Wybory

Frekwencja w pierwszej turze wyborów prezydenckich we Francji przekroczyła 80 proc. Mimo obaw o prowokowanie kolejnych zamachów, Francuzi nie wystraszyli się i tłumnie poszli głosować. W lokalach wyborczych poza Francją na oddanie głosu trzeba było czekać w kolejce kilka godzin. Ale i to nie zniechęciło Francuzów. Imponujące.

wybory-parlamentarne-2011

W Polsce od lat obserwujemy bardzo niską frekwencję zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i prezydenckich (tu jest odrobinę lepiej), już o samorządowych nie wspominając, bo jest kompromitująco niska, na poziomie zaledwie 40 proc. 23 września odbyły się we Wrocławiu wybory do rad osiedli i… frekwencja sięgnęła raptem 15 proc.

W tym ostatnim przypadku trudno winić samych wyborców, bo gdy na osiedlu, takim, jak moje, nie pojawiły się oficjalne obwieszczenia, do skrzynek pocztowych nie trafiły żadne informacje, to skąd ludzie mieli cokolwiek wiedzieć. Wprawdzie w lokalnej prasie była informacja o wyborach, a nawet wykazy nazwisk kandydatów (bez zdjęć, wieku, wykształcenia, wykonywanego zawodu), to przecież niewiele. Można wybierać pod kątem, które nazwisko ładniej brzmi. Pamiętam czasy sprzed kilkunastu lat, gdy na moim osiedlu o miejsce w Radzie rywalizowało kilka komitetów, wysyłano lub wkładano do skrzynek ulotki z programem i informacją o kandydatach. Tak było na początku poprzedniej dekady. A teraz taki regres. Wiem, że nie wszędzie tak jest, ożywiły się inne osiedla, powstały komitety wyborcze, które wystąpiły z atrakcyjnym programem i… tam frekwencja była wyższa. Wszystko zatem zależy od ludzi. Nic nie jest zdeterminowane.

wybory-do-rad-osiedli

Emocje, jakie towarzyszyły i nadal towarzyszą wyborom prezydenckim we Francji, ożywiły moje wspomnienia sprzed lat.

Bo, gdy kandydujemy czy pracujemy w sztabie wyborczym, zaangażowanie jest nieporównanie większe niż w przypadku kibicowania niejako z zewnątrz. Ale też i optyka inna.

Przekonałam się o tym sama. Gdy 1991 roku odbyły się pierwsze wolne wybory parlamentarne, ja i moja siostra startowałyśmy z listy Wyborczej Akcji Katolickiej. Nie było wtedy progu wyborczego, scena polityczna była słabo ukształtowana, startowały aż 63 komitety wyborcze (niektóre zarejestrowane tylko w jednym okręgu). Ustawiono nas na drugim (mnie) i trzecim (moją siostrę) miejscu listy. Pierwsze zajmował Ryszard Czarnecki. Była wtedy jeszcze lista krajowa, na którą kandydatów zgłaszały komitety zarejestrowane w co najmniej pięciu okręgach. Skomplikowane zasady głosowania, wiele nieznanych, z niczym się niekojarzących komitetów wyborczych, nie zachęcały do udziału w wyborach. Do tego siermiężna kampania. To wszystko dopiero raczkowało. Doszedł jeszcze jeden element, o którym przekonałyśmy się na własnej skórze. Jeśli wyborca może postawić krzyżyk tylko przy jednym nazwisku, kandydaci z tej samej listy, zamiast współpracować na rzecz swojego komitetu wyborczego, zaczęli rywalizować między sobą. Bez uprzedzenia organizowali spotkania, prześcigali się w dystrybucji własnych ulotek (nie było wtedy jeszcze reżimu finansowych rozliczeń, tak jak teraz). Grupa kandydatów przyjeżdżała na spotkanie organizowane przez szefa sztabu, a tu okazywało się, że już ktoś był, zostawił ulotki. Był pierwszy, wcześniej, przechytrzył, uprzedził. Bardzo szybko zorientowałyśmy się, że jeden mandat dla startującego z pierwszego miejsca Ryszarda Czarneckiego jest prawie pewien (tak jak mówiłyśmy nawet krowa z pierwszego miejsca by się dostała), a na drugi praktycznie nie ma szans. Jeszcze do tego my dwie odbierające sobie wzajemnie głosy… Pod koniec wycofałyśmy się z kampanii, choć wcześniej to my byłyśmy jej mózgami, bo Czarnecki jako warszawiak rezydował głównie w stolicy. I dopilnował, aby to on i tylko on z naszej wrocławskiej listy znalazł się na liście ogólnopolskiej. Rezultat był taki, jak przewidziałyśmy. Z wrocławskiej listy Wyborczej Akcji Katolickiej, która zdobywając 10,65 proc. głosów i 49 mandatów, uplasowała się na trzeciej pozycji po Unii Demokratycznej i SLD, do Sejmu dostał się tylko Ryszard Czarnecki. W sumie w Sejmie pierwszej kadencji było aż 29 komitetów (gdyby zastosowano 5-proc. próg wyborczy, dostałoby się tylko dziewięć).

Kolejne doświadczenie niejako od wewnątrz, to wybory parlamentarne w 1993 roku. Ja i moja siostra zaangażowałyśmy się w pracę na rzecz kandydującego do Senatu Mirosława Jasińskiego z komitetu Koalicja dla Rzeczypospolitej. Na dwa miejsca w okręgu zgłosiło się wówczas 20 kandydatów. Praca w sztabie Jasińskiego była bardzo dobrze zorganizowana, role podzielone, wszystko było super profesjonalne. Ale ja – niestety – z przyczyn rodzinnych musiałam się niej wycofać. Została moja siostra, która relacjonowała mi, jak znakomicie prowadzona jest kampania. Gdy tuż przed wyborami oceniłam, że Jasiński ma szansę znaleźć się w pierwszej dziesiątce, moja siostra była oburzona. Patrząc z bliska, była niemal pewna jego zwycięstwa. Ale jak się okazało, ja też wynik przeszacowałam, Mirosław Jasiński znalazł się dopiero na 16. miejscu, uzyskując 22 666 głosów. Zwyciężyli kandydaci SLD, Maria Berny i Henryk Rot, bo choć to wybory większościowe, etykietka partyjna jest ważna, a w 1993 roku SLD wygrał wybory. Nota bene do Senatu startował wówczas Rafał Dutkiewicz z listy KLD i uplasował się z 49 tys. głosów na 8. pozycji. Lepszy od niego wynik uzyskał kandydat Unii Demokratycznej Franciszek Połomski czy Stanisław Jabłonka, startujący z ramienia „Solidarności”.

Pamiętam jeszcze czasy PRL, kiedy organizowano tzw. wybory. Trudno je było nazwać wyborami, bo przecież żadnego wyboru nie było. To było głosowanie na jedną listę Frontu Jedności Narodu. I co dziwne, wtedy, gdy wszystko było wiadome przed wyborami, frekwencja przekraczała 90 proc. Oficjalnie. Bo, gdy podziemna „Solidarność” zorganizowała liczenie głosów podczas wyborów do Rad Narodowych w 1984 roku, okazało się, że w głosowaniu wzięło udział niewiele ponad 60 proc. Z mieszkania, z którego widać było wejście do lokalu wyborczego, zliczało się wchodzących ludzi przez cały dzień. Sama byłam w to liczenie zaangażowana. Z komisji obwodowej znana była liczba uprawnionych. Taką akcję przeprowadzono w wielu miejscach w kraju.

W tych PRL-owskich „wyborach” nigdy nie brałam udziału. Prawdę powiedziawszy w marcu 1972 roku, kiedy po raz pierwszy mogłam głosować (skończone 18 lat), zmogła mnie choroba z wysoką gorączką. I po prostu nie poszłam. Moja siostra też. No i tak już zostało. Nie rozumiałam ludzi, którzy obawiali się jakiś konsekwencji niegłosowania (kto i jak miał to sprawdzać), a głównie to pchało ludzi do urn wyborczych. I głosowania bez skreśleń. Ale i tak frekwencja (ta prawdziwa) wcale nie była imponująca.

W pierwszej turze częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 roku wzięło udział 62 proc. uprawnionych do głosowania, a więc frekwencja była podobna jak w końcówce PRL. Zmobilizowały się środowiska popierające kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” (grupy radykalne wzywały wtedy do bojkotu wyborów) i… wynik był zaskoczeniem dla wszystkich. W drugiej turze głosowano głównie na kandydatów związanych z PZPR i jej satelitami, a frekwencja wyniosła już zaledwie 25 proc.

Te wybory i to, co stało się potem, chyba zdeterminowało zachowania ludzi. W kolejnych z frekwencją było już tylko gorzej. Nawet pierwsze bezpośrednie wybory prezydenckie nie zmobilizowały wyborców i w pierwszej turze do urn poszło zaledwie 60,6 proc. uprawnionych (w drugiej, mimo emocjonującego starcia Tymińskiego z Wałęsą, było niecałe 53,5 proc.).

z17894317Q,Wybory-prezydenckie-2015--Frekwencja-wyborcza

Podobnie referenda, nawet w takich sprawach, jak uwłaszczenie, gdy pytano, czy chcesz dostać coś za darmo, okazywały się nieważne z powodu małej frekwencji. Przy referendum w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej trzeba było specjalnych zabiegów, dwudniowego głosowania, bo groziło, że będzie nieważne. Nie pomogły też wątpliwości z dużym odsetkiem głosów nieważnych podczas ostatnich wyborów samorządowych w 2014 roku.

Dziękuję Pani Danucie Sikorze za wyszukanie zdjęcia ilustrującego frekwencję w wyborach parlamentarnych, prezydenckich i samorządowych od 1989 roku.

C-maVSyWsAELv34

Co zrobić, aby ludzie liczniej brali udział w wyborach? Jakieś pomysły?

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

19 komentarzy

  1. k.jarkiewicz.ign@gmail.com' Katarzyna Jarkiewicz pisze:

    Pracuję w Akademii Ignatianum w Krakowie.Uczelnia jezuicka, więc zgodnie z zasadami wychowawczymi „magis” aktywność studentów wyższa niż przeciętnie w innych uczelniach.Wiele inicjatyw.Prężny samorząd (Lesław Florian przewodzi Komisji ds.Projektów w Parlamencie Studentów RP). Dlatego w takich miejscach najlepiej widać zmiany, tąpnięcia. Kiedy zachęcałam studentów do aktywności w samorządzie uczelni i do zgłaszania kandydatur na przewodniczącego w tamtym roku już spotykałam się z podejściem, że to już ich nie interesuje. Dosłownie wczoraj studenci ogłosili projekt zagospodarowania pustej do tej pory przestrzeni sal na centrum integracji i działań antysystemowych. Chcą budować coś nowego,jeszcze nie wiedzą co,ale mówią: nam już nie wystarcza ten system,ten system nas za bardzo więzi – „demokracja sztywnych garniturów”, „chodzisz jak kukiełki na sznurku”. W szerszym kontekście demokracja dla coraz większej liczby ludzi okazuje się nie ich systemem. Nie odpowiada na ich potrzeby. Czują,że ich się oszukuje, iż mają na coś wpływ wrzucając kartę wyborczą.Część mówi o układzie, w który trzeba wejść,aby mieć wpływ na przynajmniej jedną sferę życia społecznego. Nie czują wartości,które stoją za politykami czy działaczami społecznymi.Czują,że za tym stoi układ, sieć zależności,kolesiostwo. Ludzie podskórnie chcą czegoś innego,ale stracili smak i nie do końca wiedzą,o co im chodzi, jak moim studentom.Może się niedługo okazać,że ludzie znowu będą chcieli się policzyć, spojrzeć na siebie jak za „Solidarności” w 1980 roku, powiedzieć głębokie „nie”. Tąpnięcie z pewnością wywołał Ruch Kukiza.Mocna jego pozycja (wg mnie niedoszacowana,bo wielu ludzi stoi w rozkroku,nie wiedzą,czy właśnie o to im chodzi) w sondażach wskazuje,że mamy do czynienia już ze zmianą, jakimś przesileniem. Na razie się wszystko kotłuje,ale system pęka,dotychczasowe podziały polityczne przestają obowiązywać.Byle iskra może wzniecić nie tylko w Polsce, ale wszędzie w Europie rewolucję.Czy trzeba popychać ludzi do urn? Nie wiem,czy niedługo urny będą im do czegoś potrzebne.

  2. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Kandydowalam w 2014 do samorządu z listy Partii Zieloni. Dostałam 143 głosy co jak na osobę bezpartyjna było nieźle. Z naszej listy były 4 wyniki między 300 i 400 . Ogólnie do rady miejskiej nikt nie wszedł ale wyglądało to nie najgorzej. Lepiej niż w 1990 gdy Zieloni dostali 1 procent teraz było 2. Ale wybory do rad osiedlowych istotnie mało ludzi interesują. Zupełnie inaczej jest na wsiach gdzie wybory sołtysa i rady soleckiej wzbudzają wiele emocji.

  3. anna-drozdowska@wp.pl' Anna Makuch pisze:

    Demokratyczna kultura polityczna wymaga odpowiedzialności – rządzących i rządzonych, tej zaś wartości współcześnie brakuje. Max Weber twierdził, że rozmycie odpowiedzialności jest typowe dla współczesnej demokracji reprezentatywnej, politycy zaś chętnie z tej słabości korzystają. Dbałość o egzekwowanie politycznej odpowiedzialności wymaga odpowiedzialności osobistej, indywidualnej. Bardzo o nią trudno w codziennym życiu; wymaga udziału w lokalnych strukturach społecznych, kulturalnych, wyznaniowych. Szukamy łatwiejszego sposobu spędzania wolnego czasu…Często również praca nie pozostawia wiele czasu i sił na dodatkową działalność. Moi studenci – młodzi ludzie – również ze sporą dozą cynizmu podchodzą do kwestii politycznych, najczęściej definiując politykę jako walkę o władzę i wpływy. Chyba do każdej ze stron należy praca nad zmianą tego postrzegania.

  4. Maria Wanke-Jerie pisze:

    Lubię ten temat, wybory zawsze mnie interesują, czasem nawet wywołują nastrój podekscytowania. Śledzę sondaże, debaty w kampanii wyborczej… Kiedyś byłyśmy ja i moja siostra na konferencji, która odbywała się w uroczym miejscu, czyli w Ustce. Był ciepły i słoneczny wrzesień, mieszkaliśmy w wygodnym pensjonacie, sala konferencyjna była na miejscu, w każdym pokoju był telewizor. Zakwaterowano mnie i siostrę razem. Codziennie rezygnowałyśmy ze śniadania, bo rano był program, w którym prezentowały się komitety wyborcze, był to bowiem czas kampanii w wyborach do parlamentu. Trudno nam było zrezygnować z oglądania, pokusa była silniejsza niż poranny apetyt. Nigdy nie chodziłam na wybory w czasach komunistycznych, nie lubię mistyfikacji, to przecież nie były wybory tylko akt poparcia dla władzy. Od 1989 roku uczestniczę w wyborach zawsze, uważam to za mój święty obowiązek. Mam wiele zastrzeżeń do ordynacji wyborczej, pisałam o tym na portalu Wszystko Co Najważniejsze https://wszystkoconajwazniejsze.pl/maria-wanke-jerie-system-wyborczy/ Ale, moim zdaniem, ułomności systemu wyborczego nie tłumaczą niskiej frekwencji. Brak zainteresowania sprawami politycznymi jest mentalną pozostałością po komunizmie, absencja w głosowaniu to objawiający się homo sovieticus, niestety przekazywany w rodzinach dzieciom, które – często wzorem rodziców – uważają brak zainteresowania wyborami za cnotę. Bo inaczej nikt by się nie chwalił tym, że nie głosował. A ja często to słyszę, wypowiadane raczej z dumą, niżę ze wstydem. Dla mnie to brzmi tak, jakbym słyszała: „nie jestem patriotą, nic nie obchodzi mnie ojczyzna. albo „jestem egoistą i nic mnie nie obchodzi oprócz mojej własnej pomyślności”. Tak, chwalenie się nieuczestniczeniem w wyborach tak własnie mi brzmi. Egoizm urasta do rangi cnoty.

    • dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

      Doskonale Panią rozumiem.?Rowniez ogladam audycje komitetow wyborczych .To szalenie ekscytujace zwłaszcza gdy porownamy obietnice wyborcze z pozniejsza ich realizacją.Chodzenie na wybory to nie koniecznosc tylko przywilej z ktorego spora czesc spoleczenstwa nie korzysta z prostej przyczyny.Nie wierza ze ich głos ma znaczenie i są swiecie przekonani ze wystarczą glosy innych.aCi sami maja pozniej najwiecej zastrzeżeń zapominajac ze nieobecni glosu nie mają.Aktywnie uczestnicze w wyborach.Moj problem polega na tym ze w ostatnich czasach częściej głosuję przeciw niz za jakąś opcją polityczną.?Myślę ze wazne jest
      uswiadomienie sobie ze to my placimy i zatrudniamy naszych „rzadzacych” i to od nas zależy czy będą dla nas pracowac czy nie.Wazne jest by oni rowniez o tym pamietali.Ale aby im to uzmyslowic frekwencja w wyborach powinna byc w granicach 80 a nie 50 procent.

  5. Maria Wanke-Jerie pisze:

    Chyba każdy, kto cokolwiek wie o polityce we Włoszech, ma świadomość, że patologiom systemu politycznego u nas daleko do tych włoskich. Upadające rządy, zmieniające się czasem częściej niż raz na rok, wybór między złem, a jeszcze większym złem, na przykład miedzy Silvio Berlusconim a Romano Prodim. W parlamencie tacy posłowie jak Ilona Staller , aktorka porno, znana pod pseudonimem Cicciolina, albo poseł transwestyta. Czego tam już nie było? Był czas, kiedy jeździłam często do Włoch, bywałam nie tylko w Rzymie, ale także na włoskiej prowincji. Tam kwitnie społeczeństwo obywatelskie. Wybory lokalne przyciągają ponad 90 proc. wyborców i to nie jest nawet dziwne. Ale serio zdumiałam się, gdy obserwowałam wybory do Parlamentu Europejskiego, zdawać by się mogło tak odległe od codziennych spraw. Proszę sobie wyobrazić małą wioskę 130 km od Rzymu. Tylko 200 mieszkańców , nie ma tam nawet większej sali, aby zorganizować zebranie. Ale ci prości, zwyczajni ludzie, zanim wezmą udział w wyborach chcą coś wiedzieć o kandydatach. Zorganizowali dwa zebrania z udziałem przedstawicieli sztabów wyborczych. Przyszli tłumnie, powynosili z domów krzesła i w tej małej wiosce odbyły się debaty. Ludzie sami sobie to zorganizowali. A potem już się nie dziwiłam, gdy usłyszałam, że frekwencja w tych wyborach wyniosła ponad 70 proc. Można? Tym często bardzo skromnie żyjącym ludziom po prostu się chce. A że polityka może brzydzić? Włoska polityka dużo bardziej niż nasza, polska. I to nikogo nie usprawiedliwia. Gdy słyszę, że nikt nie przysłał informacji, nie przyniósł ulotek, nie zaprosił na spotkanie to zawsze przypominają mi się tam ludzie z tej małej wioski 130 km od Rzymu, którzy aktywnie przygotowywali się do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Bo im chce się chcieć.

  6. Danuta.sikora@wp.pl' Danuta pisze:

    Każde wybory to inne doświadczenie. Ja z perspektywy osoby z listy mogłabym napisać książkę i nie wykluczone ze kiedyś to zrobię. Wybory do samorządu to bezpośredni, bliski kontakt z wyborca, a wcale nie ma większej frekwencji. Szkoda głosów tych którzy nie chodzą na wybory bo później maja najwiecej pretensji. Jak zachęcić do głosowania. Wyborcy wykazują pewien pragmatyzm. Raz oszukani nie wracają, a podzielność władzy powoduje ze są czasami bardzo zdezorientowani. Osoba nie gwarantuje sukcesu i wyborca chcąc nie chcąc oddaje głos grupie. Metoda liczenia głosów preferuje silniejszego. A Samorząd jest dla mieszkańców , mądra władza to rozumie i czasami wieloletni włodarze maja doskonale wyczucie potrzeb, dlaczego na rok przed wyborami tyle obietnic. Wybory parlamentarne i prezydenckie to programy partii i kandydatów. Ludzie powinni mieć realny wpływ na to kogo wybierają i na ile. Okręgi jednomandatowe miały poprawić wybieralności ludzi których znamy i będziemy rozliczać z obietnic. A jeśli kandydat był cała kadencje w opozycji . Wiele spraw ma wpływ na frekwencję wyborcza. Wciąż się uczymy.

  7. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Wielu wyborcom polityka kojarzy się niezbyt dobrze, ale wybory to jedyny sposób, by zmieniać rzeczywistość i dążyć do zmian Zawsze interesowałam się wyborami i mogę powiedzieć, że żadnych nie opuściłam.Sądzę, że z racji wieku jestem weteranką wyborców wśród Państwa. Staram się głosować na ludzi, którzy zdolni są podjąć się trudnych i koniecznych spraw dla Ojczyzny. Jestem świadoma, że demokracja, to system, w którym władzę sprawują wszyscy obywatele i dlatego chętnie korzystam ze swoich praw. Chociaż raz na 4 lata mam szansę oddając swój głos, że odsunie się ludzi, którzy nie sprawdzili się, bo przecież nie idąc na wybory oddaję swój głos innym, a czasami ten jeden głos może zadecydować o wyniku wyborów. Im mniej osób głosuje, tym bardziej przypadkowy jest wynik wyborów. Zawsze staram się dokonywać wyboru w zgodzie z wartościami mając na uwadze, że mój wybór i decyzja powinna być zakorzeniona w realizacji dobra wspólnego. A to, że nie ma oczekiwanych przez wyborców zmian jest największą bolączką demokracji. Często jednak nasze zainteresowanie wyborami nie przekłada się na frekwencję wyborczą i nad tym należy ubolewać.

  8. mariarozycka@wp.pl' Maria pisze:

    Pamiętam pierwsze wybory, w których brałam czynny udział – bardzo cieszyłam się, że już mogę osobiście oddać swój głos! Nawet miałam dodatkowy bonus – zostałam poproszona o wypełnienie ankiety „exit poll” 🙂 Zawsze biorę udział w wyborach – przecież nieobecni nie mają głosu! Niestety zdarza się, że najgłośniej na temat władzy (a zwłaszcza jej ułomności i niedociągnięć) wypowiadają się ci, którzy nie brali udziału w wyborach, a potem narzekają na ich rezultat. A może to ich właśnie głosów zabrakło do tego, by wynik wyborów był inny/lepszy? Bardzo szkoda, że w Polsce tak wiele ludzi nie korzysta z tego prawa, by mieć swój wkład w życie i rządy w naszej Ojczyźnie. Gdy takiej możliwości nie było, walczono o to prawo, a teraz w wolnym, demokratycznym kraju, wielu nie jest już tym zainteresowanych…

  9. Moim zdaniem Autorka bardzo trafnie zidentyfikowała mechanizm zniechęcający zarówno do udziału w wyborach, jak i do angażowania się w politykę. Ten mechanizm to oddemokratyzowanie partii politycznych. Nie mamy ochoty wybierać polityków, bo nie bardzo wiemy, skąd się ci ludzie właściwie biorą. Czy dali się poznać jako znakomici mówcy? Czy zasłużyli się, działając na rzecz lokalnych społeczności? Czy odnieśli sukces w biznesie, prowadząc go odpowiedzialnie i z uwzględnieniem dobra wspólnego? A może zyskali powszechne uznanie z jakiegoś innego powodu? Niekiedy tak bywa, ale w znakomitej większości politycy to ludzie, którzy znaleźli się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu, przeszli partyjną drogę od roznoszenia ulotek, poprzez noszenie teczki, aż do noszenia modnych krawatów, nauczyli się rozpoznawać zmienne wiatry historii, i to bez wystawiania do góry poślinionego palca, a niekiedy po prostu mieli szczęście chodzić do szkoły z kimś, kto później okazał się politycznym liderem. Partie polityczne w Polsce nie są demokratyczne ani otwarte, w tym cały problem! Wewnątrzpartyjna walka o władzę toczy się wszędzie, ale w przeciwieństwie do Polski odbywa się zwykle na konwencjach, gdzie liderzy walczą o głosy swoich partyjnych kolegów. W Polsce ostatni taki przypadek miał miejsce w roku 2013, kiedy Jarosław Gowin podczas konwencji PO w Chorzowie wyzwał na pojedynek Donalda Tuska. To już jednak historia, o której mało kto pamięta, a sam Jarosław Gowin, dziś wicepremier, nauczył się stać karnie w drugim szeregu, choć już w innej partii. Dopóki się to nie zmieni, w Polsce nie będzie wyższej frekwencji, bo politycy będą wciąż postrzegani jako „oni” i nie będziemy się z nimi identyfikować.

  10. kuradomowa7@gmail.com' kuradomowa pisze:

    A ja po okresie uważania, że chodzenie na wybory to konieczności obowiązek uznałam, że nie będę chodzić. Wyjątkiem są wybory samorządowe – ale też tylko w części głosowania na prezydenta miasta. System wyborczy w Polsce oparty jest obecnie na partiach z którymi w żaden sposób nie mogę się utożsamić. Do każdej mam inny – ale negatywny stosunek. NIe umiem zapomnieć ich kłamstw, obrzydliwości, poglądów opartych tylko o bieżące sondaże, nie umiem w gruncie rzeczy znaleźć żadnych różnic pomiędzy głównymi ugrupowaniami, które by wzbudziły we mnie „wewnętrzny przymus” głosowania. Kiedyś wrzucałam głosy celowo nieważne. Ostatnio po prostu nie poszłam. Ani na wybory prezydenckie, ani parlamentarne. Nie żałuję. Gdybym poszła i głosowała to obojętnie na którą partię oddałabym głos – dzisiaj miałabym pełno powodów by się tego wstydzić. Umiem dobre rzeczy powiedzieć o niemal każdym liderze partyjnym w Polsce. Ale niestety same te przymioty nie powodują, że są warci oddania mojego głosu. System parlamentarny w Polsce obecnie powoduje, że nie głosuje się na konkretną osobę, ale głosuje się na „figuranta”, który zostanie zmuszony by głosować jak mu każe partyjny lider. Kto tego nie zrobi – zostanie wrzucony w czeluść niebytu bez wpływu na kształt prawa czy rządzenie krajem. Kto temu przymusowi się podda – w tej czeluści będzie z definicji. Ktoś powie, że tylko głosowaniem można cokolwiek zmienić. Prawda. Ale niech moje niegłosowanie będzie odebrane jako wyraz oburzenia standardami polityków w naszym kraju. Od lewa do prawa.

  11. dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    Faktem jest ze niechetnie bierzemy udzial w wyborach.Zauwazam jednak że zaczynamy angazowac sie w tzw projekty obywatelskie.Na poziomie samorzadowym to my wybieramy projekt ktory dzieki naszemu zaangazowaniu zdobedzie największą ilość głosów.Jest to spore wyzwanie dla społeczności lokalnej jednak wizja nowego boiska ,siłowni czy tez sciezki rowerowej mobilizuje nawet tych ktorzy pierwszy raz zetknęli się z taką inicjatywą.Dzieki zaangazowaniu doroslych i dzieci powstalo w mojej okolicy nowe boisko i sciezka rowerowa.A politykom po prostu nie ufamy bo ich obietnice czesto pozostają na papierze.?

    • Maria WANKE-JERIE pisze:

      Czasem dobrze by było, gdyby niefrasobliwa obietnica została tylko na papierze wyborczych deklaracji, zamiast na siłę wdrażana ze szkodą dla państwa.

  12. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Przyczyn niskiej frekwencji w wyborach w naszym kraju jest wiele i w dyskusji pojawiło się wiele trafnych spostrzeżeń. Dużo trudniej wskazać sposób poprawy tej sytuacji.
    Z mojej perspektywy zauważam, że powodem nie uczestniczenia w wyborach jest totalnie negatywna cena generalnie wszystkich polityków i urzędników jaka funkcjonuje w dużej części społeczeństwa. Bardzo wielu ludzi uważa, że osoby ubiegające się o stanowiska państwowe i samorządowe czynią to wyłącznie dla własnych korzyści: wysokich pensji, diet i różnych legalnych i nielegalnych profitów i że powyborcze programy zwycięskich partii są w gruncie rzeczy podobne i sprowadzają się do słynnego skrótu: „t.k.m.”, a reszta to zasłona dymna. Ktoś kto z dumą mówi o tym, że nie chodzi na wybory uważa się za mądrego, gdyż – w swoim przekonaniu – nie daje się nabrać „ cwaniakom pchającym się do koryta”. Takie zdania są oczywiście często tylko usprawiedliwieniem lenistwa, przyzwyczajenia lub wyrazem zawiści, każdy jednak może podać dziesiątki przykładów je uzasadniających.
    Jestem fanem idei społeczeństwa obywatelskiego, które świadomie wybiera swoich przedstawicieli, a potem na bieżąco obserwuje ich poczynania, wyraża swoje opinie – poprzez Internet, czy w miarę możliwości bezpośrednio, i w następnych wyborach usuwa w polityczny niebyt tych, którzy oszukują lub zawodzą. Bardzo często jest tak, że do wszystkich startujących kandydatów czy partii politycznych mamy poważne zastrzeżenia. Myślę, że powinniśmy jednak oddać głos na tych, którzy w nie odpowiadają nam w najmniejszym stopniu. Wiadomo, że ktoś będzie wybrany i powinno nam zależeć by nie był to ktoś kogo najbardziej nie chcemy.
    Zauważyłem, że wdrażane przez obecny rząd PiS-u prospołeczne programy wzbudziły zainteresowanie polityką u ludzi, którzy dotąd mówili, że wszystkie partie jednakowo nie dbają tzw. zwykłych obywateli. Jeśli obecna partia rządząca będzie konsekwentnie unikała błędów, które doprowadziły do klęski poprzednią koalicję, to myślę, że jest nadzieja, że frekwencja w następnych wyborach będzie wyższa. Z tym unikaniem błędów jest jednak średnio…

    • Maria WANKE-JERIE pisze:

      Odsyłam do mojego wcześniejszego wpisu, w którym podaję przykład włoski – we Włoszech wszystkie wymienione przyczyny niskiej frekwencji występują i to w stopniu znacznie bardziej wyrazistym, a mimo to ludzie nie tylko biorą udział w wyborach, ale angażują się w proces wyborczy. Absencji wyborczej w Polsce nie da się wytłumaczyć niczym innym, jak tylko mentalnością pokomunistyczną.

  13. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Ludzie nie chodzą do wyborów, bo nie wierzą żadnej władzy. Kiedy w 1980 roku Gierek pytał stoczniowców – Pomożecie ? , to jeden z nich odpowiedział, że robotnicy zaufają po raz ostatni władzy.
    Potem Polacy zostali oszukani w wyborach kontraktowych i nadal uważają, że nie ma sensu głosować, bo zawsze władza nas oszuka i zrobi to co chce. Mam nadzieję, że obecny rząd ma zaufanie społeczne i tak będzie dalej.

  14. mail@mywebsite.pl' TesTeq pisze:

    Na wybory i referenda chodziłem, chodzę i będę chodził. Dorabianie filozofii do niechodzenia uważam za dość prymitywną wymówkę. Jeżeli ktoś nie ma na kogo zagłosować, to chyba wie dlaczego i sam powinien stanąć w szranki ze swoim genialnym programem. Przecież WSZYSCY go poprą (oprócz zgniłych elit), nieprawdaż?

  15. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Czas na podsumowanie. Dziękuję za dyskusję i bardzo ciekawe, wzbogacające moją wiedzę wpisy. Zwłaszcza te, w których są osobiste doświadczenia.

    To prawda, że z komunizmu nie wychodzi się łatwo, ani mentalnie, ani w żaden inny sposób. Dlatego zgadzam się, że mentalność pokomunistyczna jest przyczyną niskiej frekwencji, ale na pewno nie jedyną. Jest kilka innych, które nakładając się na siebie, dają efekt wzmocniony.

    1. Rozmowy Okrągłego Stołu, porozumienie z komunistami było kontestowane nie tylko przez radykalną opozycję, ale też i przez PZPR-owski beton. Zafundowano nam wybory nie w pełni demokratyczne (wolne tylko w 35 proc.), wygrany był oczywisty przed wyborami. Zamiast wyborów mieliśmy ich namiastkę z bardzo skomplikowaną ordynacją wyborczą. Spora część społeczeństwa świadomie je zbojkotowała, stąd niewiele ponad 60-proc. frekwencja. Potem była zmiana reguł gry w trakcie gry (nowa lista krajowa) i druga tura, w której wzięło udział 25 proc. uprawnionych. Początki wolnej Polski były z punktu widzenia wyborcy fatalne.

    2. Szybko okazało się, że wolność ma gorzki smak, beneficjentami przemian okazali komuniści, a gros społeczeństwa spotkało rozczarowanie – bezrobocie, przepadek znacznej części oszczędności. Skutki reform spadły na barki tych, którzy konsekwencje walki z reżimem komunistycznym ponosili wcześniej. Ludzie czuli się oszukani. Skutkiem tego było, ze w pierwszych powszechnych wyborach prezydenckich do drugiej tury wszedł człowiek znikąd Stan Tymiński.

    3. Pierwsze wolne wybory parlamentarne to skomplikowana ordynacja wyborcza, ograniczająca wpływ wyborcy na wynik wyborów. Pisała o niej moja siostra w tekście https://wszystkoconajwazniejsze.pl/maria-wanke-jerie-system-wyborczy/ Ograniczony wpływ wyborcy sprawia, że w nawet w USA – kolebce demokracji – frekwencja nie przekracza 50 proc. W stanach o zdecydowanej przewadze Republikanów, zwolennik Demokratów nie ma wpływu na wynik. I nie idzie głosować. Podobnie w stanach o przewadze Demokratów. W Polsce przedwojennej był system mieszany – głos na kandydata w wyborach większościowych i głos na partię (nawet stosowano kolory, by ułatwić głosowanie analfabetom). Gdyby podobny wprowadzono u nas, frekwencja pewnie stopniowo by rosła.

    Warto też zauważyć, że na ścianie wschodniej, gdzie przywiązanie do tradycyjnych wartości jest większe, a nihilizm płynący z Zachodu jeszcze się nie zadomowił, frekwencja jest dużo wyższa (są gminy, gdzie przekracza 70 proc.). To wszystko nie jest takie jednowymiarowe.

  16. gregr@o2.pl' Grzegorz pisze:

    Zawsze chodzę na wybory. Tak zostałem wychowany i tak będę starał się wychować swoje dzieci. Po raz ostatni świadomie głosowałem w 2011 r. na PJN. Miało wg. mnie najlepszy program. Następne wybory to już wybór mniejszego zła. Ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne to już unieważnienie głosu. Jako sprzeciw i świadomy wybór, bo przecież o to chodzi w wyborach. O wybór. Nie wiem jak zagłosuję w kolejnych. Sensownego programu i pomysłu nie widać. Moje życie i mój los zależy tylko ode mnie. Bez większego znaczenia, kto będzie u władzy. Nie uważam, że niechodzenie na wybory jest prymitywne. To też wybór. Można w tym czasie zrobić różne pożyteczne rzeczy. Każdy jest odpowiedzialny za siebie i postępuje tak, jak mu wygodnie i jak podpowiada mu sumienie. Ludzie nie chodzą, bo nie odczuwają zmian. Ktoś powie, że autostrady, parki wodne, stadiony i filharmonie. Ale są miejsca nawet w województwie mazowieckim, gdzie ludzie zarabiają 3,5 PLN za godzinę. I słyszą z ust polityków, że są nieudacznikami. Przecież mogą zmienić pracę. Mogą. Dlatego wyjeżdżają. Słyszą, że i tak nie będzie emerytur, a jeśli będą to głodowe, czy będzie rządzić partia X czy partia Y.
    Frekwencja we Francji budzi szacunek. Jest imponująca. Ale kraj choruje. Bo muszą wybierać między degradacją a brakiem zmian. Rozsądny naród wybierze Macrona. Ale 40% M. Le Pen to powinien być sygnał, że coś jest nie tak, Kraj sparaliżowany jest przez strach. Ale nie ma jednak skutków bez przyczyny. Po zamachach w Paryżu i Nicei francuscy politycy zapowiadali zmiany. Zamachy co prawda nie są już aż tak spektakularne, ale czy problem zniknął? Promenada Anglików – miejsce niedostępne dla przeciętnego Francuza. Co najwyżej na spacer. Luksusowe hotele, restauracje, prywatne jety, helikoptery, palmy, Rolls Roysy i Ferrari. Wypasione apartamentowce, a w nich kilkumetrowe klitki bez okna dla służby. Luksusem jest prysznic. Schowek na szczotki zaadoptowany na pomieszczenie sypialne. Ludzie na ulicach przeganiani przez ochroniarzy żebrzą i squotują w pustostanach. Obok bogactwa skrajna bieda. Sfrustrowana młodzież szuka pracy i jakiejkolwiek idei. I wpadają w sidła radykałów. Dlatego zabijają i zabijać będą. Sposób myślenia tych dwóch grup ludzi jest zupełnie inny. Bo zarówno skrajna bieda jak i nadmiar wszystkiego zmienia człowieka. W niedzielę przekonamy się, czy mamy jeszcze kila lat spokoju. Francję czeka rewolucja. Prędzej czy później. I to już nie będzie ta Francja, którą dajemy za przykład.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.