Wulgaryzmy

Coraz częściej słyszymy je na ulicy, z ust ludzi w bardzo różnym wieku, kobiet i mężczyzn, dziewcząt i chłopców, a nawet dzieci. Bez zawstydzenia czy skrępowania. Wulgaryzmy zagościły we współczesnej literaturze, filmie, a nawet w publicystyce. Są obecne w mediach społecznościowych. Powoli oswajamy się z nimi, uodparniamy. Czy słusznie?

W naszym rodzinnym domu nie używano wulgaryzmów. Nigdy nie słyszałyśmy ich z ust rodziców, ani ich znajomych. Nawet w chwilach wzburzenia. Najbardziej obelżywe określenie wobec kogokolwiek, które słyszałyśmy, zwłaszcza od naszej babci to: „taki bolszewik”. Dla nas to była obelga, brzmiało maksymalnie pejoratywnie. Ale nasza gosposia (prosta kobieta z podrzeszowskiej wsi) czasami wyładowywała złość, zamykając się w swoim pokoju i „rzucając mięsem”. Nigdy jednak nie zwracała się tak ani do nas dzieci, ani do naszych rodziców, ani też do babci i dziadka. Miała poczucie, że nie wypada, że to wstydliwe. A my miałyśmy sygnał, że takich wyrazów używają tylko prości, raczej prymitywni ludzie, a i tak tego trochę się wstydzą. Nie do pomyślenia było, by któryś z naszych kolegów w szkole użył podobnych słów do nauczyciela, woźnej, higienistki, a nawet koleżanki. To się nie zdarzało.

Mówię o używaniu wulgaryzmów, a nie o przeklinaniu, bo to nie to samo. Przekleństwem jest np. zwrot „by cię szlag trafił”, czyli życzenie komuś czegoś złego, a wulgaryzm to wyraz, wyrażenie lub określenie uznawane jako nieprzyzwoite lub ordynarne. Przekleństwo nie musi zatem być wulgarne, choć o człowieku, który używa wulgaryzmów często mówi się, że przeklina.

Wulgaryzmy, według Jerzego Bralczyka, to pięć podstawowych słów, z czego dwa to nazwy części ciała, męskiej i żeńskiej, dwa określają czynność seksualną, a piąty opisuje najstarszy zawód świata. Z tych pięciu słów tworzone są liczne modyfikacje.

Pamiętam z dzieciństwa, gdy ja i moja siostra natrafiłyśmy na swoisty słownik z użyciem wyrazu określającego czynność seksualną na literę „p” z różnymi przedrostkami, które nadawały mu różne znaczenia. I tak po dodaniu przedrostka „za” słowo to oznaczało: „ciężko pracować” lub „biec szybko”; z przedrostkiem „przy” znaczyło „uderzyć kogoś, zaatakować” itp. Nawet nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak wiele jest modyfikacji i znaczeń jednego tylko wyrazu. Wzbogaciło to wprawdzie naszą wiedzę, ale nigdy tych słów nie używałyśmy.

Wiedza, że jakieś określenie jest nieprzyzwoite lub ordynarne, jest oczywiście potrzebna. Małe dzieci bezwiednie powtarzają to, co słyszą. I jeśli słyszą wulgaryzmy, będą ich używały. Na upominanie mogą reagować przekornie, więc najlepiej ani nie reagować na to śmiechem, ani nadmiernym karceniem. Gdy nie będą tego z ust rodziców, opiekunów czy kolegów słyszały, przestaną powtarzać.

Niewiedza może prowadzić do zabawnych sytuacji. Przytoczę historię, którą opowiadał nam nasz ojciec, choć akurat tu nie o wulgaryzm chodzi. Młoda dziewczyna, szlachcianka, rozmawiając w sadzie z robotnikami poczęstowała jednego z nich jabłkiem z kosza i tłumacząc, że nie jest w stanie każdego z nich obdarować, powiedziała: „Przecież nie mogę ze wszystkimi spółkować”. Oni parsknęli na to śmiechem. Panna zaś, nie znając znaczenia słowa, którego użyła, poczuła się zażenowana.

Wulgaryzmy wzmacniają przynależność do grupy czy subkultury. Ponoć w wojsku pozwalają utrzymać dyscyplinę i posłuch. Bez „k..wa mać” żołnierze nie zrozumieją rozkazów. Używane sporadycznie, np. jako cytat z czyjejś wypowiedzi, nie rażą. Choć pamiętam, gdy w jednej z naszych książek użyłyśmy wulgaryzmu w przytaczanej dosłownie czyjejś wypowiedzi, recenzujący ją prof. Włodzimierz Suleja radził, aby go wykropkować. Widać, że w książce biograficznej nawet w cytacie to nie jest przyjęte. Ale z drugiej strony uwielbiany przez naród marszałek Józef Piłsudski, notabene bohater monografii historycznej autorstwa profesora Sulei, nie stronił od dosadnych określeń. Potrafił zbesztać najgorszymi wyrazami nawet najbliższych współpracowników.

Chyba niewielu zdaje sobie sprawę, że publiczne używanie wulgaryzmów jest wykroczeniem:

Art. 141. Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Jest to jeden z całkowicie martwych zapisów w kodeksie wykroczeń, bowiem skala jego naruszania jest powszechna. Pamiętam np. promocję jednej z książek, którą napisałam wspólnie z moją siostrą. Występował podczas niej publicznie były polityk, legenda „Solidarności”, który mimo obecności żony i kilkuletniego syna, a także blisko stuosobowej widowni i przedstawicieli mediów, „rzucał mięsem” bez żadnego zażenowania. I czy ktokolwiek pomyślał wówczas o art. 141 Kodeksu wykroczeń? Uznano by to zapewne za żart, gdyby ktoś zwrócił mu uwagę, powołując się na ten zapis.

Nawyk używania wulgaryzmów w charakterze przecinków, przerywników bywa często trudny do wykorzenienia. Niektórzy, mitygując się, używają bardziej neutralnie brzmiących określeń i stąd pojawiają się: „kurczę”, „kurczę pieczone”, „kurka”, „kurka wodna”, „kurde” lub „pieprzyć”. To nic innego jak neutralnie brzmiące zastępniki wulgarnych słów.

Wulgaryzmy zagościły na salonach chyba od czasów „Solidarności”. To wtedy inteligencja podjęła współpracę ze środowiskami robotniczymi i zaczęła przejmować także styl ich ekspresji. Choć doprawdy takiego języka, jak np. mogliśmy słyszeć w restauracji „Sowa & Przyjaciele” wtedy jednak nie słyszałam, a uczestniczyłam nieraz w nocnych rodaków rozmowach.

A potem było już tylko bardziej. „Rzucają mięsem” młodzi, i to bez różnicy, i dziewczyny, i chłopcy. Nie wstydzą się przed starszymi. Niektóre określenia, do niedawna uznawane za wulgarne, przestają być tak odbierane. Większość ludzi przed czterdziestką nie uznaje słowa „zaj…sty”, które zastąpiło dawne „fajny”, za wulgaryzm. Ma większą ekspresję, oznacza, że coś jest fajne jakby bardziej.

Otwartym pozostaje pytanie, czy oswajać wulgaryzmy, przyzwalać i przyzwyczajać się, czy się jednak przeciwstawiać. W mediach społecznościowych jest ich coraz, coraz więcej. Ja np., gdy natrafiam na tweeta, który trafnie opisuje jakieś zjawisko, ale zawiera wulgarne określenie, ignoruję go. Nie podaję dalej, nie komentuję. Z żalem stwierdzam, że wielu użytkowników Twittera, których cenię za wiedzę i konserwatywne poglądy, używa wulgaryzmów. Ubolewam z tego powodu. Ale może jestem po prostu staroświecka, niedzisiejsza i niemodna?

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

26 komentarzy

  1. gabriellawit@gmail.com' Garibaldi11 pisze:

    „Za..bisty” artykul.
    Nie, mimo ze od wielu lat (wstyd mi napisac ilu), uzywam wulgaryzmow, czyli „ulicznej laciny”, to akurat okreslenie jakos mi nie chce przejsc przez gardlo. Znam dziesiatki innych superlatywow, nawet ordynarnych, ale akurat to wydaje mi sie po prostu glupie. Pewnie wiem dlaczego. Powstalo w czasie, gdy nie mialem kontaktu z zywym jezykiem polskim. Dlazcego nie lubie akurat tego wyrazenia, a akceptuje inne? Pewnie dlatego, ze nieodlacznie kojarzy mi sie ze slowem j…c. A akurat to slowo jest wulgarnym okresleniem na skadinad przyjemna aktywnosc. Ale w tym slowie jest jakas pogarda, na ogol dla damskiej strony tejze aktywnosci. „Pies cie j…l” – ile w tym pogardy do odbiorcy tego „poboznego” zyczenia. A rosyjskie „J.b twoju mat” – Ohyda. To juz wole slowo na „p”. S czegolnie dlatego, ze jak autorka zauwazyla, ze uzywajac tego slowa i pewnej ilosci przedrostkow mozemy wyrazic prawie wszystko. Uczylem moich dunskich kolegow jezyka polskiego, przekonujac ich, ze wcale nie jest taki trudny, wystarczy bowiem wlasnie to slowo i przedrostki, i umiejetnosc potocznego jezyka polskiego mamy w kieszeni.

    Gdy juz mowie o dunskich kolegach, to zainteresowal mnie prawie zupelny brak przeklenstw i wulgaryzmow z uzyciem intymnych czesci ciala i seksualnych czynnosci. Dunskie i szwedzkie przeklenstwa sa … religijne. Szwedzkie wyrazenie „for satan” jest bardzo powaznym przeklenstwem. Mniej powaznym jest szwedzkie „for fan” i dunskie „for fanden”. I to jest obecnie akceptowalne, chociaz kiedys tak nie bylo. Kto to jest ten „Fan” czy „Fanden”? Po prostu diabel. A wiec „for fanden” jest jak polskie „do diabla”. Aerykanin, mowiac „shit”, Francuz „merde” , Niemiec „Scheisse”, Dunczyk – „Lort” a Polak „g..wno” – nie kojarzy sobie zupelnie z cuchnacymi fekaliami. Uzywanie i naduzywanie tego slowa nie jest eleganckie, i czesto swiadczy o ubogosci jezyka, ale stalo sie akceptowalne. Dnskie slowo „Hundelort”, a wiec „psie odchody” odchody nie sa zadnym wulgaryzmem tylko precyznym okresleniem tej plagi chodnikow i parkow. Chociaz trzeba przyznac, ze Dunczycy-psiarze zawsze chodza z plastikowa torebka, w ktora pakuja odchody swoich ulubiencow. Ci, ktorzy maja problem ze schylaniem sie, jak np ja, uzywaja do tego specjalnego przyrzadu na kiju. Pomyslowy narod.

    Ale wrocmy do polskich wulgaryzmow. Slowo „k…a”, tak swietnie lezace w ustach, gdy wywroce sie na rowerze lub zapomne paszportu lecac w antypody – nie ma dunskiego odpowiednika. Slowo „luder”, ktore by mogla odpowiadac slowu na „k” – jest po prostu synonimem prostytutki. Ale nazwaniebezposrednio kogos „luder” moze spotkac sie z gwaltowna reakcja i skonczyc sie w szpitalu.

    Gdy moi koledzy w pracy slyszeli na korytarzu moje „k…..rrrrrrrr…a” z tym baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo dlugim „rrrrrrrrrrrr” , chociaz nie znali znaczenia wyrazu wiedzieli, ze zdarzylo sie cos bardzo powaznego jak np. wykasowanie wszystkich twardych dyskow w mojej firmie bez uprzedniego zrobiena kopii.

    A jak bylo w moim domu? Rodzice uzywali czasem dosc lagodnych wulgaryzmow w rodzaju „cholera jasna”, ewentualnie „dostaniesz po d…pie”. Wiec ja tez jako dziecko nie uzywalem, chociaz znalem te gorsze wyrazenia z ulicy. Ale czlowiek przesiaka manierami otoczenia. Pamietam zaskoczenie mojego ojca, i moj wstyd, gdy wrocilem z obozu wojskowego i spalem sobie smacznie juz 20-ta godzine, a ojciec mnie niebacznie obudzil. Nie wiedzialem, ze to ojciec, ze jestem juz w domu a nie w koszarach. Ale warknelem: „Co mnie, k—wa budzisz”. Przyznam, ze nie bylem z siebie dumny.

    Na emigracji stracilem jakby wyczucie jezykowe. Niektorzy inni tez. Pozwalalem wiec sobie na wulgaryzmy, na ktore nigdy bym sobie nie pozwolil bedac w Polsce. I przyznam, tec ciagle rzucanie miesem polskich robotnikow w Danii, i slicznych licealistek we Wroclawiu razi mnie – „jak cholera”.

    Mialem jednak bardzo bolesny okres w zyciu. I „rzucanie miesem” dawalo mi jakby ulge. Zreszta, nienawidzialem wtedy ludzi. Nie bylo dla mnie problemem sprawic im bol wyzywajac od najgorszych. Pamietam, ze z moimi corkami i wnuczkami jechalismy samochodem do Polski, i stalismy dlugo na granicy, wsrod setek ciezarowek. Moja corka widzac moja niecierpliwosc powiedziala wskazujac na polskich szoferow. „Tato, idz do swoich kolegow i pogadaj sobie z nimi”.

    Reasumujac. Jezyk chamieje. Nie tylko w Polsce. Wszedzie. Staje sie coraz ubozszy. Autorytety pieknego jezyka jak Polskie Radio czy BBC – juz nie sa zadnymi autorytetami. Autorytetami sa bulwarowa prasa i internet. Nie uwazam jednak, ze nalezy wykluczyc wulgaryzmy. Ale uzywac je tylko wtedy, kiedy wzbogacaja nasze srodki wyrazu. I na pewno nie jako znaki przestankowe.

  2. gabriellawit@gmail.com' Garibaldi11 pisze:

    Jeszcze jedno. W hebrajskim nie ma przeklenstw. Dlaczego? Swietoszki jakies? Nie. nowoczesny hebrajski powstal na podstawie biblijnego tekstu. A tam nie ma wulgaryzmow ani przeklenstw. Wiec jak sobie radza Izraelczycy? Ano, klna po arabsku („piekny” jezyk do ordynarnch, pietrowych przeklenstw i wulgaryzmow), po rosyjsku – tez bogaty w wulgaryzmy, po zydowsku – to samo i po polsku.

    Arab cie bez watpienia zabije, gdy uslyszy „Kuss umma’k amchar” – co znaczy mniej wiecej „p..a twojej mamy jest czerwona”

  3. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    „Co nam dała cywilizacja ? – striptease i gumę do żucia ” to cytat filmu André Cayatte’a „Miecz i waga”.
    To stary film, ale dobrze oddaje dzisiejszą sytuację na świecie.
    Autor wypowiedzi zapomniał o wulgaryzmach, które zalewają nas dookoła.
    Używanie wulgaryzmów dla mnie świadczy o prostactwie osoby, która je wypowiada; bez względu na jej wykształcenie czy stanowisko. Niektórzy uważają, że wulgaryzmy to normalka, ale nie w przypadku dzieci. Gdy słyszą je z ust dzieci, wtedy są oburzeni. Kiedyś mój znajomy był zadziwiony, że ja nie używam nieprzyzwoitych słów, skoro wszyscy dokoła tak mówią. Moi synowie też nie wyrażają się wulgarnie. Kiedyś, ich kolega z naszego bloku, próbował namówić ich do zabawy, w której mieli powtarzać brzydkie słowa. Wtedy oni wrócili do domu.
    Wulgaryzmy występują nie tylko w języku potocznym, ale przeniosły się do „sztuki”.

  4. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Syn mojej koleżanki, dziś już dorosły, podłapał od panów na pobliskim skwerze słowo na k, bo używali go panowie siedzący obok na ławeczkach. Mama mu powiedziała, że ma tak nie mówić. A potem bawiąc się z innymi dziećmi w piaskownicy nie mógł złożyć zabawki, był zły i powiedział: „Mama, przecież nie mówię k…”. A mój wujek przyniósł z podwórka wierszyk „Szpak, glizda, duszona p…a”. Też mu powiedzieli, że to jest brzydkie słowo, ale dopiero w wieku około12 lat zapytał co to znaczy, bo w szkole była afera, nauczycielka przechwyciła liścik, w którym chłopak pisał do koleżanki na ten temat. Rodzice mu wytłumaczyli. Chyba dla dzieci wielką radochą jest powiedzieć brzydkie słowo na obiedzie u babci lub cioci.

  5. wanda.kapica@interia.eu' Wanda Kapica pisze:

    „Zagrzewali się do walki zelżywemi słowy”…

    Pieśń o Rolandzie

    A tu o tym jak się dowiedziałam, co znaczy „Słowo Cambronne’a”.

    http://fraszki-ulotki.info/2015/08/obelga.html

    Coś w tym jest… dla mojego dziadka nie istniało przekleństwo gorsze niż „komunista” albo „bolszewik”. Może to specyfika miejsca i czasu… W 1920 roku zaznaliśmy tu dobrodziejstw rewolucji, pod rządami Polrewkomu Nowotki… a w 1939 zostaliśmy „wyzwoleni” jako zachodnia Białoruś. Aż po Łomżę – i dalej. Że o wywózkach na Sybir i czasach powojennych nie wspomnę…

  6. alinapetrowa@gmail.com' Alina Petrowa pisze:

    Poruszyła Pani bolesny temat, a zjawisko jest powszechne. Wulgaryzmy słyszymy od bladego świtu do późnej nocy, są jak upiorny refren. Klną wszyscy, starcy (ci może mniej) i kilkuletnie dziewczynki.
    Nie wiem, czemu tak się dzieje, może dlatego, że coraz mniej osób i środowisk zawraca sobie głowę wychowywaniem. Młodych ludzi wypuszcza się samopas, nie mają świadomości, że powinni wkładać wysiłek w swoje zachowanie i relacje z innymi.

    Winni jesteśmy my wszyscy, bo pozwalamy, aby ta zaraza bezkarnie się pleniła. Ale poza rodziną i szkołą szczególnie odpowiadają za to elity i… kobiety. Kiedyś nie do pomyślenia było przeklinanie w obecności kobiet i one też tego nie tolerowały. Poziom cywilizowanych zachowań zależał od nich i one miały świadomość, że są ich strażniczkami. Mężczyźni, jeśli chcieli być mniej skrępowani, używali „wyrazów” we własnym gronie. Dziś kobiety dzielnie ścigają się z mężczyznami, nawet ich prześcigają.

    Co do elit. Pamiętam program w TV, popularny aktor przygotowywał wytworną kolację dla celebrytek. Było bardzo wytwornie i wyszukanie do chwili pojawienia się celebrytek, które, gdy się odezwały… cały naród otrzymał sygnał, że nie ma co się męczyć, że ich wulgarny język jest OK, skoro takich wyrazów używają ludzie z „najwyższych półek”. Nie ma co na nich liczyć, elity nie podnoszą jak kiedyś poprzeczki, one mówią: Jesteście OK, róbcie tak dalej.

    W swojej istocie wulgaryzmy są pasożytami językowymi, nie wnoszą żadnych treści do komunikatu. Ale, jak to pasożyty, tak wrosły w wypowiedzi niektórych osób, że gdyby zabronić im ich używania, nie wiem, czy potrafiłyby już coś normalnie powiedzieć.

    Dominikanin o. Jacek Salij powiedział, że wulgaryzmy i przekleństwa są w istocie zakwestionowaniem faktu, że świat jest dziełem Boga, a św. o. Pio przestrzegał, że szatan jest blisko osób, które są wulgarne i przeklinają. W moim odczuciu, są to zachowania zohydzające piękno świata, ale też rodzajem przemocy, agresją wobec otoczenia. Ostatnio zaczęłam zwracać uwagę osobom, które zabagniają także moją przestrzeń.

    Najgorsze w tym wszystkim jest poczucie bezsilności. Jest sporo osób, które cierpią z powodu zabagnienia środowiska, ale czują się bezsilne. Czy macie Państwo jakiś pomysł, jak z tym walczyć? Ja nie.

  7. zdariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    W chwilach wielkiego podenerwowania zamiast uzywac zwrotów ogolnie uwazanych za wulgarne stosuję zapozyczone od Turków
    „Ubuu „lub bardziej skuteczne „uf jaa”:)
    Przy wypowiadaniu koniecznie musimy pamiętać o wypuszczaniu powietrza:) Zapewniam o skuteczności nawet jesli bolesnie uderzymy się w palec! W moim przypadku 100% skuteczność:)

  8. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Bardzo ciekawa dyskusja nad tym tekstem wywiązała się na Twitterze. Najcelniejsze wpisy pozwalam sobie przytoczyć:

    Wredna Małpa @martamoss
    Czasem jednak mi się zdarzy, bo zachodzi taka „uzasadniona” tematem potrzeba, lub mój stan emocjonalny ze względu na poruszaną sprawę tego „wymaga”. Zawsze jednak wszystko „wykropkowuję”. Czasem też wracam przypadkowo po kilku dniach do takiego tweeta i go kasuję.

    Tad Kapała @TadKapla
    Klną dzieci w obecności starszych – zero reakcji, klną dziewczyny, jak ostatnie zdziry, w obecności swoich facetów – bez reakcji. K..wa jako przecinek.
    Subkultura więzienna weszła ,,na salony”. A czymże są dziary – tatuaże? Odróżniały recydywistę, grypsera od frajera. Ustalały więzienną hierarchię. Taki rodowód

    Jan Śliwa @JanSliwa
    Z arabskiego znam ibn szarmuta, czyli s’syn. A jak było w jidisz? Jak miała przetrwać żywa kultura bez możliwości ekspresji? Łatwiej kląć w innych językach, bo nie razi tak. W Komu bije dzwon jest piękny zestaw hiszpański, bardzo dźwięczny.
    Marynarze klną: Do stu tysięcy zdechłych wielorybów. A w Opowiadaniach o Leninie Zoszczenki pada często: Mamusiu kochana. W Ameryce fakują. Bywają na YT referaty informatyczne z fakiem w każdym zdaniu. Mnie odrzuca.

    Joanna Mandrosz @JoannaMandrosz
    Portale powinny usuwać komentarze tzw. niecenzuralne. Nie da się czytać wpisów merytorycznych poprzeplatanych bluzgami i zwierzeniami z wątpliwych osiągów. Mam wrażenie że w zagranicznych portalach ktoś to usuwa. Czy u nas to świadomy wybór zarządów portali? Byłoby to słabe.

    Ufka @Ufka
    W Danii, Szwecji praktycznie nie ma przekleństw. Kuzynka, która jest tłumaczem z polskiego na szwedzki (i na odwrót) ma duże problemy z przekonaniem Polaków, że pewnych rzeczy nie da się przetłumaczyć:))

    Dominika Cosic @Dominikacosic
    Za to Serbowie np. mają chyba jeszcze szerszy repertuar wulgaryzmów niż Polacy. Najbadziej mnie rozbawiło jak kiedyś w zatłoczonym belgradzkim autobusie pasażer krzyknął do kierowcy „je..m Ti šešir” (pie…ę Ci kapelusz).

    Mirosław Makowski @mmakusie
    Ktoś to nawet spisał https://pl.wiktionary.org/wiki/Indeks:Polski_-_Wulgaryzmy

  9. p.p.dziadek@gmail.com' Piotr pisze:

    Mój wczesniejszy komentarz gdzieś się zapodział (może, paradoksalnie, został usunięty z powodu wskazywanego wulgaryzmu). Całkowicie, niestety, spowszedniało słowo „bucowatość”, które używane jest w znaczeniu innym niż jego źródłosłów, a ten jest jednoznaczny ze słowem (jednym z pięciu wspomnianych w tekście) zaczynającym się na „ce-ha”. Moim zdaniem to też swoiste „signum temporis”, rozwinęła się w ostatnich paru dziesiątkach lat akceptacja dla okazywania nieposłuszeństwa i protestowania przeciwko uznanym zwyczajom i normom, które są postrzegane – mylnie – jako wyrazy indywidualizmu i niezależności. Nawet w relacji rodzic-dziecko czy nauczyciel-dziecko prędzej uznanie (czy choćby ciche przyzwolenie) zdobędzie dziecko kontestujące niż posłuszne, które z koli raczej dostanie „etykietkę” nieporadnej „ciapy”.

    • Maria WANKE-JERIE pisze:

      Pojawiła się przede wszystkim akceptacja dla wyrażania złości. Wciąż słyszę nie o wysoce nagannym wpadaniu w złość tylko o niepanowaniu (niekotrolowaniu) nad emocjami. Taka przypadłość, którą tłumaczy się niekiedy skandaliczne zachowania. Wyładowanie złości często manifestuje się wykrzykiwaniem wulagaryzmów. To jest tylko konsekwencja akcetacji dla okazywania złości. Wulgaryzmy są dla mnie nie do zaakceptowania, ale okazywanie złości znacznie bardziej. Można złościć się bez używania wulgaryzmów, ale to równie złe. Panowanie nad emocjami było kiedyś warunkiem dobrego wychowania. Jest też inny rodzaj używania wulgaryzmów – dla szpanu. Tak szpanują też dziewczyny i to coraz młodsze. Rację ma Alina Petrowa – kobiety nie powinny się zgadzać na wulgaryzmy w swojej obecności. Tak powinny wychowywać córki. Ale czy dziś jeszcze rodzice wychowują swoje dzieci?

  10. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Przytaczam kolejne głosy z twitterowej dyskusji:

    Witold Kabański @WitoldKabanski
    Signum tempori. Chamstwo szerzy się wszędzie. Więcej – jest na nie przyzwolenie, bo elity, o czym już wcześniej było, nie są w modzie. W modzie wciąż dres, tatuaż, siła i zadyma.

    Jaś Fazolka @JasFazolka
    Żadne artykuły Kodeksu Karnego nie pomogą –pogarda dla wulgaryzmów, zmiana mody na kulturę jest jedyną drogą. Trzeba jednak wymagać od artystów, dziennikarzy, polityków…. tzw. elity. A ta dzisiaj, niestety, zawodzi (poza małymi wyjątkami).

    maria pm @malaczyska
    Tak…wulgaryzmy w życiu społecznym to plaga… Kultura w relacjach, kultura autorytetów na każdym poziomie to jakaś droga…

  11. Kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Nie „podaje dalej” wypowiedzi z wulgaryzmami. Dziś jednak poniższy ćwierk rozumiem i wulgaryzm usprawiedliwiam https://twitter.com/RPisarzowski/status/1009158969313648640?s=19

  12. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Łatwo zachować poprawność językową i wstrzymać się od używania przekleństw czy wulgaryzmów, w zaciszu gabinetu, w biurze, czy też na ulicy. Znacznie trudniej, gdy znajdziemy się w strefie działań, które zagrażają naszemu życiu, czy też narażają nas na kalectwo. Wtedy nie dobieramy dyplomatycznych, pięknych słów, tylko używamy takich, które dyktują nam zdeterminowanie, złość lub strach. Oczywiście jest pewna grupa ludzi, która notorycznie używa wulgaryzmów, ale są też zawody czy sytuacje, które wprost wymuszają taki język, na przykład na wojnie czy w czasie ekstremalnych wypraw.

  13. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Nie lubię wulgaryzmów i zwykle ich nie używam, tak było też w moim rodzinnym domu. Ale czy od kogoś publicznego zdenerwowanego i czasem „rzucącego mięsem” nie jest gorszy hipokryta, który jest niby zawsze kulturalny i grzeczny, tzw. bułkę przez bibułkę, a potem się okazuje, że intrygował, podgryzał innych czy zdradzał żonę?

  14. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Dobrze, że poruszyła Pani temat wulgaryzmów, a przede wszystkim wspaniale, że prowadząc tego bloga dają Panie przykład jak należy pięknie, poprawnie, ciekawie i precyzyjnie formułować myśli i kulturalnie dyskutować. Dobrze by było, gdyby troskę o eliminację wulgaryzmów na swoich „podwórkach” wykazywali szefowie firm, instytucji redakcji, szkół. Świetnie by było, gdyby przynajmniej w niektórych środowiskach wulgarne słownictwo stało się passe – czymś kompromitującym, by istniały choć enklawy wolne od wulgaryzmów. Piszę enklawy, bo nie wierzę, żeby proces wulgaryzacji języka polskiego mógł się cofnąć.
    Niektórzy psychologowie i językoznawcy twierdzą, że wulgaryzmy są potrzebne jako taki wentyl psychicznego bezpieczeństwa dla ekspresji silnych negatywnych emocji: złości, strachu, dezaprobaty dla działań lub ludzi. Tylko, że patrząc z tego punktu widzenia to w języku polskim nie ma takich „czystych” wulgaryzmów, bo słowa dotychczas uważane za wulgarne stały się słowami-dżokerami, które po dodaniu odpowiedniego przedrostka zastępują prawie każdy inny wyraz. I to do tego stopnia, że czasem w więcej jest w zdaniu „dżokerów” niż zwyczajnych słów. W ten sposób wysławiają się miliony Polaków. Jest to ich naturalny, codzienny język, którym komunikują się w domu, pracy, wśród znajomych. Poprawny polski jest dla nich językiem wyuczonym (gorzej lub lepiej). Posługują się nim tylko tam gdzie uważają że ewidentnie nie wypada używać mowy codziennej. Problem też w tym, że takich miejsc zastrzeżonych dla kulturalnego języka ubywa. Wulgaryzmy weszły szerokim frontem do mass mediów, filmów. Filmowcy tłumaczą to potrzebą autentyczności. Jednak w niektórych filmach takich jak np cykl „Psy” pełniły rolę swoistej dźwigni marketingowej.

  15. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Doskonale, że autorka tekstu poruszyła ten bardzo ważny temat, zwłaszcza teraz gdy internet posiada większe poczucie animowości portale społecznościowe zdominowane są przez wulgaryzmy. Osobiście nie akceptuję takiego języka i sama go nie używam, dlatego wyrażam zdecydowany sprzeciw wulgarnemu słownictwu. Ogromny wpływ na to ma środowisko , w którym się wychowywaliśmy. Nie ukrywam, że jest to także wina nas samych, ponieważ nie reagujemy w takich momentach i dlatego tyle wulgaryzmów przenika do obiegu społecznego i to jest niestety błąd nas wszystkich, przyzwalamy na takie zachowania nie zwracając uwagi. Brzydkie słowa królują już niestety na stałe w naszych domach, szkołach, na ulicy, a także w mediach – zwłaszcza społecznościowych. Ostatnio zapytałam znajomego dlaczego używa tak niecenzuralnych słów i usłyszałam, bo wiesz ten sposób pozwala mi lepiej wyrazić moje emocje. Pogratulowałam samozadowolenia i pewności i poprosiłam, by w mojej obecności nie zwracał się w podobny sposób. O dziwo – poskutkowało. Niestety sfera werbalna ulega dzisiaj coraz większej brutalizacji. Takie warunki stwarza nam często otoczenie – znajomi, przyjaciele i ich przyzwyczajenia do używania takiego języka, a często bawimy się przy tym wybornie. Może warto byłoby zastanowić się zatem dlaczego niektórzy używają takiego języka. Może tylko dlatego, jak pisze Pani Maria, by zaszpanować, a może by zniwelować dystans społeczny. Uważam, że nad tym zagadnieniem należałoby się także pochylić!

  16. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Zdarza się, że niekiedy „wymsknie” mi się niecenzuralne słowo, ale to tylko wtedy, gdy coś mnie niespodziewanie bardzo niemile, albo też i boleśnie zaskoczy. Na portalach i w ogóle w formie pisemnej unikam wulgaryzmów, ponieważ uważam, że słowo pisane bardziej zobowiązuje do poprawności językowej, od realnych, potocznych i sytuacyjnych zdarzeń. Trudno spodziewać się, że ktoś kto nagle dachował autem, powie – o kurka wodna, bo on raczej powie – szlag by to trafił, albo przegrywając nagle w karty znaczną kwotę pieniędzy, nie powie – ojej, motyla noga, tylko raczej – ch.. by to strzelił wszystko. Trzymający kogoś na muszce nie powie do trzymanego w szachu – połóż się proszę, tylko krzyknie – na glebę, k.j.mać. , bo w przeciwnym wypadku jego słowa mogłyby być zlekceważone. Przekleństwa typu – ażeby cię cholera jasna wzięła, ażebyś się zes..ł, wypowiadane są najczęściej bez zastanowienia, jako reakcja na czyjś naganny postępek. W moim domu rodzinnym, mamie żadne przekleństwo by przez usta nie przeszło, ale ojciec był bardziej impulsywny i zdarzało mu się, ale były to te lżejsze wilgaryzmy typu – do d.py z tym, szlag by to trafił, albo z niemieckiego – niech to dunder świśnie.
    Używanie wulgarnych słów jako przecinków, czy też w celu zwrócenia na siebie uwagi, to zwyczajne zachwaszczanie języka. Jeśli w celu podkreślenia ekspresji, to można od biedy zrozumieć, ale też nie do końca. Mnie zawsze razi utarte już na dobre słowo – „zajebi..y, mające wyrazić formę najwyższego uznania czy podziwu. W literaturze często niecenzuralne słowo, konieczne jest, do wierniejszego przedstawienia charakterystycznych postaci. Uważam, że brzydkie słowa nigdy do końca nie znikną, ale należałoby je ograniczać do niezbędnego minimum.

  17. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Mam w pamięci sytuację, kiedy z ust młodej dziewczyny na naszym osiedlu padło słowo k…a.
    Wtedy powiedziałem – ale ty brzydko mówisz…
    Dziewczyna zaczerwieniła się, a jej koledzy powiedzieli ” to jest porządna dziewczyna”.
    Po tej reakcji było mi trochę głupio, bo pomyślałem sobie, że sprawiłem jej przykrość, a to mógł być tylko przypadek, być może chciała dorównać poziomem kolegom.

  18. wlalos@onet.pl' Władysław Łoś pisze:

    Goethowski Faust mówił do swojego ucznia, że tam, gdzie brakuje pojęć, słowo zjawia się w stosownej porze. Ale to rozmawiali dwaj staroświeccy , subtelni intelektualiści. Dziś można by powiedzieć, że w dyskursie wykształciuchów. tam gdzie brakuje słów pojawia się w stosownej porze wulgaryzm.
    Pojęcie wulgaryzmu jest oczywiście względne. Prosty chłop, niewykształcony robotnik, nie będzie używał wyrażeń takich, jak „córa koryntu”, czy „akt miłosny”. Nawet jeżeli je by znał, to pewnie wydawałyby mu się śmieszne i pretensjonalne. Naturalne dla niego są słowa na „k” i na „j”. Nic w tym dziwnego. Jednak im ktoś lepiej wykształcony tym więcej zna słów o podobnych znaczeniach, niosących jednak nieco różne treści i inny ładunek emocjonalny. „Prostytutka”, „kurtyzana”, „dziwka”, „ulicznica”, „dziewczyna publiczna” – każde z tych słów może znaleźć odpowiednie miejsce w wypowiedzi osoby kulturalnej i wykształconej, a druga, podobna, osoba a osoba, zrozumie dlaczego akurat to słowo zostało użyte i jaki niesie sens. Jest i miejsce dla wulgarnej „k…”, ale użytej wyjątkowo, że świadomością czemu się tego wyrazu użyło, jaki on ma wywrzeć efekt na odbiorcy, właśnie jako zamiennik innych możliwych tu wyrażeń. Stary, mądry, Roman Jakobson powiedziałby, że o użyciu tego wyrazu w mowie osoby kulturalnej decyduje poetycka funkcja języka, nie poznawcza. Analiza używania wulgaryzmów z punktu widzenia teorii funkcji językowych byłaby zresztą bardzo ciekawa. Sugerowałbym, że spełniają one przedw wszystkim funkcje fatyczną, służącą podtrzymywaniu kontaktu, (Jak np. „Wiesz, k…, jutro jest wtorek”) , konatywną, służącą wywarciu woĻlywu na odbiorcę („Zrób mi to zaraz, k…!”), n czasem też metajęzykową, jak np. „k…” wpleciona w opowiadanym dowcipie przed pointą, by dać znać odbiorcy, że teraz następuje clou dowcipu.
    Tak czy inaczej, wulgaryzmy używane potocznie, na co dzień. w zwykłej konwersacji, są wyrazem nieudolności językowej, braku innych środków dla wyrażenia tego, co się chce powiedzieć, czasem maskują fakt, że się nie ma nic do powiedzenia. Gdzie brakuje pojęć, gdzie brakuje słów, tam pojawia się wulgaryzm.

  19. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Drobna uwaga co do znaczenia użytego w linkowanym artykule słowa „upierdliwy”. Ktoś kto jest egzaminatorem, szefem może tłumaczyć to słowo jako: „konsekwentnie stanowczy”. Dla egzaminowanych, podwładnych (a takich jest dużo więcej) człowiek upierdliwy to taki, który złośliwie uparcie stara się doszukiwać u innych błędów niedociągnięć, wypomina i wyciąga przesadne konsekwencje z nieistotnych wad czy pomyłek. Słowo brzydkie, dziwne, nie wiadomo skąd się wzięło. Słownik https://www.synonimy.pl/ wymienia do niego następujące synonimy: dokuczliwy , nieznośny , przykry , niemiły , niesłodki , nieprzyjemny , denerwujący , męczący , natarczywy , naprzykrzony , uprzykrzony , napastliwy , marudny , kapryśny , zrzędliwy , zrzędny , rozkapryszony , malkontencki , wybredny , uciążliwy. Trudno jednak mi znaleźć zamiennik, który by wyczerpywał całe jego znaczenie.
    Inaczej ma się sprawa z ulubionym zwłaszcza przez TVN-owskich celebrytów terminem „”zajebisty”. Też jest to słowo brzydkie i o dziwacznej etymologii, ale z powodzeniem można je zastąpić którymś z synonimów: wspaniały , kapitalny , super , obłędny , bombowy , fajny , niekiepski , niesamowity, ekstra , rewelacyjny , wdechowy , szałowy , odjazdowy , odlotowy , wystrzałowy , bajerancki , po byku. Niestety słowo strasznie się rozplenia, szczególnie razi, gdy używają go kilkuletnie dzieci.

  20. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dziękuję za zainteresowanie problemem zaśmiecania języka wulgaryzmami i ożywioną dyskusję na ten temat. Szczególnie cenne były komentarze, które w sposób istotny uzupełniły merytorycznie ten tekst, jak choćby wpis Władysława Łosia i podlinkowany przez niego tekst Antoniny Grybosiowej „Liberalizacja społecznej oceny wulgaryzmów” czy bardzo osobiste spojrzenie polskiego emigranta, który przebywając od półwiecza w Danii przywykł do jednych słów, słuchając rozmów polskich robotników, a innych, nawet mniej odrażająco brzmiących nie akceptuje. Ciekawe też, że w hebrajskim nie ma wulgaryzmów i Izraelczycy używają w tym celu arabskiego. Ważne uzupełnienie mojego tekstu zawarł w swoim drugim wpisie Rafał Kubara. Wiele ciekawych spojrzeń z zagranicy na tę kwestię zawarli komentatorzy we wpisach na Twitterze, m.in. Jan Śliwa, Ufka, Dominika Cosic
    Generalnie ze wszystkich komentarzy przebijała troska o kulturę języka, jedni – tak jak moja siostra, Alina Petrowa czy Barbara Utecht – szukali przyczyn postępującego zjawiska wejścia wulgaryzmów na salony, inni szukali jakichś usprawiedliwień. I niestety wulgaryzmy pojawiają się nie tylko w złości czy innych negatywnych emocjach, ale w zwykłej, żartobliwej, luźnej rozmowie. Przysłuchiwałam się niedawno takiej, gdy co drugie słowo był na „k”, „ch”, „p”… A rozmawiała czwórka studentów, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Śmiali się, żartowali, dobrze się bawili…
    Swoistym post scriptum była moja niedawna rozmowa z pewną nastolatką, uczennicą szkoły podstawowej, która wyznała mi, że wprawdzie sama nie używa wulgaryzmów, ale są tak powszechne, że ją już nie rażą. Dla niej to normalne, nawet gdy tak odezwie się uczeń do nauczyciela czy nauczyciel do ucznia. Zaś kuzynka z Argentyny przyznała, że w ich kraju też upowszechniły się wulgaryzmy, a dawniej tego nie było. Była kiedyś świadkiem, gdy matka zwracała uwagę synowi, by nie używał słowa … (tu padł hiszpański odpowiednik polskiego ch***), ale ona sama często tak go wyzywała. Skądś się to bierze. Dlatego nie mam wątpliwości, że syn owej legendy „Solidarności”, o którym pisałam, też tak będzie mówił jak tato. A może nawet bardziej, choć wydaje się to niemożliwe.

  21. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Analizy tweetów pod kątem używanych wulgaryzmów po przegranym przez Polskę meczu z Kolumbią podjął się Stanisław M. Stanuch. Jej wyniki są zasmucające. Reultat zawarł w tweecie:

    Głębsza analiza tweetów z tylko #POLCOL w godz. od 20 do 23 pokazała, że kibice użyli 71 różnych przekleństw w komentarzach o grze #OrlyNawalki. W chmurze słów jest 70, bo jak się doda najczęściej występujące słowo, to reszta robi się maciupka. #WorldCup

    Tym słowem jest określenie najstarszego zawodu świata. Mnie zasmuciło, że nawet niektóre osoby duchowne nie potrafiły się pohamować.

    Przyszło mi jeszcze do głowy, co by się stało, gdyby wobec manifestantów demonstrujących w Czarnych Marszach czy Paradach Równości zastosować zapisy Art. 141 Kodeksu wykroczeń i wymierzyć wszystkim, którzy na to zasłużyli mandat po 1500 zł? Ale by się wrzask podniósł!

  22. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Ależ ciekawe komentarze pojawiły się ostatnio pod zapowiedzią tego tekstu na Facebooku. Przekonajcie się Państwo sami, podaję linka
    https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1984695761542843&id=100000073168156

Pozostaw odpowiedź Władysław Łoś Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *