Pomarcowe wyjazdy

Mija już pół wieku od brutalnie stłumionej manifestacji na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, która dała początek wydarzeniom, określanym jako Marzec ’68 (obszerniej na ten temat pisała tydzień temu moja siostra w tekście „Marzec ‘68” [LINK ]. Dla wielu polskich obywateli był brzemienny w skutkach. Dziś – w związku z kryzysem wywołanym nowelizacją ustawy o IPN – ta rocznica nabiera wyjątkowego znaczenia. Nie przebiega w tym roku w cieniu Święta Kobiet, jak w latach poprzednich, ani nie jest – niestety – hołdem oddanym młodym bojownikom o wolność. Jest w samym centrum uwagi z zupełnie innej perspektywy.

Przywołam więc historię, którą już tu przytaczałam rok temu. Ja i moja siostra miałyśmy wówczas 15 lat i byłyśmy w klasie przedmaturalnej. Jako nastolatki od kilku lat żywo interesowałyśmy się sprawami publicznymi i nieraz słuchałyśmy z naszym ojcem Wolnej Europy. Dlatego też z wielką uwagą śledziłyśmy rozgrywające się na uczelniach wydarzenia, zwłaszcza że nasz ojciec, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, codziennie informował nas o tym, co się dzieje. Przyznam, że nawet żałowałyśmy, iż nie jesteśmy nieco starsze i nie możemy obserwować tego z bliska i nie bierzemy udziału w tych wydarzeniach jako studentki. Bo z kilkudniowym opóźnieniem strajki studenckie dotarły też do Wrocławia. Wrocławscy studenci solidaryzowali się z Warszawą.

Docierały informacje o zatrzymaniu i relegowaniu wielu studentów z uczelni, a potem wcielaniu mężczyzn do karnych kompanii wojskowych. Ale najbardziej zdumiewające dla nas i niezrozumiałe były czystki antysemickie.

Ale okazało się, że skutek wydarzeń marcowych dotknie nas całkiem blisko. Miałyśmy w klasie koleżankę, Irenkę Herszkowicz. Do dziś pamiętam jej bujne, rude, naturalnie kręcone włosy, niebieskie, figlarne oczy i piegi na nosku. Lubiłyśmy ją i gdy miałyśmy przygotować razem referat, odwiedziłyśmy ją w domu. Pracy było dużo, więc zanosiło się na gościnę do późnych godzin nocnych. Byłyśmy wówczas u niej po raz pierwszy i jak się okazało ostatni. Wtedy zorientowałyśmy się, że jej dziadkowie nie mówią po polsku, posługiwali się językiem, którego nigdy nie słyszałyśmy. Wyjaśniła nam, że jest Żydówką (nigdy o tym wcześniej nie rozmawiałyśmy) i że ona razem z rodziną wyjeżdża z kraju. To było już wtedy nieodwołalne. Dla nas to był szok. Do dziś mam w pamięci tamtą noc spędzoną nad referatem przy dźwiękach modnego wówczas przeboju „Tombe la neige” w wykonaniu Salvatore Adamo. Smutna piosenka korespondowała z ówczesnym nastrojem. Dobrze wiedziałyśmy, że to będzie wyjazd z biletem w jedną stronę. Mama Irenki była z zawodu lekarzem, a ojciec, po wyższych studiach, pracował jako zecer w drukarni. Nie mogłyśmy zrozumieć, czemu taka zwyczajna, inteligencka, w nic niezaangażowana rodzina musi opuszczać kraj, pozbywać się polskiego obywatelstwa i wyjeżdżać w nieznane.

Przymusowa emigracja polskich obywateli pochodzenia żydowskiego miała dla nas twarz Irenki Herszkowicz.

Podobny los spotkał wówczas kilkanaście tysięcy osób, głównie środowiska inteligenckie, ludzi nauki i kultury. Po latach dowiedziałam się, że starszy kolega mojego męża (wówczas adiunkt), dr Siemion Fajtlowicz, wyjechał do Kanady. I jego kolega ze studiów Antoni Piwowoz do Szwecji, i kolega męża mojej siostry, Gabryś Ławit…

Aż nie chce się wierzyć, że niecałe ćwierć wieku po najstraszliwszej z wojen, podczas której ludność żydowska poddana była planowej eksterminacji, doszło w naszym kraju do przymusowej emigracji i innych form represji.

Były przecież czystki w wojsku, pozbawianie stanowisk, zwalnianie z pracy. Mam świadomość, że dla tych ludzi to do dziś niezabliźniona rana. Ale najgorsze, co się wtedy stało, to kampania antysemicka, rozpętana przez reżim komunistyczny w ramach rozgrywek wewnątrzpartyjnych. Niestety, odium spadło na całe społeczeństwo. Znów pojawił się koronny dowód, że Polacy to antysemici.

Z Irenką Herszkowicz już więcej się nie spotkałyśmy. Nawet nie wiem, dokąd wtedy wyjechała z rodziną – rodzicami, dwójką rodzeństwa oraz dziadkami. Próbowałam ją niedawno odszukać przez internet. Przypuszczalnie osiedliła się w Stanach Zjednoczonych w Piedmoncie w stanie Karolina. Od jej wyjazdu minęło 50 lat.

A  ja i moja siostra po maturze w 1969 roku zdałyśmy egzamin wstępny (jednym z egzaminatorów był Kornel Morawiecki)i dostałyśmy się na fizykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Zorientowałyśmy się wówczas, jak na uczelniach przykręcono śrubę – wprowadzono miesięczne praktyki robotnicze dla studentów roku zerowego i po pierwszym roku. Z tych przed studiami byłyśmy zwolnione z racji wieku (miałyśmy wtedy zaledwie 16 lat), a podczas tych odbywających się rok później miałyśmy skrócony dzienny czas pracy, co pozwoliło nam kilka dni wcześniej wyjechać. Praktyki robotnicze odbywałyśmy w Zakładzie Doświadczalnym PGR w Targoszynie koło Jawora i popróbowałyśmy pracy na roli (koszenie sierpem grochu), praca przy młóceniu zboża, zrywanie moreli (to było najprzyjemniejsze). Moja siostra poznała tam swojego przyszłego męża, który jako asystent-stażysta w Instytucie Fizyki Doświadczalnej był opiekunem studentów na praktykach. Doświadczyłyśmy jeszcze (też wprowadzonych restrykcyjnie) zajęć z nauk politycznych, które były czystą polityczną indoktrynacją. Na szczęście naszym egzaminatorem był rozsądny wykładowca (inni tacy nie byli), który nie oblewał nikogo. Wystarczyło umieć cokolwiek i dostawało się piątkę, gdy się nie umiało nic – czwórkę, a na ocenę dostateczną zasługiwali jedynie ci, którzy nie tylko nic nie wiedzieli, ale byli niegrzeczni. To było na pierwszym roku studiów, a na czwartym mieliśmy wykłady i ćwiczenia z filozofii marksistowskiej (też pomarcowa nowość).

To dotknęło nas bezpośrednio, a pośrednio to nasz ojciec stracił drugi etat w Instytucie Antropologii Polskiej Akademii Nauk, ograniczono autonomię uczelni (wybór rektora musiał być zatwierdzony przez ministra), pojawili się tzw. marcowi docenci (bez habilitacji, a najczęściej też bez kwalifikacji, za to z poparciem PZPR). Ale i od tej zasady były wyjątki, znam takie wśród matematyków. W Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego docentem mianowano wówczas dr. Bolesława Gleichgewichta, który w 1956 roku powrócił po kilkunastoletnim pobycie w ZSRR do Polski i nie miał nic wspólnego z PZPR. Był znakomitym matematykiem, autorem wielu publikacji naukowych, a także świetnym dydaktykiem, opiekunem prac dyplomowych i doktorskich. Docentem mianowany został w Instytucie Matematycznym Politechniki Wrocławskiej dr. Zbigniew Romanowicz, również wspaniały matematyk, znakomity dydaktyk i też bez żadnych związków z PZPR.

* * *

W kontekście wyjazdów z Polski, przypomniała mi się pewna nieco zabawna historia sprzed przeszło ćwierć wieku. Było to bodajże jesienią 1991 roku. Do Ośrodka Zastosowań Informatyki Akademii Rolniczej, gdzie wówczas pracowałam, zadzwonił dziennikarz z wrocławskiego oddziału TVP, pytając mnie, kiedy mój mąż zrzeknie się swoich funkcji w uniwersyteckiej „Solidarności” i dolnośląskim ZChN oraz kiedy wybieramy się z całą rodziną do Izraela. Pomyślałam wówczas, że to jakiś ponury żart. Ale podobnych telefonów od dziennikarzy wrocławskich mediów było w ciągu kilku następnych dni więcej.

Okazało się, że redakcje prasy, radia i telewizji otrzymały anonimowy list z informacją, że Tadeusz Jakubowski [mój mąż] zwalnia się z pracy na Uniwersytecie Wrocławskim, rezygnuje ze wszystkich funkcji, które pełnił w uniwersyteckiej „Solidarności” oraz w Zarządzie Regionu Dolny Śląsk Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, i wraz z żoną Małgorzatą oraz synami wyjeżdża na stałe do Izraela. Kto był autorem tej enuncjacji, do dziś nie wiadomo. Czy ludzie służb, które być może infiltrowały dolnośląskie struktury ZChN? Może ojciec jednego z działaczy „Solidarności”, który zajmował się tropieniem Żydów, gdzie tylko się dało? A może pracujący na Akademii Rolniczej kierownik uczelnianego Wydawnictwa, niekryjący sympatyzowania ze skrajnymi nacjonalistycznymi grupkami, które wtedy zaczynały podnosić głowę. Hipotez było wiele, a ja wyjaśniać musiałam ileś tam razy, że to wszystko nieprawda. Taka plotka roznosi się błyskawicznie. Im bardziej kłamliwa i nieprawdopodobna, tym szybciej. I co dziwne, są tacy, którzy dają temu wiarę.

Że to przypuszczalnie był wymysł, który zrodził się w głowie owego szefa Wydawnictwa (wówczas członka wrocławskich struktur ZChN), mógł sugerować późniejszy jego donos do rektora wrocławskiej AR, tym razem na „siostry Wanke – Żydówki”. Stracił wówczas stanowisko w Wydawnictwie, a my (jako kierownik i zastępca) zajęłyśmy jego miejsce. Zarzuty były absurdalne, wyssane z palca, a dotyczyły niby to naszych antypolskich poglądów (cóż, jak to Żydówki…).

Często byłyśmy uznawane za osoby pochodzenia żydowskiego z racji semickich rysów, które odziedziczyłyśmy po naszej mamie (miała ormiańskie korzenie ze strony swojej mamy, a naszej babci). Wiązało się to najczęściej z bardzo pozytywnymi doświadczeniami – większą szczerością, wymianą poglądów, a nawet przyjaźnią ze strony osób pochodzenia żydowskiego. Wielu uroczych, mądrych ludzi darzyło nas prawdziwą sympatią (niektórzy już dziś po drugiej stronie) i z wzajemnością. Ale i z takimi sytuacjami, jak tu opisane, także przyszło się zmierzyć.

 

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

5 komentarzy

  1. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Ciekawe są wspomnienia sprzed półwiecza, ale ja odniosę się do tych o 25 lat późniejszych. Pamiętam, że jak tylko dowiedziałam się o telefonach dziennikarzy do mojej siostry, z pytaniem, czy prawdziwe są informacje o jej wyjeździe do Izraela z całą rodziną, postanowiliśmy z moim mężem zrobić to, co uczynilibyśmy, gdyby to była prawda, czyli przyjechaliśmy się „pożegnać”. Wzięliśmy ze sobą butelkę dobrego wina, kupiliśmy ciasto… Śmialiśmy się z tego antysemickiego incydentu, ale nie tylko było nam do śmiechu. Od szefa Wydawnictwa wrocławskiej Akademii Rolniczej doznałyśmy niejednej przykrości. Były podejrzenia, że był on współpracownikiem SB. To zadziwiające, że w środowisku byłych esbeków nastroje antysemickie były mocno zakorzenione, nawet po ćwierćwieczu od Marca 68. I muszę przyznać, że fakt, iż ja i siostra nie jesteśmy Żydówkami, niewiele zmienia w odczuciu przykrości o antysemickim zabarwieniu. Pozwala lepiej współodczuwać z Żydami antysemicką niechęć.

  2. gramatis@tlen.pl' Ufka pisze:

    Ja byłam już na studiach i niestety z mojego wydziału wyjechało wiele osób. Koledzy i koleżanki, asystenci. Niektórzy wrócili po 89 roku – to ci, którzy wyjechali niedaleko, do Szwecji. Przyjaźniłam się z Esterą – opowiadała trochę wcześniej o swojej rodzinie. Jej ojciec zerwał kontakty z jej starszą siostrą, bo ta „zdradziła” i wyjechała z mężem do Stanów. Estery już nie zatrzymywał. Mogła wyjechać wszędzie, wybrała kibuc w Izraelu. Przysłała jedną kartkę, potem już milczała. Napisałam przed wyjazdem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej tekst „Butelka w oceanie netu” ale nikt nie dał na nią namiarów

  3. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Ważnym wydarzeniem, korespondującym z naszymi, moim i mojej siostry, marcowymi tekstami, była zorganizowana 14 marca na Politechnice Wrocławskiej uroczystość z udziałem premiera Mateusza Morawieckiego, najważniejszych osób z wrocławskiego świata polityki, rektorów wyższych uczelni, parlamentarzystów, a także uczestników wydarzeń sprzed 50 lat. Wydawało się, że będą to wzorcowe, piękne, godne upamiętnienia tych, „którzy odważyli się być odważnymi”, jak powiedział rektor prof. Cezary Madryas, uroczystości w skali kraju. Była okolicznościowa wystawa, odsłonięto tablicę pamiątkową, ukazało się specjalne wydanie uczelnianego „Pryzmatu”. Okazało się jednak, że bieżący, ostry spór polityczny położył się cieniem na tej uroczystości. Po długim, trwającym prawie godzinę, wystąpieniu premiera, aulę opuścił prof. Ryszard Krasnodębski. Jak się później okazało, dla mediów to było najważniejsze wydarzenie wieczoru, bowiem profesor zaprotestował w ten sposób przeciw wystąpieniu premiera, który odwoływał się do historii i przedstawił na koniec sukcesy rządu. Profesor nie odebrał też odznaczenia „Wratislavia grato animo” „WROCŁAW Z WDZIĘCZNOŚCIĄ” – złotej odznaki za zasługi i prowadzoną wówczas głodówkę, wspierającą protestujących studentów. Kilku z nich, dziś w wieku późnodojrzałym, wzięło udział w dyskusji panelowej, którą Janusz Wolniak nazwał panelem niezgody. Bo oprócz wspomnień sprzed 50 lat pojawiły się odniesienia do współczesności – prof. Andrzej Wiszniewski, wówczas młody docent, członek Rady Wydziału, porównał nagonkę na profesurę do obecnie prowadzonej kampanii medialnej przeciw sędziom i prawnikom, zaatakował „paszkwil IPN” wobec prof. Stanisława Kulczyńskiego i wyraził pochlebną opinię o postawie ówczesnego rektora prof. Tadeusza Porębskiego wobec pracowników i studentów. Nie zgodził się na podobne porównania czasów komunistycznych do obecnych jeden z panelistów, inż. Wacław Jakacki, który był jednym z najaktywniejszych protestujących studentów w 1968 roku, a Piotr Skrobotowicz (relegowany ze studiów w 1968 roku, wcielony do wojska i wielokrotnie represjonowany), który wkroczył na scenę, domagał się umieszczenia w gmachu głównym tablicy upamiętniającej relegowanie z Politechniki 74 osób. Spięcie załagodził prowadzący panel prorektor prof. Jerzy Jasieńko, który powiedział: „Myślmy o tym, jak być razem, a nie osobno”. I może to było najważniejsze przesłanie tej uroczystości.

  4. wlalos@onet.pl' Władysław Łoś pisze:

    W 1968 r. miałem 13 lat i był to rok, w którym gwałtownie rozbudziła się moja świadomość polityczna. Już wcześniej słyszałem o wojnie w Wietnamie, potem o wojnie sześciodniowej i w obu przypadkach byłem już na tyle uświadomiony, że zakładałem, że wiadomości te, jak podawały je polskie gazety i radio, muszą być zakłamane i że z pewnością jest dokładnie odwrotnie. W początku 1968 r. przyszły niesłychane wiadomości z Czech, wszyscy w moim otoczeniu z nadzieją wsłuchiwaliśmy się w odgłosy Praskiej Wiosny.
    Potem przyszedł marzec 1968. Jak pamiętam, w Toruniu, w środowisku uniwersyteckim, antysemickie nastroje rozbudzane przez władze wydawały się sprawą drugorzędną. (Wprawdzie może nie wszystkim, ale ja nawet nie miałem świadomości, czy wśród znajomych rodziny są jacyś Żydzi. Jedynym Żydem, o czym dowiedziałem się zresztą póżniej, był profesor Henryk Szarski. W 1967 r. opuścił Toruń, by objąć katedrę na UJ. Nie wiem, jak przeżył 1968 r. w Krakowie, ale w każdym razie nie wyjechał, a był to uczony, który opuścić Polskę mógł w każdej chwili i dostać posadę na każdym z czołowych uniwersytetów amerykańskich). Represje odbierano jako skierowane przeciw inteligencji. Z kolegami w szkole mówiliśmy, że w Warszawie biją studentów. Kwestie żydowskie były raczej traktowane w kontekście konfliktu izraelsko-arabskiego. Hasło „Syjoniści do Syjonu” wydawało się tak kuriozalne, że było oczywiste, że to tylko pretekst, by realizować inne – „Literaci do pióra, studenci do nauki”.
    Wiele lat póżniej mój Ojciec mówił mi, że żadne straty ludzkie, ani wojenne, ani z czasów stalinowskich, ani te spowodowane emigracją po 1968 r. nie wpłynęły tak żle na polską naukę i ogólnie polską inteligencję, jak instytucja docentów marcowych i ogólnie promowanie w instytucjach naukowych oportunizmu i konformizmu politycznego, a nie zdolności, potencjału i zasług naukowych. Dodam jeszcze od siebie promowanie w naborze na studia kandydatów o właściwym pochodzeniu społecznym, a zwłaszcza dzieci osób zasłużonych dla ówczesnego państwa i partii oraz – na wielu kierunkach stawianie warunku przynależności partyjnej dla kandydatów na asystentów.
    Z antysemityzmem zetknąłem się dopiero kilka lat po przeprowadzce do Warszawy. Tam zaszokowany usłyszałem , w kolejce do fryzjera, że „Hitler zrobił dobrze z tymi Żydami”. Dowiadywałem się o problemach, jakie miał ten i ów w pracy z powodu swojego pochodzenia.
    Kampania antysemicka sześćdziesiątego ósmego, jakkolwiek obrzydliwa i fatalna w skutkach była według mnie elementem rozgrywek partyjnych na szczytach reżimowej, które dały pretekst i pomniejszym bonzom na usuwanie niewygodnej konkurencji pod pretekstem ich pochodzenia żydowskiego i sympatii dla Izraela. Jednak wiele osób pochodzenia żydowskiego pozostało w kraju i nie zetknęło się bezpośredni z szykanami. Z okazji do opuszczenia ojczyzny skorzystało natomiast wiele osób takiego, lub nawet nie takiego, pochodzenia, którym chodziło tylko o poprawienie sobie w ten sposób egzystencji materialnej.

  5. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dziękuję za zainteresowanie tematem, choć komentarzy pod samym tekstem nie było zbyt wiele, dlatego za te, które się pojawiły, tym bardziej wielkie dzięki. Moja siostra uzupełniła historię sprzed ćwierć wieku (bardzo dobrze pamiętam tamtą sympatyczną „pożegnalną” wizytę), Ufka dodała swoje wspomnienie z pomarcowych rozstań. Bardzo ciekawy był wpis Władysława Łosia, który przedstawił Marzec ’68 oczami 13-latka, jakim wówczas był, ale uzupełnił to już współczesną, dojrzałą refleksją dotyczącą sterowanej przez komunistyczny reżim antysemickiej kampanii i charakteru ówczesnych wyjazdów, nie wszystkie bowiem były wypędzeniami osób pochodzenia żydowskiego. Byli i tacy, którzy, wykorzystując swoje pochodzenie, albo bardzo je „naciągając”, chcieli uciec do lepszego świata. Taki był kolega mojego męża Antoni Piwowoz, student III roku matematyki, który dopiero w 1968 roku dowiedział się, że jest Żydem. Wyjechał do Szwecji, dostał szwedzki paszport i już dwa lata później odwiedził swoich kolegów we Wrocławiu. Represje dotknęły wielu, którzy z pochodzeniem żydowskim nie mieli nic wspólnego, najaktywniejszych podczas protestów studentów wcielano do wojska i relegowano z uczelni z wilczym biletem, a oni dopiero po latach uzupełniali lub nie swoje wyksztalcenie. Ale to, co stało się wówczas najgorszego, to było odgórne szczucie jednych na drugich – na Żydów, syjonistów, literatów, studentów… To była reżyserowana przez komunistyczne władze nagonka antysemicka i antyinteligencka. Zwykli ludzie temu nie ulegali, bronili się przed tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *