Święto Edukacji Narodowej

dzien-edukacji-narodowej

Święto Edukacji Narodowej, znane jako Dzień Nauczyciela, obchodzone co roku 14 października, upamiętnia powstanie w 1773 roku Komisji Edukacji Narodowej. Była to pierwsza, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie, władza oświatowa o charakterze współczesnego ministerstwa edukacji.

kollataj

Jej dziełem była całkowita reorganizacja i reforma szkolnictwa, w tym stworzenie od podstaw systemu szkół średnich oraz powołanie seminariów nauczycielskich przy uniwersytetach, a także opracowanie nowych programów nauczania, wydanie podręczników, w których stworzono polską terminologię naukową fizyki, matematyki, chemii, logiki, gramatyki, wprowadzenie nauczania historii Polski oraz nauczania w języku polskim, zastępując  łacinę.  Dzisiejsze święto, nawiązując do obchodzonej tego dnia rocznicy, powinno być bardziej świętem reformatorów oświaty, niż samych nauczycieli, bardziej świętem Ministerstwa Edukacji, niż pedagogów. Warto przypomnieć, że dopiero w 1972 roku rocznicę powstania Komisji Edukacji Narodowej ustanowiono polskim świętem oświaty i szkolnictwa wyższego, a od 1982 roku, na mocy Karty Nauczyciela ustanowiono Dniem Edukacji Narodowej. Dlatego o nauczycielach w tym dniu pamiętamy, wyrażając im wdzięczność za ich trudną, często niewdzięczną i bardzo odpowiedzialną pracę. W systemie edukacji najważniejszy jest nauczyciel, o czym pisałam, opowiadając o moim doświadczeniu z błyskawicznych korepetycji przygotowujących do egzaminu poprawkowego: http://twittertwins.pl/najwazniejszy-jest-nauczyciel/

gmach

Dziś, z okazji święta, trudno nie pisać o planowanej reformie edukacji, która ma – w założeniu – zahamować proces obniżania poziomu wiedzy uczniów i stworzyć warunki do kształcenia elit. Szlachetne, szczytne cele. Czy jednak zmiany organizacyjne w systemie oświaty, wprowadzane równocześnie z nową siatką godzin i nowymi programami nauczania, a także dostosowanymi do tego nowymi podręcznikami to nie zbyt wiele na raz? Zwłaszcza że szkoły są przez ostatnie dwa dziesięciolecia w stanie permanentnej reformy. Czy obecna okaże się dobrą zmianą? Mam wątpliwości. Dotyczą one kilku kwestii.

Po pierwsze, cofnięcie sześciolatków do przedszkoli. To prawda, że wielu rodziców popiera tę zmianę. Obawiają się, że ich dzieci nie sprostają szkolnym wymaganiom, zwłaszcza w klasie czwartej, gdy nauka zaczyna się na poważnie. Chcieliby, żeby idąc rok później, miały bonus z racji wieku i lepsze stopnie. Zawsze uważałam, że to myślenie infantylne i krótkowzroczne. Lepiej, gdy dziecko ma trudniej w szkole, bo dzięki temu łatwiej mu będzie w życiu. Będzie przyzwyczajone do wysiłku, oswoi się z porażkami, nie rozleniwi. Nie jest dobrze, gdy dziecko w szkole niewiele się uczy, bo już wcześniej umiało to, co przerabiane jest na lekcjach. A czy nie można było znaleźć kompromisu między rodzicami myślącymi tak jak ja, a tymi którzy lękają się o swoje „maleństwa”?

Najlepszym, moim zdaniem, wyjściem byłoby posłanie do szkół sześciolatków urodzonych w pierwszej połowie roku, czyli do końca czerwca, a pozostawienie w przedszkolu dzieci, które przyszły na świat w miesiącach od lipca do grudnia, i rozwiązanie to uczynić obligatoryjnym.

Rodzicom zaś pozostawić prawo wyboru tylko w wyjątkowych okolicznościach potwierdzonych opinią psychologów. Protesty przed posyłaniem do szkoły sześciolatków płynęły przecież przede wszystkim ze strony rodziców tych młodszych dzieci, urodzonych w letnich i jesiennych miesiącach. Ostatecznie rok szkolny nie pokrywa się z kalendarzowym. Moja propozycja pozwoliłaby na złagodzenie zarówno problemu liczebności roczników pierwszoklasistów, jak rozładowanie przynajmniej w połowie przeciążenia przedszkoli. Nie zadowoliłoby to w pełni nikogo, ale częściowo wyszłoby naprzeciw postulatom obu stron. A to przecież istota kompromisu.

Po drugie, likwidacja gimnazjów. Podstawowym argumentem za likwidacją tych szkół był postulat utworzenia czteroletniego liceum ogólnokształcącego, co w konsekwencji oznaczać miało brak miejsca na gimnazjum w systemie edukacji. Nie zgadzam się z tą argumentacją. We Francji funkcjonuje system oparty na czteroletnim liceum, trzyletnim gimnazjum i pięcioletniej szkole podstawowej. Świetne rozwiązanie, w sam raz nadające się do reformy systemu oświaty w Polsce, systemu już opartego na trzystopniowym kształceniu. To, podobnie jak poprzednie, rozwiązanie kompromisowe, bez burzenia dotychczasowego porządku, zwłaszcza że wielu uczniów podstawówki, po skończeniu szóstej klasy kontynuować będzie naukę w gmachu gimnazjum, bo w szkole podstawowej po prostu nie będzie na kolejny rocznik miejsca.

Serce mnie boli, gdy myślę o likwidacji niektórych znakomitych gimnazjów we Wrocławiu tworzących zespoły szkół z renomowanymi liceami ogólnokształcącymi, jak przy piątym czy czternastym LO, gimnazjum Politechniki Wrocławskiej czy znakomitym Salezjańskim Gimnazjum im. Św. Edyty Stein.

Przywrócenie zasady, że gimnazjów nie łączy się z podstawówkami, jak planowali twórcy reformy w 1999 roku, uratowałoby tę ideę. Warto przypomnieć, że zapis zawierający zakaz łączenia szkół podstawowych i gimnazjów, który znalazł się w ustawie przygotowanej przez Mirosława Handkego, wycofała jego następczyni Krystyna Łybacka. Piąta, ostatnia klasa podstawówki, mogłaby być klasą przygotowawczą do gimnazjum, czyli taką, w której pojawia się propedeutyka przedmiotów, takich jak fizyka, biologia i chemia, w czwartej natomiast mógłby pozostać jeden przedmiot zintegrowany obejmujący przedmioty przyrodnicze. Byłoby to stopniowaniem dojrzałości. Ta propozycja to także rozwiązanie kompromisowe, nienaruszające idei powrotu do czteroklasowego liceum ogólnokształcącego i pięcioklasowego technikum. Podobne rozwiązanie proponowała Elżbieta Zborowska (@Zborowska) w komentarzu do tekstu mojej siostry sprzed trzech dni www.twittertwins.pl/co-z-reforma-oświaty/ Warto wspomnieć, że w 90 proc. systemów edukacji na świecie wiek 12, 13 lat jest wiekiem granicznym, w którym oddziela się dzieci od młodzieży. Ośmio-, dziewięcio- czy jak w Rosji dziesięcioletnie szkoły to naprawdę margines. O tym, że gimnazja okazały się sukcesem, przekonuje były rektor Politechniki Wrocławskiej prof. Tadeusz Więckowski. To za jego kadencji powstało renomowane gimnazjum przy Politechnice. Tę opinię potwierdzają badania PISA, którymi objęta jest młodzież kończąca gimnazja (uczniowie muszą mieć skończone 15 lat w roku poprzedzającym badanie). Pierwsze takie badanie wykonano w 2000 roku i było ono swoistą fotografią stanu sprzed wprowadzenia gimnazjów. W 2003 roku, gdy badaniami objęty był drugi rocznik nowoutworzonych gimnazjów, polskim osiągnięciem w badaniu PISA stało się zmniejszenie odsetka uczniów z najniższymi umiejętnościami. Rok 2006 i badania w latach następnych potwierdziły trwałość tych rezultatów.

Po trzecie, rola przedmiotów ścisłych. Wszystkie kraje, w których dokonał się skok cywilizacyjny, związany z innowacjami, postawiły na nauczanie matematyki i fizyki. Tym przedmiotom nadano szczególną wagę. Nie oznacza to, że nie należy troszczyć się patriotyczne wychowanie, w tym o nauczanie historii. Ale, gdy na tym poprzestaniemy, gdy nie stworzymy specjalnego programu nauczania matematyki, wychowamy, owszem,  patriotów, ale takich, którzy będą matematycznymi analfabetami.  „Matematyka potrafi wygrać i wojnę, i pokój” – pisze ekspert od spraw międzynarodowych Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, komentując wyniki Międzynarodowej Olimpiady Matematycznej rozegranej od 6 do 16 lipca w Hongkongu w 2016 roku – Polska drużynowo spadła na miejsce 42. z miejsca 17. zajętego rok wcześniej w Chiang Mai w Tajlandii. W olimpiadzie w Hongkongu uczestniczyło 109 krajów, zatem miejsce 42. znajduje się blisko połowy stawki, czyli światowej przeciętności. Na dziesięciu poprzednich Międzynarodowych Olimpiadach Matematycznych Polska zajmowała średnio miejsce 21. – wynik tegoroczny jest równo dwa razy gorszy. „Głęboki spadek w Hongkongu to cywilizacyjne ostrzeżenie strategiczne dla Polski” – pisze Kostrzewa-Zorbas, który uważa, że:

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie i matematyki umiłowanie

Jego zdaniem bowiem wielką wartość przewidującą to, który kraj będzie rządzić światem, ma stan edukacji matematycznej i stosunek młodych do matematyki w poszczególnych krajach i regionach świata. Odsyłam do jego tekstu na ten temat http://wpolityce.pl/swiat/259679-kto-bedzie-rzadzic-swiatem-chiny-panuja-na-miedzynarodowych-olimpiadach-matematycznych-podczas-ostatniej-zloty-i-srebrny-medale-dla-polski-zdobyli-uczniowie-lo-staszica-w-warszawie  Tymczasem stan edukacji matematycznej pogarsza się. Świadczą o tym nie tylko wyniki egzaminów maturalnych, ale i pozycja Polski w Międzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej. Zamiast podnosić larum, tworzyć jakiś narodowy program nauczania matematyki, mobilizować zespoły eksperckie, jest cisza. Boję się tej ciszy, obawiam się, że reformatorzy, którzy są humanistami, nie dostrzegają zagrożeń. Zagrożeń cywilizacyjnych.

W procesie nauczania najważniejszy jest nauczyciel. Nauczyciel z powołania, nauczyciel z pasją może zrekompensować chaos organizacyjny, programowy, zastąpić kiepskie podręczniki. To nauczyciel potrafi wskrzesić zainteresowania, zarazić pasją, nauczyć wytrwałości. Dziś wspominam moich nauczycieli, którzy – mimo wszystkich ułomności PRL-owskiego systemu edukacji – nauczyli mnie ciekawości świata, radości zdobywania wiedzy. I nie zrazili do żadnego przedmiotu. Dziękuję im za to, podobnie jak przed rokiem dziękowała moja siostra http://twittertwins.pl/nauczycielom-w-dniu-ich-swieta/

Wspominając dziś moich nauczycieli, nie mogę pominąć milczeniem problemu kiepskiego przygotowania do zawodu. Z badania Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że co piąty nauczyciel matematyki w podstawówce sam ma problemy z tym przedmiotem.

Aż strach pomyśleć, że ci nauczyciele będą uczyli dzieci o dwa lata dłużej. To mogą być dwa dodatkowe stracone lata dla 20 proc. uczniów.

Dodatkowo, nauczyciele klas początkowych, najczęściej absolwenci pedagogiki, rzadko mają predyspozycje matematyczne, często bowiem niechęć do matematyki zadecydowała o takim, a nie innym wyborze zawodu. Pisała o tym moja siostra w artykule „Kto ma szczęście do matematyki” http://twittertwins.pl/kto-ma-szczescie-do-matematyki/

Pani Minister zdaje się nie dostrzegać tego problemu, neguje tezę o negatywnej selekcji do zawodu nauczyciela i nie planuje żadnych głębszych zmian, oprócz waloryzacji wynagrodzeń i doskonalenia zawodowego nauczycieli już pracujących w szkołach. Odsyłam do wywiadu, publikowanego w nr. 41 tygodnika „DoRzeczy”, który z minister Anną Zalewską przeprowadziła Agnieszka Niewińska.

Sławna Komisja Edukacji Narodowej, której rocznicę powołania dziś świętujemy, zadbała o kształcenie nauczycieli – do stworzonego od podstaw szkolnictwa średniego kadry przygotowywały utworzone przy uniwersytetach kolegia nauczycielskie.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

14 komentarzy

  1. elzbieta314@gmail.com' Elzbieta Zborowska pisze:

    W 100% zgadzam sie z propozycjami zawartymi w powyższym tekście.
    Dodam tylko,ze nie potrzeba nowych instytucji doskonalenia . Jest ich wiele, a nauczyciele,to jeden z nielicznych zawodów, który permanentnie sie dokształca. A nauczyciele gimnazjum w szczególności / wiem po sobie- sama dokształcałam siebie i dokształcałam innych/.
    Jesli chodzi o instytucje kształcące nowych nauczycieli, to najlepsze były SNy, WSN- i i zlikwidowane juz ColegiaNauczycielski, gdzie studenci mieli wiele zajėc praktycznych w szkołach./ pisze o swoim przedmiocie- j.polskim/. Polónistyka uniwersytecka przeładowana była historia i teoria literatury.Jedynie co przydało mi sie w pracy- to znajomość gramatyki wyniesionej ze studiów. Zajęcia praktyczne i prowadzenie lekcji rowniez było, ale w zbył małym stopniu. Nikt nie przygotował nas studentów do pracy z uczniem trudnym, słabym i ze specyficznymi problemami.. Do wszystkiego doszłam sama przez lata pracy i nabywanie doświadczenia.

  2. katarzyna.walus@onet.pl' Katarzyna Waluś pisze:

    Nic nie zastąpi pasji bo pasjonat może Więcej..jeżeli chodzi o sześciolatki to w moim przypadku chodziło o przedłużenie dzieciństwa bo szkoła podstawowa oznacza zasypanie ucznia sporą ilością zadań i nauki ..przeskok z klasy 3 do 4 jest ogromny czasami potrzeba czasu aby uczeń się odnalazł w gąszczu nowych zadań..np. analizy wierszy czy lektury już bardziej zaawansowany ..Ważna jest opinia psychologa mówiąca o stanie rozwoju umysłu, funkcji motorycznych i zdolnościach dziecka co do konkretnych przedmiotów…Natomiast zarówno humaniści jak i matematycy są potrzebni ! po co niepotrzebny konflikt i podział na lepszą czy gorszą Wiedzę ?

  3. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Uważam, że każda decyzja rządu w sprawie reformy edukacji powinna uwzględniać podane przez autorkę argumenty, wówczas zachowany zostanie prawdziwy kompromis na poprawę edukacji. A co obserwujemy? Że każdą decyzję łatwo można zmienić, kiedy sprzyja klimat polityczny. Te ciągłe zmiany nie służą nikomu. Sądzę, że likwidowanie gimnazjów nie zlikwiduje prawdziwych problemów edukacji. Przywołanej minister Krystynie Łybackiej chyba zabrakło konsekwencji, a może utrzymanie techników nie było błędem? Jednak licea profilowane w obecnym kształcie, które nie są ani szkołą zawodową, ani ogólnokształcącą okazały się niestety fiaskiem. W całej reformie ważny jest także system awansu zawodowego, który tak naprawdę służy tylko formalnie do zawarcia umowy o pracę, a nie ma nic wspólnego z rozwojem zawodowym mam tutaj na myśli następujące szczeble /nauczyciel stażysta, kontraktowy, mianowany, dyplomowany/. Same założenia reformy wg. mnie są słuszne, ale pośpiech w tym względzie nikomu nie służy.

  4. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Odniosę się do rozstrzygniętej już ustawą, ale wciąż stwarzającej problem, sprawy wieku obowiązku szkolnego. Swego czasu wzbudzała wiele emocji, a inspirowane m.in. przez państwa Elbanowskich protesty, skutkowały inicjatywą obywatelską i w konsekwencji przesunięciem o rok obowiązku szkolnego. Aby zachęcić rodziców do wcześniejszego posłania dzieci do szkoły stosowano wiele zachęt, m.in. samorządy otrzymywały pięciokrotnie wyższą subwencję na dziecko w szkole niż w przedszkolu, zakazano nauczania czytania i liczenia w zerówkach, a w konsekwencji program klas I–III dostosowano do dzieci młodszych. Mam wnuki, oglądam ich podręczniki, więc wiem, o czym mówię. Obecnie dzieci poszły o rok później do szkoły, ale program dla sześciolatków pozostał. Tak to jest, gdy zmienia się jedno, nie ruszając drugiego. Inna sprawa, że protesty rodziców nie dotyczyły programu nauczania, z którym dziecko nie potrafiłoby sobie poradzić, a raczej logistyki i opieki nad nim w czasie poza lekcjami. Bo szkoła, to dla rodziców pracujących problem – długie wakacje, a urlop krótki, przeładowane świetlice-przechowalnie, gdzie dzieci marnują czas. Na Zachodzie, na który się tak powołujemy, np. we Francji, dziecko w szkole przebywa do 17.00. Tam je posiłki, wychodzi pod opieką na podwórko, ma zajęcia pozalekcyjne itp. Czas zagospodarowany. W Polsce tego rodzaju opiekę zapewniają przedszkola. I dlatego rodzice wolą dzieci zostawić dłużej w przedszkolnych zerówkach, choć w większych miastach jest inaczej (40–60 proc. sześciolatków trafia do szkół). Przy pozostawieniu wyboru rodziców trudno jest skonstruować program odpowiedni dla siedmiolatków (wcześniej przygotowanych w zerówkach, umiejących czytać, liczyć do 20, pisać drukowanymi literami, pisać cyfry) i dla sześciolatków równocześnie. Dowolny wybór rodziców nie jest dobrym rozwiązaniem.

    • mail@mywebsite.pl' TesTeq pisze:

      Różnica między Państwem Elbanowskimi a urzędnikami MEN była taka, że Państwo Elbanowscy walczyli o SWOJE (jakkolwiek byśmy identyfikowali ich interes), a MEN od 8:00 do 16:00. W Polsce politycy i urzędnicy nie mają zielonego pojęcia o teorii i praktyce wprowadzania zmian – nie nakazem, ale perswazją.

  5. m.porebska@interia.pl' Małgorzata Porębska pisze:

    Zabieram głos bardziej od strony rodzica, bo nie czuję się kompetentna aby wypowiadać się na temat kształcenia nauczycieli czy programu szkolnego.
    W moim i moich znajomych odczuciu, obowiązkowa nauka dla 6-latków nie do końca została dopracowana. O ile można dyskutować czy każdy 6-latek kwalifikuje się do nauki w szkole o tyle bezspornym jest, że szkoły nie są dobrze przygotowane na ich przyjęcie. Zapomniano chyba o tym, że dla tych jeszcze małych dzieci szkoła jest nie tylko pełni rolę edukacyjną ale także opiekuńczą. Duży odsetek dzieci jest zmuszonych do korzystania ze świetlicy. A tam ilość dzieci jest ogromna, warunki kiepskie. Szczególnie dokuczliwe jest przebywanie w świetlicy przed lekcjami (nauka na II zmianę), które jest dość uciążliwe a następnie aktywne uczestniczenie w lekcjach. Czy 6-latek jest na tyle dojrzały aby bez szwanku przyjąć tak dużą ilość bodźców w tak długim czasie? Mamy co do tego wątpliwości.
    Odnośnie podziału nauki na okres podstawowy, gimnazjalny i liceum to myślę, że lepszą wersją byłaby ta aby szkoła podstawowa i gimnazjum mieściły się w tym samym budynku aby była ciągłość nauki w tym samym gronie. Przegrupowywanie dzieci w ranliwym (w moim odczuciu) wieku nie jest korzystne dla rozwoju społecznego dziecka. W okresie dzieciństwa bardzo ważna jest ciągłość, stabilizacja itp. Sam rozwój dziecka, fizyczny i psychiczny, dostarcza różnych problemów, że one same wystarczą i dodatkowych zmian chyba nie trzeba.
    Reformy w naszym kraju, w tym edukacyjna, przebiegają w kierunku „dużo i najtaniej jak się da”. I chyba nie do końca jest to dobry kierunek. Oszczędzać trzeba ale nie kosztem jakości. Tylko kto ma stać na straży tej jakości?

    • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

      Właśnie na te aspekty, związane z wcześniejszym obowiązkiem szkolnym, zwracałam uwagę, o których pisze Małgorzata Porębska. Dziecko po trzech lekcjach idzie do świetlicy (często przepełnionej do granic możliwości, w której panuje niewyobrażalny hałas, a często też przed lekcjami, gdy chodzi na drugą zmianę). To nie tylko całkowicie zmarnowany czas, ale zmęczenie, znużenie i nadmiar bodźców. To z tego powodu rodzice protestowali i woleli dzieci później posłać do szkoły, a nie z powodu zbyt wysokich wymagań czy umywalek umieszczonych za wysoko. Pozostaje problem, o którym już pisałam, programu niedostosowanego do starszych, siedmioletnich dzieci i – co uważam za istotne – brak ocen w klasach I–III. Same pochwały i wpisy w dzienniczku nie wystarczą. Ocena jest informacją i ma rolę mobilizującą. Bezstresowa nauka i bezstresowe wychowanie przynosi fatalne skutki. Jeśli za brak zadania domowego, brak przygotowania nie będzie oceny niedostatecznej, to wszystkie te smutne buźki czy uwagi wypisywane w dzienniczku niewiele pomogą. Szkoła musi być na poważnie .

  6. Maria Wanke-Jerie pisze:

    Przepełniona świetlica i hałas jest tak samo męczący dla dziecka sześcioletniego, jak i siedmioletniego. W mojej propozycji to różnica tylko pół roku. Zatrzymanie dziecka w przedszkolu to nie jest rozwiązanie problemu przepełnionej świetlicy, to kwestia organizacji opieki w samej szkole, w co mogą i powinni ingerować rodzice. Widziałam szkołę, w której na potrzeby świetlicy zaadoptowano część korytarza, podzielono pomieszczenie przepierzeniami na kilka mniejszych. Dzieci zajęte były grami planszowymi, cichą zabawą. Można bez wielkich środków, wystarczy odrobinę pomysłowości i dobrej woli.

  7. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Spotkać na swojej drodze takich nauczycieli jak Panie @TTwins777, być zaszcyconym Pań uwagą i korygowaniem braków/niedociągnięć nawet mimo braku naturalnych zdolności, to jak wygrana w totka.Z uczeniem się jest tak że jak po drodze czegoś zabraknie to dalej się nie pójdzie.Tak wiele zależy od uczących.Tak mało/wiele od uczących się,szczególnie na początku drogi.

  8. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Reforma wprowadzająca gimnazja przede wszystkim zdewastowała kształcenie ponadgimnazjalne. Grzegorz Osiecki w 2012 roku pisał na łamach Dziennika Gazety Prawnej: „Z ewaluacji, jaką przeprowadziły w różnych rodzajach szkół kuratoria i którą opisywał DGP, wynika, że gimnazja to najsłabsze ogniwo w łańcuchu polskiej edukacji. Problemem jest nie tylko rosnąca agresja uczniów, lecz także to, że zamiast się uczyć nowych rzeczy, zapominają to, co już dawno powinni wiedzieć. Do tego jednym z podstawowych postulatów było upowszechnienie wykształcenia ponadgimnazjalnego, co osiągnięto, obniżając poziom matury, dzięki czemu możemy pochwalić się największym w Europie odsetkiem osób z wykształceniem średnim. Z perspektywy czasu największym błędem reformy jest marginalizacja szkolnictwa zawodowego.” Tyle cytat.
    W konsekwencji zamiast po gimnazjum uczyć się zawodu, uczniowie masowo podejmowali naukę w ogólniakach, zdawali maturę na coraz niższym poziomie i tacy słabi intelektualnie, niedouczeni trafiali na wyższe uczelnie. Część z nich wracała do szkół jako nauczyciele. Koło się zamyka. Błędne koło.
    Punktem wyjścia dla naprawy systemu było przywrócenie czteroletniego liceum (lub pięcioletniego technikum) i utworzenie od podstaw dwustopniowych szkół branżowych, czyli odbudowa szkolnictwa zawodowego.
    Przywołany w tekście model 5 + 3 + 4(5) wydaje się teoretycznie najwłaściwszy. Sęk w tym, że w praktyce wprowadzenie go mogłoby nie być takie łatwe. Przywołane w tekście zniesienie przez minister Krystynę Łybacką zakazu łączenia podstawówek z gimnazjami nie wynikał bynajmniej z chęci torpedowania reformy Hankego, ale z praktycznych uwarunkowań. Prawie połowa gimnazjów powstała w tym samym budynku, co szkoła podstawowa, tylko osobna dyrekcja, sekretariaty itp. Oddzielne byty organizacyjne to fikcja. Tworzenie zespołów szkół, gdy nie było innych warunków, wydawało się naturalne, optymalne i oszczędne. Ośmioklasowa podstawówka w takim wypadku to będzie ta sama szkoła z krótszą tylko o jedną klasę nauką. Model 5 + 3 + 4 w tych przypadkach de facto oznacza to, co jest planowane. Oczywiście, że szkoda dobrych gimnazjów. Ale kadrę i wypracowane metody można będzie zagospodarować. Mam nadzieję, że tak się stanie.

  9. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Zmiesienie zakazu łączenia gimnazjów ze szkołami podstawowymi wynikał z oszczędności, drogi na skróty i nierozumienia idei tej reformy. Wypaczyło to założenia twórców. Badania PISA potwierdzają odwrotną tezę, wprowadzenie trzystopniowego kształcenia podniosło znacząco poziom piętnistolatków. System piecioletniej szkoły podstawowej, trzyletniego gimnazjum i czteroketniej liceum jest wyjściem kompromisowym – pozwala zrealizować podstawowy postulat, czyli przywrócenie czteroletniego liceum i pięcioletniego technikum a nie niszczy dorobku gimnazjów. Jak chcemy kształcić elitę utrzymajmy renomowane gimnazja, twórzmy nowe, reformujmy ten system, a nie dewastujmy. Kształcenie razem dzieci o różnym poziomie aż do klasy ósmej to marnowanie talentów. Przy likwidacji dobrych gimnazjów zagospodarowanie kadry i jej metod jest czystą iluzją. Rozproszy się i zmarnuje potencjał. Tworzenie na wsiach szkół czteroketnich jako filii pełnych szkół podstawowych, do których kierowane będą dzieci, to subsytut idei gimnazjów (dzieci także, tyle że rok wcześniej znajdą się w niwym środowisku). Dotyczy to 30 proc. szkół.

  10. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dyskusja o reformie oświaty na blogu powoli wygasła, a tak naprawdę dopiero dziś, 16 października, pojawiły się na stronach MEN szczegółowe informacje o tym, jak nowe prawo oświatowe ma wyglądać. O ile zmiany organizacyjne nie są niespodzianką, choć na stronie https://men.gov.pl/ministerstwo/informacje/reforma-edukacji-prezentacja-projektow-ustaw.html
    więcej szczegółów, o tyle ramowe plany nauczania mogą niepokoić. Są one dostępne pod adresami:
    – dla szkół podstawowych:
    https://men.gov.pl/wp-content/uploads/2016/10/szkola-podstawowa-2.pdf
    – dla liceów:
    https://men.gov.pl/wp-content/uploads/2016/10/lo-2.pdf
    Z jednej strony poczułam się uspokojona, że nauczanie zintegrowane w klasie IV szkoły podstawowej oznacza pozostawienie przedmiotu przyroda (notabene obecnie takie zintegrowane nauczanie jest jeszcze w klasach V-VI), ale z drugiej – martwi marginalizowanie matematyki i przedmiotów ścisłych w liceum. Jeśli na poziomie podstawowym wymiar godzin z matematyki wynosi po 3 godz. tygodniowo w klasach I i III oraz po 4 w klasach II i IV, a na poziomie rozszerzonym po 5 godz., to nie jest to wystarczające. Z fizyką i chemią jest jeszcze gorzej – po jednej godzinie w klasach I–IV na poziomie podstawowym (gdy rozszerzony to po 3 godz. tygodniowo przed dwa lata i po 2 godz. przez kolejne dwa). Wymiar godzin z informatyki jest zredukowany do jednej godziny tygodniowo w klasach I-III. Na poziomie rozszerzonym dochodzi 6 godzin w rozliczeniu czteroletnim. Czy naprawdę chcemy wykształcić matematycznych i cyfrowych analfabetów?
    Pamiętamy głodówki w obronie nauczania historii? Fizycy też się wówczas odezwali, gdy program licealny był okrawywany.
    Czy teraz podobnie trzeba będzie głodować w obronie matematyki i przedmiotów ścisłych?

    • agwart@tlen.pl' agwart pisze:

      Z fizyką, chemią i informatyką na poziomie podstawowym i tak będzie chyba lepiej niż przy obecnym programie gimnazjum+liceum . Zwykły mat-fiz w liceum w tej chwili w I klasie kończy z chemii i informatyki program gimnazjum w I klasie i przez następne 2 lata do matury nie ma z tym styczności.

  11. Artykuł poruszył różne kamyczki i w rezultacie ruszyła lawina wspomnień, poniekąd w duchu retrospekcyjnego charakteru tej jubileuszowej analizy. Pierwszy ‚kamyczek’, czyli pytanie, jak zachować trzystopniowy system, nie wydłużając jeszcze bardziej sumarycznego czasu edukacji, odesłał mnie do czasów bardzo odległych, czyli do mojej własnej ósmej klasy. Czy ktoś pamięta dziś jeszcze, skąd ta ósma klasa w ogóle się u nas wzięła? Niewiele wcześniej polskie dzieci uczyły się w schemacie 7+4, który wydawał się, na owe czasy, w miarę spójny i funkcjonalny. Nie przystawał jednak do tego, co obowiązywało za wschodnią granicą, ktoś postanowił więc zrobić pierwszy krok w kierunku radzieckiej ‚dziesięciolatki’, dokładając na początek ósmą klasę. Później wiatr historii powiał widocznie z innego kierunku, bo ta pierwsza za mojej pamięci reforma edukacyjna na tym się zakończyła. Ósma klasa miała pozostać w naszej oświacie ‚Piłatem w credo’, wtrętem nieprzystającym do całej reszty, na zagospodarowanie którego nikt nie miał dobrego pomysłu. Który uwierał, bo egzamin dojrzałości rozjechał się od tego momentu z faktyczną dorosłością, owocując masą kłopotów związanych z goszczeniem przez rok w szkolnych murach ludzi dorosłych, mających inne prawa niż nieletni.
    W podstawówce ósma klasa stała się wylęgarnią patologii, tym bardziej, że merytorycznie niewiele się działo, bo wszystko co powinno wydarzyło się już wcześniej. Nudny, jałowy rok rutynowych powtórek, w którym rozwój intelektualny zdecydowanie oddawał pole fizycznemu, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Rok, przed którym co ambitniejsza młodzież starała się uciec wszelkimi furtkami, jakie tylko się pojawiły. Gdyż ten nie służący niczemu przeszczep z innego organizmu okazał się – jak na rasową prowizorkę przystało – jednym z najtrwalszych elementów systemu, który pokolenia późniejszych reformatorów podawały sobie dalej, niczym pałeczkę, której nie wolno po żadnym pozorem upuścić.
    Nie upuszczono jej przy wprowadzaniu gimnazjów, choć to właśnie pragnienie ucieczki przed ósmą klasą było pierwszym impulsem w kierunku gimnazjalnej reformy. Jako pierwsze ‚nogę w drzwi’ uczyniły wszak renomowane licea, tworząc coś w rodzaju klas ‚zerowych’, do których rekrutowano zdolną młodzież po 7 klasie podstawówki. Taka klasa, utworzona przy wrocławskiej ‚czternastce’, pokazała dobitnie, ile można zdziałać przez jeden rok, pracując z odpowiednio zmotywowaną, zdeterminowaną młodzieżą i mając pomysł, jak ten czas dobrze wykorzystać. Doświadczyła tego moja córka, dla której rok ten był wstępem do nauki w klasie bilingwalnej, a intensywna nauka angielskiego, w ciągu tego jednego roku, uczyniła z niej faktycznie osobę dwujęzyczną. Ta ‚zerówka’ okazała się zalążkiem znakomitego gimnazjum 49, do którego uczęszczał później mój syn. Ja z kolei zdobywałam pierwsze nauczycielskie ‚ostrogi’ w gimnazjum społecznym, będącym częścią wrocławskiego Zespołu Szkół Społecznych nr 1 (dzisiejsza ‚Ekola’), którego powstanie, również wyprzedzające gimnazjalną reformę, jest jeszcze jednym dowodem, że reforma owa była odpowiedzią na oddolną, społeczną potrzebę, a nie projektem przywiezionym (jak ósma klasa) w ministerialnej teczce.
    Gdyby wówczas ową pałeczkę upuszczono, zamiast podawać ją dalej, można było wprowadzić gimnazja i równocześnie uratować czteroletnie liceum, a system analogiczny do francuskiego, osadzony na rodzimym fundamencie, funkcjonowałby już u nas od 15 lat.
    Obniżenie wieku szkolnego mogłoby się wówczas dokonać w sposób nieinwazyjny, poprzez stopniowe obejmowanie starszych lat przedszkola subwencją edukacyjną i ściślejsze integrowanie ich z programem szkolnym. Matematyczny potencjał, jaki reprezentowało dawne, czteroletnie liceum, nie uległby degradacji, a równie ważny w nauczaniu tego przedmiotu etap przedszkolny zyskałby szansę na modernizację z prawdziwego zdarzenia.
    Bo powiedzmy sobie szczerze, z nauczaniem matematyki nigdy nie było dobrze. Nawet wówczas, gdy było o wiele, wiele lepiej niż teraz. Ale to już chyba temat na osobny artykuł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *