie na pamiątkę. Załóż nowy zeszyt, a ten mi podarujesz. Dobrze?” Chciała pochwalić dziecko za to, co zrobiło, ale jednocześnie ustrzec się przed ewentualnymi konsekwencjami, bo niespodziewana wizytacja zawsze była możliwa.

niezalezny-pochod      Pochód_pierwszomajowy

Kontrpochody nie tylko były rozpraszane przez siły porządkowe, ale też wcześniej prowadzone były działania prewencyjne przez MO i SB. Pamiętam rok 1985. W poniedziałek 29 kwietnia ja z mężem wcześniej wróciliśmy z Instytutu Matematycznego i odebraliśmy z przedszkola młodszego syna Tomka. Starszy 10-letni Piotrek sam wrócił ze szkoły do domu, zdążył odrobić lekcje i grał w piłkę z kolegami podwórku. Młodszy do niego dołączył. Dzieci nie przesiadywały wtedy w domu przed telewizorem, tylko zażywały ruchu na świeżym powietrzu, tworzyła się podwórkowa społeczność. Ledwo się rozebraliśmy, a jak pamiętam, że chłodno było wtedy podobnie jak teraz pod koniec kwietnia, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Stało w nich dwóch mężczyzn po cywilnemu. Wylegitymowali się.

– Pan pozwoli z nami – zwrócili się do męża. Spojrzał na mnie z wyrzutem, bo to ja namawiałam go, żeby wcześniej wrócić do domu i abyśmy trochę pobyli razem. Planowałam jakąś wycieczkę, 1 maja miała poprawić się pogoda. No cóż, plany „wzięły w łeb”, a ja zostałam sama. Mąż przesiedział całe dwa dni w areszcie, dopiero po południu go wypuścili. Pamiętam jak w upalny dzień, bo nagle zrobiło się bardzo ciepło, wracał do domu w kurtce i grubej koszuli. Takie bywały „przyjemności” związane z pierwszomajowym świętem. W następnych latach mąż starał się unikać zatrzymania przed 1 maja, nocował poza domem, albo wracał dopiero po północy.

Na początku lat osiemdziesiątych duszpasterz akademicki i równocześnie kapelan „Solidarności” ks. Stanisław Orzechowski, czyli legendarny wrocławski „Orzech”, jako alternatywę dla pochodów zainicjował majówki na Ślęży. Tradycja pierwszomajowych pielgrzymek maryjnych zrodziła się więc na bazie… pierwszomajowych pochodów. Pierwsza odbyła się w 1981 roku. To była alternatywna propozycja dla studentów, która przetrwała do dziś, choć program wyprawy był później modyfikowany. Tegoroczna, 36. już majówka, będzie miała swój początek w sanktuarium św. Anny i NMP Matki Nowej Ewangelizacji w Sobótce. Tam odprawiona będzie Msza św., a potem uformowana kolumna wyruszy spod kościoła na Ślężę. Po drodze będzie nabożeństwo Drogi Krzyżowej, a na szczycie odśpiewana zostanie Litania Loretańska. Wszak maj, to nabożeństwa majowe.

Majówka na Ślężę

Gdy nadeszła wolna Polska, wraz z nią znikły pochody pierwszomajowe, ale wolny dzień od pracy pozostał. Doszło jeszcze święto państwowe w dniu 3 maja dla upamiętnienia rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, będące jednocześnie świętem kościelnym Matki Bożej Królowej Polski. Od 2007 roku 1 i 3 maja obowiązuje całkowity zakaz handlu. Jest jeszcze po drodze, 2 maja, Święto Flagi, ale nie jest to wolny dzień od pracy.

Od 2004 roku 1 maja nabrał nowego znaczenia, tego dnia przypada bowiem rocznica wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, a od 2011 roku także rocznica beatyfikacji Jana Pawła II. Jest więc co świętować, a i oferta różnorodnych imprez niezwykle bogata.

W tym roku we Wrocławiu 3 maja otworzy podwoje dla zwiedzających nowoczesne Muzeum „Pana Tadeusza” http://ossolineum.pl/index.php/muzea/muzeum-pana-tadeusza/ z rękopisem słynnej narodowej epopei i oryginalnym dokumentem Konstytucji 3 Maja http://www.pantadeusz.ossolineum.pl/.

Ciekawe, kto skorzysta z propozycji różnorodnych imprez, spotkań, festynów i koncertów, a kto uzna, że lepiej spędzić wolne dni na łonie natury. W kraju lub zagranicą.

Grillowanie

A jak Państwo obchodzą majowe święta? Dzielmy się refleksjami z przeszłości i tegorocznych planów. Zapraszam.

 

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

Możesz również polubić…

30 komentarzy

  1. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Za moich czasów było łatwiej.Flagi poszły do rowu (Te czerwone ) i zrywaliśmy się nad Symsarne (rzeka Symsar) do parku krajobrazowego.Dziś święto Flagi i Konstytucji obchodze. 1.V w tym roku to Niedziela.

  2. alicja.js@wp.pl' AlicjaJesz pisze:

    Miałam to szczęście, że już w podstawowej szkole zostałam sportowcem (koszykarką) i w szkole mówiłam, że idę na pochód z klubem a w klubie, że idę ze szkołą 🙂 Klub też bardzo zabiegał o udział w pochodzie 🙂 Mama po wojnie była w średniej szkole i zmuszano ich do uczestnictwa w pochodzie pod groźbą wyrzucenia ze szkoły. Musiały być w białych bluzkach i granatowych spódniczkach nawet jak śnieg padał co się zdarzało. U mnie w domu zawsze obchodziło się przedwojenne święta w tym 3 Maja i 11 Listopada. Modliłyśmy się z Babcią i śpiewałyśmy pieśni. No a teraz obchodzę 2 Maja Święto Flagi, z młodzieżą ruszamy na marsz do lasu z flagami. 3 Maja uczestniczę w przemarszu Solidarności pod tablicę upamiętniającą wydarzenia z 1982 roku kiedy ZOMO brutalnie zaatakowało uczestników mszy św. na Starym Rynku w Toruniu. Uciekaliśmy wtedy z mężem i małym dzieckiem przed armatkami wodnymi i ZOMO. To okropne przeżycie było, wżarte w pamięć. Przypominało mi się co roku na Marszu Niepodległości bo te ataki POlicji na spokojny tłum bardzo mi atak ZOMO przypominały.
    W tym roku 3 maja wyruszam z Kombatantami NSZ do Holiszowa na rocznicę wyzwolenia przez Brygadę Świętokrzyską obozu koncentracyjnego. Bardzo jestem tym wyjazdem wzruszona. Nie jedziemy na wycieczkę tylko na misję. Trzeba przywracać pamięci naszą historię z której możemy być dumni. Komuniści chcieli nas tego pozbawić. Mordowali naszych bohaterów i pamięć o nich ale z wielką satysfakcją powiem – nie udało się!

  3. anna.godzwon@polskieradio.pl' Anna Godzwon pisze:

    Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mam wolne w długi weekend! Najpierw jako dziennikarka miałam zawsze w te dni mnóstwo roboty, bo pochody, demonstracje, obchody, wystąpienia, a potem jako urzędniczka współtworzyłam obchody świąt majowych – ze szczególnie przeze mnie ulubionym Dniem Flagi. A w tym roku wreszcie mam wolne i postanowiłam odwiedzić jedno z miast, które bardzo dobrze znam z wyjazdów służbowych (czyli tak jakbym nie znała), czyli Wiedeń. Zamierzam nurzać się w Klimcie, Mozarcie i wiedeńskiej secesji, jeść torciki Sachera i sznycle oraz pić kawę niespiesznie gapiąc się na świat. Ale w sercu będzie mi biało-czerwono!

  4. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Przyznać muszę, że chętnie zaglądam do komentarzy na TTwins. To tak, jakby sekretny przepis na życie różnych osób.
    No cóż, czas rządów komunistycznych, to czas ideologii i indoktrynacji i niezbyt mile wspominam te mroczne czasy. Te wszystkie pierwszomajowe pochody sprowadzały się do propagandowych sloganów, haseł i transparentów. Tak bardzo usiłowano zniszczyć moralnie człowieka. Wiemy doskonale ileż złego w życiu społecznym uczyniły tamte czasy. Obecnie, kiedy wszystko się zmieniło, kiedy na naszych oczach rozpadł się totalitaryzm sowiecki a ludzie utracili swoją tożsamość należy na nowo jej poszukać i zacząć stawiać sobie większe wymagania. Czy jednak byliśmy na to gotowi? Wolność zewnętrzna stała się udziałem wszystkich, otwarto granice, ale problemem pozostała ta ważniejsza wolność-wolność wewnętrzna, ta osobista. Musieliśmy przygotować umysł na przyjęcie demokracji. Czyny pierwszomajowe na studiach medycznych były obowiązkowe. Musieliśmy organizować wieczornice w Domach Pomocy Społecznej w tzw. DPS-ach. I akurat te momenty nie były przez nas traktowane, jako zło konieczne, tylko rodziło się pytanie, dlaczego tylko w tym okresie byliśmy tak blisko ludzi, którzy za chwilę odejdą, a teraz jeszcze tak bardzo cieszą się naszą bliskością. Tych biednych i słabych lubiliśmy najbardziej. U nas w Poznaniu kiedyś odbywały się „Majówki z książką”. Pierwsza taka odbyła się na Starym Rynku przed pół wieku temu. W roku 1987 przeniesiono ją do Parku Kasprowicza. Niestety w 2006 r z powodów finansowych „Majówka z książką” z 51 letnią tradycją przeszła do historii. W tym roku zamierzam odwiedzić Kiermasz Poznańskich Wydawców organizowany przez Bibliotekę Raczyńskich pod mecenatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Miasto przygotowało wiele ciekawych imprez, z których każdy może wybrać coś dla siebie. Dla tęskniących za minioną epoką zorganizowano „Taneczną Majówkę” w klimacie PRL-u. Przeboje i stroje lat 70-tych. W wolnej Polsce nie ma już pochodów, ale możemy ten czas zagospodarować wg. własnych pomysłów i planów. Maj, to taki piękny miesiąc, kiedy w sposób szczególny czcimy Matkę Bożą uczestnicząc w nabożeństwach majowych, by uprawiać, jak mawiał śp.O. Jan Góra Bożą glebę i nawiązywać osobisty kontakt z Chrystusem. Temu właśnie zamierzam się w tych dniach oddawać.

  5. Maria WANKE-JERIE pisze:

    1 maja z dzieciństwa zapamiętałam jako dzień wolny i kolorowy. Nawet dzieci w szprychy rowerków miały plecione kolorowe bibułki. Trochę zazdrościłam, że mój rowerek nieprzybrany niczym. Ale u nas nie świętowało się 1 maja. Nawet nie pamiętam jak rodzice to tłumaczyli. Nawet rowerek był codzienny. Szkolny przymus udziału w pochodach to okres szkoły średniej. Potem studencki luz, czyli bez przymusu, mimo przykręconej politycznej śruby po 1968 roku, a ja studia zaczęłam rok później, w 1969. „Solidarność” wykorzystywała pochody do demonstrowania swojego sprzeciwu, ale ten czas zapamiętałam też z czynów pierwszomajowych. Ponieważ mieszkam tuż przy gmachach instytutów matematyki i chemii mogłam je obserwować z bliska. Trochę czułam się zażenowana, widząc poważnych profesorów z łopatami w rękach przy wykonywaniu zupełnie bezsensownych czynności. Kiedyś usłyszałam przechodnia, który sarkastycznie skomentował ten obrazek: „Uczyć się nie chciało, więc teraz łopatą trzeba”. To najlepszy dowód, jak te osoby do łopaty nie pasowały swoim wyglądem, sposobem poruszania się. Łopaty służyły najczęściej do podpierania się, bo podczas tych prac częściej rozmawiano, niż operowano łopatami. Pomysł, aby w ten sposób okazywać szacunek ludziom fizycznej pracy był raczej okazją do czegoś wprost przeciwnego. Absurdy tamtych czasów różne miały oblicza, czasem zabawne. Czerpał z tego pełnymi garściami Stanisław Bareja, a ja mam świadomość, że współcześni młodzi ludzie sądzą, że to sytuacje wymyślone na potrzeby filmu. Jakże często jednak życie przerastało kabaret.

  6. Widocznie miałem sporo szczęścia, za co Bogu dziękuję, bo – gdy uczęszczałem do szkół, a i później – nigdy nie poniosłem konsekwencji lekceważenia „świąt” komunistycznych, tzw. „prac społecznych”, czy wypracowań o tematyce związanej z rzeczywistością komunistyczną. Po prostu nie wykonywałem poleceń. Może miałem nauczycieli nastawionych w głębi duszy patriotycznie, o czym wtedy nie myślałem…?

  7. dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    Pamietam pochody majowe z dziecinstwa.Jako uczennica szkoly podstawowej bralam w nich udzial.W szarym mundurku harcerskim bialych podkolanowkach „godnie”reprezentowalam szkołę. Druzyna harcerska ktorej bylam czlonkiem miala przywilej noszenia chust bialo-czerwonychi w związku z tym na czele pochodu towarzyszylismy kombatantom wojennym.Moj tata jako bezpartyjny kierownik rowniez bral udzial w pochodach.Mial dawac „przyklad”swoim pracownikom.Mama corka „kulaka”nigdy nie brala udzialu w pochodach.Byla dyplomowana ksiegowa a mimo to nigdy nie zajmowala kieroeniczego stanowiska.To byla cena za jej postawę. Swoja dezaprobate wyrazala również w stosunku do rodziny.Bladym switem 1 maja zaczynala generalne porzadki.W podomce w chustce na glowie ze scierka w ręku intensywnie odkurzala zmywala i spiewala piesni maryjne.Byl to widok rzadki poniewaz mama byla elegancka kobieta nawet w domu .Spiewanie tez nie bylo jej mocna strona.Na obiad serwowala nam kaszanke i kiszona kapustę, ktorej nie cierpielismy! W domu szanowalismy jedzenie wiec obiad musial byc zjedzony.Ogladanie telewizji w tym dniu graniczylo z cudem.Tak wiec nigdy nie mialam okazji zobaczyć pochodow u naszych wschodnich sąsiadów. Wieczorem przyjezdzala do nas rodzina i do późna mama swietowala swoj „opór”wobec wobec wladzy.Tak bylo przez kolejne 5 lat az do momentu kiedy ja i tata przestalismy brac udzial w pochodach.Na lono rodziny wrocila normalnosc i smaczny obiad.Czynny „opor” swietowalismy nadal z rodzina i przyjaciolmi .Tak bylo az do smierci moich rodzicow.Prosze wybaczyc mi styl a wlasciwie jego brak ale pisanie nie jest moja mocna stroną. ?

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      Pani Dario, rozumiem niechęć Pani mamy do świętowania 1 maja i uczestnictwa w pochodach, ale aż takiego przesadnego demonstrowania tego domownikom, to już zupełnie nie rozumiem. Przecież Pani ojciec nie szedł w pochodzie z własnej woli, tylko dlatego, że tak było trzeba, żeby nie stracić pracy, co fatalnie odbiło by się na egzystencji całej rodziny.
      Gdyby Pani mama to rozumiała, nie szokowała by od rana swoim wyglądem i nie „karała” was specjalnie byle jakim obiadem tylko dlatego, że to pierwszy maja. Tego, że obiady wróciły do normalności dopiero po pięciu latach, też nie rozumiem, bo przecież umyślne ograniczanie się w rodzinie, nie ma żadnego znaczenia dla ustroju, czy czegokolwiek w zewnętrznym świecie, który i tak idzie swoim torem.
      Pozdrawiam:)

      • dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

        Takie obiady byly tylko 1 maja.Mama byla milym czlowiekiem i czesto zaskakiwala nas roznymi pomyslami.Trudno bylo sie z nia nudzic!

        • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

          Pewnie była spod znaku Koziorożca; te typy tak mają, różki na wierzchu i potrzeba zaskoczenia wszystkich, ale dobre i to, że przynajmniej Wam się nie nudziło:)

    • alicja.js@wp.pl' AlicjaJesz pisze:

      Pani Dario! Mama była wspaniała! Już widzę, że bardzo bym ją mogła polubić 🙂 Dziś ludziom ciężko to zrozumieć ale każde chodzenie w poprzek nakazanej drogi było widziane przez kacyków komunistycznych jak bunt i zagrożenie dla ich władzy. Takie niepokorne jednostki były podejrzane 🙂 Tylko szara masa co szła w nakazanym kierunku była dobrze widziana. Pozdrawiam! 🙂

  8. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    W związku z komentarzem Pani Darii przypomniał mi się zabawny moment tamtych czasów. W dniu 1-go maja, kiedy byłam u koleżanki, której ojciec był oddanym komunistom na stanowisku, matka stwierdziła, że nie będzie brać udziału w pochodzie i świętować, bo nie ma powodów ku temu. Czasy ciężkie, do garnka nie ma co włożyć.Ponieważ strach był tak silny przed utratą stanowiska wyszedł do miasta i wrócił z torbą pełną frykasów, by udobruchać żonę. Proszę sobie wyobrazić zdumienie nas dzieciaków, kiedy zaczął rozpakowywać i wyciągać wędlinę z górnej półki, a były to parówki, które wówczas były rarytasem. Widać, że sfery niebieskie uznały sprawę za niegodną interwencji Bożej i matka stanowczo zaprotestowała, że mimo wszystko ona nie pójdzie. Dlatego nie dziwię się Pani Darii z tą kaszanką, bo w tamtych czasach kaszanka była naprawdę delikatesem.

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      Pani Barbaro, proszę nie przesadzać, owszem, jadło się i kaszankę, ale nigdy nie była ona rarytasem. Kto pracował, to zawsze było go stać by tu czy ówdzie kupić coś smacznego do jedzenia, na przykład w sklepie komercyjnym, czy choćby u rolnika na wsi. Wielodzietnej rodzinie z tylko pracującym ojcem i dzisiaj wiedzie się nienajlepiej, choć wszędzie półki pełne.
      Pozdrawiam:)

  9. bialanka@zoho.com' czerniakowianka pisze:

    W pochodach pierwszomajowych nigdy nie brałam udziału, bo „za mojej kadencji” już nie były obowiązkowe. Natomiast moja mama opowiadała mi, że gdy przyszła pracować do biura projektowego została „wkręcona” przez kolegów w pochód pierwszomajowy, bo nikt nie chciał brać udziału, ale wytrzymała tylko na tyle że po odfajkowaniu obecności u biurowego kacyka partyjnego czmychnęła w pierwszą przecznicę.
    Ale że w owych czasach udział w pochodach oraz zebraniach partyjnych był na zasadzie „dobrowolnego przymusu”, wydelegowali z pracowni jednego kolegę, który regularnie chodził na wszystkie imprezy i zdawał potem relacje pozostałym co i jak partia znów wymyśliła, a oni w zamian płacili mu składkę partyjną.
    A na majówkę najczęściej chodziliśmy na spacery, wzdłuż Wisły na Starówkę, na lody.

    Udanego weekendu autorkom i wszystkim czytelnikom!

  10. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Panie Vektorze przyjmuję Pańskie słowa z pokorą i przykro mi bardzo, że obie z Panią Darią rozczarowałyśmy Pana.Zapewniam, gdyby o erę wiecznego milczenia chodziło nie odpisałabym Panu wcale. Nawet żal, który może uderzać z tego, co teraz piszę o wielkiej życzliwości do Pana świadczy. Szkoda tylko, że myśli Pan życzeniowo i oczekuje od nas tego, co chciałby Pan usłyszeć. Opisałam z Panią Darią to, co nas dotyczyło i jakie były nasze odczucia. Poza tym odnosi się Pan do nas polemizując z nami, a może dałby nam Pan możliwość skomentowania swojego tekstu w tej kwestii.Uważam, że ocenił nas Pan zbyt surowo oceniając tamte czasy tylko wg. własnych spostrzeżeń.Jeszcze raz przepraszam, że tyle żółci wylewam, ale nie taki jest cel mojego pisania. Z wyrazami szacunku. Pozdrawiam Pana.

    • dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

      Pani Barbaro gdyby wszyscy wylewali tyle żółci co Pani jaki piekny bylby swiat.Piekny komentarz pod ktorym pozwole się podpisac obiema rekami.

    • stanorion@gmail.com' Vector pisze:

      Szanowna Pani Barbaro… ani Pani, ani Pani Daria nie rozczarowałyście mnie niczym. Po prostu wyraziłem swoje zdanie odnośnie tego co piszecie, a że zawsze jestem szczery, nie potrafię inaczej. Niczego też od Pań nie oczekuję, bo tu każdy wspomina to, co uważa za stosowne, ale nie możemy się obrażać, że ktoś odważy się polemizować. Gdyby było inaczej, nie byłoby dyskusji i powiało by nudą na tym blogu. Tak czy siak, zaręczam, że w ramach protestu, małżonce na pierwszomajowe święto, ciepłej wody dla psikusa, nie zakręcę;)

  11. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Pani Dario, dziękuję za te miłe słowa. Wydaje mi się, że byłam czytelna.Sądzę, że powinniśmy unikać myślenia życzeniowego. Każdy ma prawo wyrazić to, co czuje. Mimo wszystko pisałam te słowa nie bez lęku i ostrożnym wahaniem, jak zostaną odebrane, bo zdaję sobie sprawę z zuchwalstwa, jakie popełniam. Pozdrawiam Panią serdecznie.

  12. igormertyn@gmail.com' Igor Mertyn pisze:

    Nie uwierzycie Państwo ale ani razu nie byłem na pochodzie 1-szo Majowym. A wszystko dzięki mojej św.p. Babci, która potrafiła organizować różne wybiegi. Jak jej powiedziałem, że fajnie tak uciekać przed przymusem chodzenia na te nudy, powiedziała w swoim stylu – e tam, nie takie rzeczy w czasie okupacji się robiło i wiesz jeszcze gdzie…

  13. dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    Pana babcia to zupelnie jak moj dziadzius .
    Jak mialam 14 lat to zrozumialam dlaczego nie nalezy brac udzialu w pochodach 1 majowych.Dziadek jest moim nr 1 do dzis.

  14. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Od kilkunastu lat mam taką pracę, którą wykonuję głównie w weekendy, dlatego świętowanie rzadko mi się zdarza, a jeśli niekiedy się zdarzy, to korzystam z tego wolnego czasu najczęściej aktywnie, na łonie natury, z rowerem, przy wieczornym ognisku itp.
    W podstawówce miałem to nieszczęście mieć nauczycieli, łącznie z kierownikiem – ideowców wierzących (chyba szczerze), w system który wtedy panował, więc na 1 Maja organizowano nam zawsze jakieś akademie, czy też plenerowe wyjazdy z niby artystycznymi występami, w których zawsze bralem udział, jak wszyscy wówczas.
    Na osłodę, a pewnie i dla zachęty, na występach tych serwowano nam po oranżadzie i parówce na gorąco, czy też lody, albo inne słodycze. Każdy czekał z niecierpliwością na powrót do domu, by spędzić resztę czasu na zabawie. Komputerów i komórek wtedy nie było, ale bawiliśmy się świetnie, do czego pomysłów nam nigdy nie zabrakło.
    W szkole średniej dyrektor był liberałem, więc nie starał się zmuszać kogokolwiek do uczestnictwa w pochodach pierwszomajowych. Odgórnych kłopotów z tego tytułu chyba nie miał, bo zawsze było wielu prymusów, którzy dobrowolnie, a może i z polecenia rodziców, brali czynny udział w pochodach, więc delegacja szkoły była godnie reprezentowana i Pana dyrektora nikt się o nic nie czepiał.
    W późniejszych czasach, też mnie nikt do niczego nie nakłaniał, bo od razu podjąłem pracę na własny rachunek, co samo w sobie, nie było wtedy ani łatwe ani proste, ale do uczestnictwa w pochodach nikt nie przymuszał.
    W czasie gdy mieszkałem na Starym Mieście, wraz z kolegami szliśmy obejrzeć pochód pierwszomajowy z bliska w okolice Placu PKWN, a po nim spędzaliśmy przyjemnie czas przeważnie w Melpomenie przy ul. Rzeźniczej, czy też w Bachusie w Rynku, przy kawie i piwie lub winie, zależy co tam kto pił. To były piękne czasy i nie o system mi tu chodzi, tylko o to, że było się młodym, więc czerpało się z życia ile się dało.
    Później, gdy zamieszkałem na dzielnicy nie było już tak rozrywkowo, bo wiele wolnego czasu, także w niedziele i święta, czy to 1 czy 3 Maja spędzałem na pracy przy budowie własnego domu. Nie byłem pod tym względem wyjątkiem, bo wtedy wielu budujących się w niedzielę uruchamiało betoniarki, czy też inne maszyny i każdy robił co tam kto umiał, albo choć pomagał fachowcom, czy też sprzątał.
    Pamiętam te niedziele w czasie budowy, gdy nie słyszało się kościelnego dzwonka na mszę, bo kościół był daleko, tylko warkot betoniarki sąsiada, jak nie jednego, to drugiego. Takie były czasy i tak wtedy się żyło.
    Zdaję sobie sprawę, że miałem szczęście od młodości być w nietypowej sytuacji i że takich jak ja, było stosunkowo niewielu.
    Mogłem zachować niezależność i wolność, oczywiście w pewnych granicach, co nie wszystkim, pragnącym tego, się udało.
    Większość, pracująca wtedy w państwowych zakładach była namawiana, czy nawet zmuszana do brania udziału w pochodach, czy też czynach społecznych.
    Po stanie wojennym, to wiadomo, wszystko się zmieniło na in plus, choć do dzisiaj wielu jest zachęcanych, do chcianych, czy też niekoniecznie, inicjatyw „społecznych”.
    Ten weekend mam jakimś trafem akurat wolny i bardzo się cieszę, że będę mógł go spędzić po swojemu. Od rana zabieram się za koszenie trawników i porządkowanie ogrodu, bo na to nie zawsze czasu starcza. W niedzielę, jak będzie pogoda może jakaś wycieczka z aparatem, rowerem po lesie, a po południu zaplanowane ognisko z grillem z córką i wnukami. Plany są świetne, tylko nie wiadomo czy pogoda pozwoli. Oby tak.
    Nie chce mi się przeglądać tego co napisałem, więc przepraszam za ewentualne błędy.
    Pozdrawiam Wszystkich Państwa weekendowo bardzo serdecznie.
    Stanisław vel Vector

  15. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Uzupełniając.Tak mi się właśnie odkleiło.W 6-tej klasie szkoły podstawowej standardowo we czworo zerwaliśmy się z pochodu nad Symsarne.Gdy brodziliśmy w wodzie koleżanka oznajmiła że następnego dnia całą rodziną wyjeżdżają do Niemiec i już nie wrócą.Prosiła by nikomu o tym nie mówić.Dopiero później zrozumiałem dlaczego.Od tego momentu to był bardzo smutny dzień.

  16. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    A propos świętowania jeszcze zorganizowanych grup, jak Majówki Maryjne na Sobótce, coroczne Drogi Krzyżowe na Tarnicę, czy też inne, zorganizowane grupy religijne czy zakładowe, obojętnie jakie zresztą, uważam za bardzo niestosowne i nietrafne.
    Uczestnicy biorą w tym udzial dla samej idei, a nie mijanego po drodze piękna przyrody raczej, a szlaki i szczyty, zadeptywane taką zmasowaną ilością pielgrzymów, bardzo na tym cierpią. Chodziłem trochę po górach i wiem jak wygląda zadeptany szlak.
    Przy okazji nie podoba mi się też stawianie na kolejnych szczytach metalowych, ciężkich krzyży. Nie wiem jaki jest w tym cel, ale wielu kojarzy się z „braniem w posiadanie”, bo nie widziałem turysty, który idzie, by się tam pomodlić. Pomijam już dyskusyjną estetykę niektórych i względy bezpieczeństwa, bo taki metalowa konstrukcja na szczycie góry, to silny piorunościąg i śmiertelnych porażeń ludzi było już wiele.
    Uważam, że na tych kultowych szczytach jak Giewont, czy Tarnica, niechby pozostały, ale stawianie nowych na każdym większym wzgórku, nie ma sensu.
    Polecam przemyśleć ten temat.
    Pozdrawiam.

  17. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Pierwszy maja w latach 70-tych i 80-tych był w naszej rodzinie tradycyjnie dniem sadzenia ziemniaków – ręcznie w skibę. Dzięki temu, że był dzień wolny przyjeżdżały pomagać mieszkające w mieście ciocie. Na pochodzie byłem tylko raz w pierwszej klasie liceum

  18. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Pod zapowiedzią tego tekstu swój komentarz wpisała Ludwika Ogorzelec, artystka plastyk, działaczka Solidarności Walczącej, mieszkająca na stałe w Paryżu:

    Zdezorientowany , nic nierozumiejący generał sowiecki na trybunie, ucieszył się na widok tej wyjątkowo ożywionej skandującej „Solidarność” grupy ludzi, wśród innych niemrawych, przymuszonych do 1-majowego pochodu grup, zawołał machając im „maladcy”!

  19. Kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Aj tam. Cwaniakują tak samo. Kiedyś był 1 maja, dziś są miesięcznice, czy co tam sobie wymyślą. Już takich bzdur nie łykamy.

  20. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Leszek Budrewicz skomentował ten tekst na Facebooku:

    Fajnie pojsc z Orzechem w ciemny las, teraz i zawsze. Ale te czarno-biale zdjecia stwarzaja falszywe wrazenie, ze robic to dzis, co robimy,dzis, robimy teraz to, co robilismy wtedy. A tak nie jest.

  21. jerzy.pietraszko@gmail.com' Jerzy Pietraszko pisze:

    Dokładnie 36 lat temu, podczas zadymy we Wrocławiu, wraz z większą grupą jej uczestników zostałem złapany przez zomo. Wepchnięto mnie do dyskoteki (dla młodszych – duża ciężarówka milicyjna). Pod komendą na Grunwaldzkiej zostaliśmy odbici przez najznamienitsze nasze komando, złożone z kobiet (średnia wieku chyba blisko 70 lat). Zomole otworzyli drzwi aby znajdujący się z nami z tyłu gliniarze pomogli im odblokować wjazd. Wtedy wetknęły w drzwi parasolki (miały je pomimo ładnej pogody), uciekliśmy dzięki Nim wszyscy. Wieczna chwała tym paniom za piękną i udaną akcję !

    • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

      Sławomir Wieczorek odpowiedział:
      Mnie starsze panie wybroniły parasolkami 4 czerwca 1993 r. na Placu na Rozdrożu po Marszu na Belweder w pierwszą rocznicę obalenia rządu śp. Jana Olszewskiego. Ale wtedy nie było już ZOMO tylko Jednostki Prewencji Policji. Gdy wlekli mnie po trawniku, a kobiety ich niemiłosiernie okładały, działaczowi NZS, który na bezpieczną odległość podbiegł i o to zapytał, zdążyłem wykrzyknąć, skąd jestem i jak się nazywam. Przed nieuchronnym linczem przeważył ostatecznie argument staruszek, że „przecież chłopak tylko robi zdjęcia”. Na szyi miałem bowiem przewieszony poczciwy rosyjski aparat fotograficzny zenit.

      • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

        Ludwika Ogorzelec odpowiedziała: „Cioty rewolucji” nazywal „komando starszych pan uzbrojonych w parasolki – Major szef z Pomaranczowej Alternarywy. …jednego nie rozumiem? ten ciezarowy samochod do zbierania wylapywanych demonstrantow nazywalismy za moich czasow „sukami milicyjnymi” a nie dyskoteka …?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *