Stryj Leonard


Dziś przypada szósta rocznica śmierci naszego stryja Leonarda Wanke, który zmarł tuż po północy w swoim ukochanym domu w Ranelaghu pod Buenos Aires, nazajutrz po swoich setnych urodzinach, zatem wczoraj była 106. rocznica jego urodzin. Brat naszego (mojego i mojej siostry) Ojca spędził większość swojego życia na emigracji w Argentynie. Pierwszy raz od wojny, która rozpoczęła jego tułaczy los, przyjechał do Polski dopiero w 1994 roku – jako uczestnik bitwy pod Monte Cassino był bowiem na uroczystościach 50-lecia, a z Włoch do Ojczyzny już miał niedaleko. Polskę kochał taką samą miłością jak nasz Ojciec, sentymentalną i głęboką, powiększoną o tęsknotę. Nostalgia to choroba większości emigrantów tamtego pokolenia. Był postacią niebanalną, dlatego go przypominamy.

Leonard Wanke przyszedł na świat 17 września 1912 roku we Lwowie, jako czwarte dziecko Leonarda i Julii Wanke. Data jego urodzin (przynajmniej dzień i miesiąc) łatwo zapadała w pamięć, kojarzyła się bowiem z 1939 rokiem i agresją Związku Sowieckiego na Polskę. Stryj Leonard urodził się dwa lata przed rozpoczęciem I wojny światowej i jego wczesne dzieciństwo przypadło na wojenny czas, który we Lwowie były dla cywilnej ludności przede wszystkim okresem głodu i niedostatku. Pamiętam wspomnienia naszego Ojca, starszego od brata o sześć lat, który opowiadał jak to z kolegami chodzili po piwnicach w poszukiwaniu kawałków słoniny umieszczonych w łapakach na myszy – dla wygłodniałych chłopców były one przysmakiem. A mały Leonard, zwany w rodzinie Nuśkiem, głodował pod opieką niani, która nierzadko zabierała przeznaczone dla niego jedzenie do swojego domu dla własnych dzieci. Niedożywienie we wczesnym dzieciństwie dało o sobie znać – Leonard był z czwórki rodzeństwa najmniej wyrośnięty, a nieleczony zez spowodował, że nie widział na jedno oko. Nie przeszkadzało mu to bardzo dobrze się uczyć i choć starsi bracia dorównywali mu zdolnościami, on był najpilniejszy i najbardziej pracowity, dlatego osiągał najlepsze wyniki w nauce. W opowiadaniach babci nasłuchałyśmy wiele o Nuśku, jaki był grzeczny, posłuszny i dobry. Był z całą pewnością chowany z mniejszą surowością niż starsze dzieci, a dla mamy, a naszej babci, był „oczkiem w głowie”. Mimo tego między naszym ojcem a Leonardem wytworzyła się szczególna więź, przyjaźń, a nawet wspólnota ducha. Był to czas kiedy studiowali na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Leonard wybrał medycynę, którą ukończył kilka lat przed rozpoczęciem wojny. Zdążył jeszcze zrobić przed wojną doktorat.

Najmłodszy z dzieci to Stryj Leonard

Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa Leonard próbował przedostać się przez zieloną granicę do Rumunii, ale został zadenuncjowany i aresztowany przez Sowietów na początku 1940 roku. Podzielił los wielu polskich zesłańców na Syberię. Pamiętam jedno jego opowiadanie z tamtego czasu, które dało mi dużo do myślenia. Otóż więźniów, wśród których był Stryj Leonard, wywieziono daleko na północ w pobliże najbardziej oddalonej stacji kolejowej już za kołem podbiegunowym, gdzie dowożono żywność dla okolicznych mieszkańców. Więźniów zatrudniono do przeładunku towarów. Stryj usłyszał wówczas od jednego z  enkawudzistów: „Chciałem tu mieć Polaków, bo Polacy nie kradną”. Piękne, prawda? Nie kradli, choć jak muchy jeden po drugim umierali z głodu. Stryj, jako niewysoki i drobny, łatwiej zaspokajał niewielkimi porcjami jedzenia potrzeby swojego organizmu. Przeżył. Stamtąd trafił do armii generała Andersa, z którą przedostał się do Palestyny. W transporcie do armii Andersa poznał swoją przyszłą żonę, która była pielęgniarką z Tarnopola i także trafiła na zesłanie. Leonard Wanke brał udział w bitwie o Monte Cassino, a z żoną i córką, która urodziła się w Palestynie, spotkał się ponownie dopiero w Anglii.

– Rodzice nie chcieli tam zostać, bo obawiali się, że lada moment wybuchnie III wojna światowa. Do Polski rządzonej przez komunistów też nie chcieli wracać. Stąd wziął się pomysł wyjazdu do Argentyny. Ale początkowo ojciec nie mógł pracować w zawodzie, bo władze nie chciały mu nostryfikować dyplomu, dlatego zatrudnił się w zakładzie stolarskim – wspomina jego córka Magdalena, która już urodziła się w Argentynie, jest lekarzem weterynarii, emerytowanym profesorem Uniwersytetu w Buenos Aires.

Stryj Leonard nostryfikować musiał nie tylko dyplom lekarza, ale też maturę – zdawał m.in. egzamin z języka hiszpańskiego i historii Argentyny. Pomogły mu jego zdolności i niezwykła pracowitość. W końcu dostał pracę w głównym instytucie rakowym, gdzie pracował jako lekarz i był bardzo ceniony. Cieszył się także autorytetem w środowisku polonijnym, był poważany i szanowany.

Wojna rozdzieliła braci, tzn. naszego Ojca i Stryja Leonarda. Pamiętam, że gdy przychodził od niego list w takiej charakterystycznej cienkiej kopercie z obwódką w biało-niebieskie paski w domu było święto. Ojciec czytał go na głos, razem oglądaliśmy zdjęcia, które czasem były dołączone do listu. Bracia nigdy się już nie spotkali.

Gdy ja i moja siostra byłyśmy dorosłe zaczęłyśmy same korespondować ze Stryjem Leonardem. Miał literacki talent, pisał pięknie i niebanalnie.

Swój talent wykorzystał w zaskakujący sposób – napisał dwie książki poświęcone historii Polski, które przetłumaczone zostały na język hiszpański. Wydał je za własne pieniądze i rozdawał wśród argentyńskich przyjaciół. Chciał w ten sposób spopularyzować wiedzę o swojej ukochanej Ojczyźnie, za którą nie przestawał tęsknić.

Przyjechał do Polski w 1994 roku i wtedy ja i siostra po raz pierwszy go zobaczyłyśmy. Pamiętam jak dziennikarze, którym udzielał wywiadów, zachwycali się jego nienaganną polszczyzną. Obie jego córki także biegle mówią po polsku, w ich domu zawsze mówiło się tylko w ojczystym języku.

Do Argentyny ja i siostra pojechałyśmy dopiero w 2011 roku. Odwiedziłyśmy Stryja w jego domu w San Isidro, gdzie zamieszkał ze swoją drugą żoną Marią Świerczewską, którą poślubił po śmierci swojej pierwszej towarzyszki życia i matki jego córek.


Stryj Leonard razem z nami przed wejściem do domu w San Isidro

Na eksponowanym miejscu w salonie umieszczony był Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej za zasługi w popularyzowaniu polskiej historii, działalność na rzecz krzewienia polskości i kształtowania postaw patriotycznych. Cieszył się tym odznaczeniem, które niedługo przed naszym przyjazdem odebrał w Ambasadzie Polskiej w Buenos Aires podczas specjalnej uroczystości jemu poświęconej. Niespodzianką dla nas, szalenie miłą, było to, że w jego gabinecie wisiały nasze portrety (zdjęcia oprawione w ramki), a także fotografie naszego Ojca, jedna w profesorskiej todze. Nawet nie zdawałyśmy sobie sprawy jak nami się cieszył i był z nas dumny. Jak więzy rodzinne były dla niego ważne i jak wielką krzywdą była przymusowa rozłąka.


Stryj Leonard dożył stu lat. Zmarł w swoje urodziny, które były szczególnie uroczyste. Rano Msza św. a potem obiad w gronie rodziny i przyjaciół. Po posiłku położył się na drzemkę… I już się nie zbudził. Zgon nastąpił już po północy. Od tego czasu minęło sześć lat.

Odpoczywaj w pokoju Stryju Leonardzie!

* * *

Siostrzenica naszego Stryja, a nasza kuzynka Krystyna Rodowska, znana poetka, z okazji setnej rocznicy urodzin swojego Wuja, a naszego Stryja Leonarda, napisała wiersz:

Jubilat

Wuj Leonard(o) po raz pierwszy

zawitał do kraju po blisko półwieczu

prosto ze zlotu weteranów bitwy pod Monte Cassino

(gdzie jako lekarz bardzo był potrzebny).

Jego pierś wygwieżdżona jak niebo

lśniła od medali za wojenne zasługi.

Przy kuchennym stole

zajadał ze smakiem postny chleb z musztardą

(otwierały się w nim zapewne tamte głody

z łagru pod kołem podbiegunowym nad Peczorą).

W listach podpisywał się zawsze „Leonardo”.

Jakby hiszpańską końcówką imienia

chciał odwdzięczyć się ojczyźnie Borgesa,

Cortazara i Astora Piazzoli (choć ani ich czytał

ani słuchał; z daleka trzymał rękę na pulsie Rosji,

po hiszpańsku rozpisał się o historii Polski

tylko po to, by w kraju generałów-katów

przestrzegać młodzież przed widmem komuny).

Wuj Leonardo sięga mi ledwie do ramienia,

jest prawie głuchy, do niedawna dreptał

dziarsko po cichych uliczkach San Isidro

(jedenaście lat temu wskakiwał samodzielnie do pociągu

i wyskakiwał na osławionej – przez Gombrowicza –

stacji metra Retiro w Buenos Aires).

W wieku osiemdziesięciu dwóch lat

on – lekarz „tradycyjny” nauczył się akupunktury

i ożenił po raz drugi, w trzy miesiące po

odprowadzeniu pierwszej ślubnej na cmentarz.

Nie chciał czekać, miał wielki apetyt na życie,

(„martwię się tobą – pisał nieraz –

powinnaś mieć męża lub chociaż kochanka”).

Wuj Leonardo za parę dni skończy

dziewięćdziesiąt dziewięć lat, zawsze uprawiał

tybetańskie ćwiczenia na długowieczność,

widać z dobrym skutkiem i pływał,

pływał w morzu, w basenach lub w stosie gazet,

i niedoczytanych listów, a najchętniej

wygrzewał się godzinami niczym jaszczur,

jakby chciał oddać się słońcu a nie ziemi.

Nadmiar słońca krwią teraz wylewa się z oka

jedynego, które cokolwiek jeszcze widzi.

Jubilat nieźle sypia, jest zadbany

(w domu służąca Paragwajka), żyje

w swoim świecie, w pejzażach wymyślanych

w nieskończoność wariantów wspomnień znad Peczory,

z Iranu, Iraku, Włoch , wreszcie Anglii  i

„wybiera się do stu lat”, jak skwitowała

w niebanalnej polszczyźnie Maria, sporo młodsza żona,

która jubileuszu nie doczekała

Życzyć mu stu pięciu, stu dziesięciu?

Czy spotkania w zaświatach wiersza?

                                                                        Sierpień 2011

 

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

10 komentarzy

  1. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Pięknie opisana osobowość tego „niezwykłego” człowieka małego wzrostem, ale jakże wielkiego duchem i osiągnięciami. Miał w sobie otwartość na świat i prawdziwy głód wiedzy mimo tylu licznych ograniczeń. Widząc coraz słabiej pragnął wiedzieć coraz więcej. Nie stwarzał barier, które przez całe swoje życie musiał jednak sam pokonywać. Cieszył się po prostu życiem i tym, co posiada. Widać, że nie był z tych, co to marzą o pierwszych miejscach. Skupiał się na swoich możliwościach, a nie tracił sił na koncentrację na skromne warunki, w jakich przyszło mu egzystować. Na szczególną uwagę zasługują opisane w tekście, jak ważne są nasze relacje z rodziną, a ja chciałabym umieć tak, jak Wasz stryj Leonard! To prawda, że śmierć przypomina o sobie przychodząc czasem nagle po kogoś, kogo się znało, kochało, a wszystko w naszym życiu naznaczone jest śmiercią i jedynie myśl o kruchości własnej egzystencji każe nam żyć pełnią życia i godności, jaką przeżył stryj Leonard. Zatem chciałoby się powiedzieć: ” nie marnujmy czasu…”

  2. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Tak naprawdę, gdy zobaczyłam naszego Stryjka po raz pierwszy w 1994 roku, zdałam sobie sprawę jak silne są więzy krwi. Znaliśmy się przecież tylko z listów, opowieści i kilku rozmów telefonicznych, a czułam, że to ktoś bardzo, bardzo bliski.
    Niełatwe miał życie – tułaczka, mozolne, wytrwałe utrzymywanie rodziny i – tak jak napisała Krystyna – apetyt na życie.
    Wciąż mam w pamięci brzmienie jego głosu, uśmiech…
    O komunistach zwykł mawiać: „byliby w porządku, gdyby nie robili trzech rzeczy: nie kradli, nie kłamali i nie mordowali”. Celne.
    To odznaczenie, które w lipcu 2010 roku miał wręczone w Ambadadzie w Buenos Aires, sprawiło mu wielką radość. Cieszył się, że polskie władze go doceniły, o nim pamiętały.
    Umierał w otoczeniu bliskich, rodziny i przyjaciół. Po dłygim, ciężkim życiu, pogodna śmierć. Takie zaśnięcie. Spełnienie.
    Obyśmy też tak mieli

  3. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Piękne. Wspaniały człowiek.

  4. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Fascynująca opowieść o niezwykłym niesamowitym człowieku, a jednocześnie postaci bardzo charakterystycznej dla całego pokolenia Polaków, których los doświadczył wojną, okupacją, biedą, zsyłkami i tułaczką i emigracją. Pokolenia ludzi, którzy potrafili walczyć, ale i pracować poradzić sobie w najcięższych opresjach, odnaleźć się w każdym zakątku świata. Warto o takich ludziach pisać, kręcić filmy. Warto też poznawać historię swojej rodziny, bo zawsze znajdziemy w niej coś co nas zaskoczy, zafascynuje.
    Jakieś 15l temu zadzwonił do mnie kuzyn mojego taty, wujek, którego osobiście nie znałem. Zaproponował, że przyśle mi swoje wspomnienia zawierające historię mojej wioski w czasie II Wojny Światowej. W ten sposób stałem się posiadaczem kilkudziesięciu stron maszynopisu z odręcznymi dopiskami, kopii różnych dokumentów, wycinków z gazet. Wujek Władysław Kubara był w czasie wojny dowódcą Batalionów Chłopskich na terenie gminy. We wspomnieniach, które dostałem opisał swój udział w kampanii wrześniowej, partyzanckie akcje, niemieckie pacyfikacje wsi, listy pomordowanych mieszkańców, członków ruchu oporu i wiele fascynujących wojennych historii, które mogłyby zasilić scenariusze filmowe. Po wojnie wujek osiedlił się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zmarł w 2010r w wieku 96 lat do końca zachowując wspaniałą pamięć i sprawność umysłową.

  5. katarzyna.walus@onet.pl' Katarzyna Waluś pisze:

    Lubię czytać biografie i wspomnienia tyle się można z nich dowiedzieć o naturze człowieka. Jego wytrzymałości i ogromnej woli przetrwania. smutne że tyle czasu spędził na emigracji ta sama nostalgia co i za pewne u Gen. Andersa

  6. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    – Jestem dumna, że było mi dane dołączyć do tej rodziny; zawsze przy rozmowach o patriotyzmie i dnia 17.09 wspominamy z Pawłem postać stryja Leonarda – napisała na swoim profilu na Facebooku Dorota Rodowska, synowa siostrzeńca Stryja Leonarda.

  7. czreczuch@gmail.com' czesław pisze:

    Niezwykła historia człowieka, który dożył stu lat. Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, któremu spełniły się życzenia śpiewane tradycyjnie z okazji urodzin. I jeszcze tak pięknie zakończyło się jego ziemskie życie. Dzięki Bogu i Jego łasce.

  8. mmigiel@o2.pl' mmw pisze:

    Wujek Leonardo to niezwykła postać. Prawdziwy Polak, Lwowiak, humanista, lekarz, człowiek Renesansu o wielu zainteresowaniach. Miał nie banalne życie, które na pewno warto ocalić od zapomnienia.
    Był mężem mojej Cioci Weroniki Marii Pikuła -Wanke (też wspaniałej osoby) był ojcem dwóch córek Basi Wanke – lekarza pediatry i Magdy Wanke profesora weterynarii. Z obu był bardzo dumny.
    Wspomnienia o Wujku Leonardo układają mi się w swoistą mozaikę faktów, wspomnień, przemyśleń.. Zawsze jestem pełna podziwu dla jego hartu ducha, rozległych zainteresowań, chyba sam Pan Bóg wiedział, że trzeba by dożył 100 lat. Tekst Jemu poświęcony w 6 rocznicę odejścia jest wzruszający, na szóstkę, jeśli można użyć szkolnej nomenklatury.
    Ciocia Marysia była ulubioną siostrą mojej Mamy -Józefy Pikuła – Migielskiej. Obie siostry były ze sobą bardzo zżyte i po 1939 roku nigdy się nie spotkały. Moja Mama była 2 lata starsza, skończyła Uniwersystet Warszwski, wydział filozofii przyrody i uczyła matematyki w Liceum im. Stefana Czarnieckiego w Chełmie, które zresztą obie siostry skończyły. Ciocia Marysia była absolwentką Uniwersyteckiej Szkoły pielęgniarek i higienistek w Krakowie przy ulicy Kopernika. Tarnopol był Jej ostatnim miejscem pracy w Polsce, pełniła tam funkcję siostry oddziałowej oddziału interny tarnopolskiego szpitala. W święta wielkanocne 1940 roku została aresztowana w domu, gdzie była zaproszona na wielkanocne śniadanie. Syn gospodarzy był zaangażowany w ruch oporu a w mieszkaniu rodziców był tzw. kocioł – aresztowano wszystkich. W pociągu, którym wywożono Polaków na Syberię była bardzo elegancką osobą, w wizytowej sukience bez żadnych rzeczy osobistych. Do Tarnopola już po wybuchu wojny przyjechała z Krakowa najmłodsza siostra Pikuła Jadwiga -rocznik 1920, która kilka dni przed wybuchem wojny pojechała do szkoły pielęgniarskiej – została wywieziona na Syberię jako rodzina Marii. Wujek Leonardo po wejściu Sowietów do Lwowa chciał przekroczyć granicę i gdzieś walczyć dla Polski. Umówiony kurier zaprowadził Go prosto do sowieckich władz i został zesłany na 25 lat pobytu na nieludzkiej ziemi . Gdyby nie generał Anders na pewno nie przeżyliby. Taka to polska Historia, tak kształtował się polski hart ducha. Wujek Leonardo ważył po wyjeżdzie z Rosji czterdzieści parę kilo. Listy z Syberii pisane były na skrawkach papieru uzyskanych z marginesów gazet, treść listu starannie wyważona, że żyję, że jest dobrze, inaczej list nie trafiał do adresata w Polsce. Ja pamiętam już listy pisane z Argentyny, w charakterystycznych cienkich kopertach z ramką biało-niebieskich pasków, na cieniutkim papierze.
    Oczywiście czytane były kilka razy. Czasem były zdjęcia – naturalnie czarno-białe, ale niektóre artystyczne – wyważone tło, gesty … Wujek robił świetne zdjęcia , jego przyjacielem we Lwowie był słynny fotograf przyrody Włodzimierz Puchalski. Nasz dom w Chełmie nie ucierpiał w czasie wojny, nie licząc drobnego uszkodzenia dachu i sufitu przez bombę. Babcia dwóch córek nigdy już nie zobaczyła, mówiło się o Nich zawsze. Na listach z Argentyny nauczyłam się czytać niezbyt wyrazne pismo Rodziny. Wujek Leonardo również pisał zawsze trafne obserwacje życiowych kwestii. Córkom czytał po polsku trylogię Sienkiewicza. Obie świetnie mówią po polsku. Przyjechały pierwszy raz do Ojczyzny w 1980 roku -znały dobrze nas wszystkich z opowieści – ale to już inna historia. Wujka Leonarda dane mi było poznać osobiście w 1985 roku Dostałam egzemplarz książki o historii Polski, którą napisał po przejściu na emeryturę z Insytutu Onkologii w Buenos- Aires. Rozmowa z Nim była wielką przyjemnością – to już bardzo osobista kwestia. Takich Ludzi jak wujek Leonardo dzisiaj już nie ma…

  9. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Dziękuję za wszystkie wpisy pod tym tekstem, zwłaszcza te, które uzupełniają moje wspomnienie Stryja Leonarda – lekarza, zesłańca na Sybir, emigranta, zakochanego w Polsce i tęskniącego za swoją Ojczyzną. Pamiętam jego łzy kiedykolwiek o tym mówił. Liczę na to, że Czytelnicy naszego bloga jeszcze nie raz wrócą do tego tekstu. Zachęcam.

  10. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Pod zapowiedzią tego tekstu na Facebooku krótki komentarz napisała Krystyna Rodowska:
    Ja także mam bardzo dużo wspomnień związanych z moim Wujem Leonardem Wanke,( w listach do mnie – a mam ich wiele! – używał zawsze hiszpańskiej wersji swojego imienia ” Leonardo”). Gościłam u Niego i wujenki, Marii Świeczewskiej-Wanke, w sierpniu i wrześniu 1999 roku. Odwiedziłam Go później w r. 2010, w ich pięknym mieszkanku w San Isidro. Poświęciłam mu wiersz pt. ” Jubilat”, opublikowany w moim wyborze wierszy ” Wiersze przesiane”1968 – 2011, napisany rok przed jego 100-letnimi Urodzinami i Jego odejściem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *