Sesja

Dla studentów, ale także wykładowców to trudny czas. Stres, wzmożony wysiłek, trzeba bowiem zdać rachunek z bilansu zdobytej wiedzy i umiejętności. Nawet ponoć gwałtownie wzrasta w tym czasie pobożność wśród egzaminowanych.

zz-indeks

Pamiętam moje pierwsze sesje egzaminacyjne. Byłam z roku wyżu demograficznego, było nas ponad 180 studentów na I roku studiów i dobrze wiedzieliśmy, że odpadnie co najmniej połowa, bo po prostu nie sprosta wymaganiom. Dlatego uczyli się wszyscy bardzo pilnie. A egzamin istotnie dostarczał stresu, wymagał nie tylko gruntownej wiedzy i wyuczonych umiejętności, ale także dużej odporności psychicznej. Dostawaliśmy co dziesięć minut na kartkach po jednym zadaniu w taki sposób, aby nikt z sąsiedztwa nie miał tego samego. Po dziesięciu minutach kartki z rozwiązaniami były zbierane i rozdawane nowe. I tak – o ile dobrze pamiętam – dziesięć zadań. Jeśli ktoś wpadł na pomysł rozwiązania zadania po pięciu, sześciu minutach, już nie zdążył go wpisać. Gdy się pomylił w obliczeniach, nie było czasu na poprawę. Ci, którzy uzyskali poniżej połowy możliwych punktów, odpadali. Reszta przystępowała do egzaminu ustnego. I dopiero potem wystawiane były oceny. Podobnie wyglądały egzaminy na całym Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii. Specyfika innych kierunków studiów sprawiała, że nieco inaczej były organizowane egzaminy, ale wysoki poziom wymagań był standardem.

AppleMark

Podobnie było, gdy przez dziewięć lat pracowałam jako nauczyciel akademicki w Instytucie Matematycznym i to ja egzaminowałam studentów. Mniejsze wymagania stawiano wówczas tylko studentom zaocznym. Były one pomyślane głównie jako uzupełniające wykształcenie dla nauczycieli, będących absolwentami Studium Nauczycielskiego, bez studiów wyższych. Kierowani byli na studia przez kuratoria, nie przechodzili żadnej selekcji, nie zdawali żadnego egzaminu wstępnego. Program był ten sam co dla studentów dziennych, tylko wymagania stawiano niższe. Dlaczego? Przytoczę pewną historię. Mój mąż miał wykład z tego samego przedmiotu dla studentów studiów dziennych i zaocznych. Na egzamin przygotował identyczne zadania dla jednych i drugich, wszak wysłuchali tego samego wykładu z identyczną liczbą godzin. I co się okazało? O ile oceny z egzaminu dla studentów studiów dziennych układały się typowy rozkład Gaussa, o tyle studenci zaoczni oblali egzamin w stu procentach. Na egzaminie poprawkowym trzeba było zastosować dla nich taryfę ulgową.

Sesja4

Ten przykład pokazuje, że wymagania są o wiele ważniejsze niż programy, sylwetki absolwenta, ramy kwalifikacji czy coraz to doskonalsze i kosztowne systemy doskonalenia jakości kształcenia, które opracowują i wdrażają uczelnie. Co z tego, gdy brak wymagań. Jakość pozostaje na papierze.

Dziś, gdy panuje „rynek studenta”, gdy to student jest dla uczelni na wagę złota, wymagania drastycznie się obniżyły. Parę lat temu jeden z dziekanów na uczelni, na której pracowałam, wyraził opinię: „gdybyśmy literalnie stosowali regulamin studiów, połowa studentów musiałaby odpaść”.

Wymagania wobec studentów zmniejszyły się już na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu uczelnie niepubliczne, a tzw. wskaźnik scholaryzacji poszybował wysoko w górę. Pamiętam rozmowę przed dwudziestu laty z nieżyjącym już matematykiem prof. Andrzejem Hulanickim, który za swój punkt honoru poczytywał sobie dbałość o wysoki poziom, a wówczas powiedział: Kształcenie jest teraz bardziej powszechne, mamy więcej studentów, musieliśmy obniżyć wymagania.

Nie tylko znaczne upowszechnienie kształcenia, ale też coraz niższy poziom maturzystów, którzy trafiają na studia, są tego przyczyną.

Dwa lata temu w tekście „Jeśli nie umiesz matematyki, nie znaczy, że jesteś humanistą” https://wszystkoconajwazniejsze.pl/malgorzata-wanke-jakubowska-jesli-nie-umiesz-matematyki-nie-znaczy-ze-jestes-humanista/, publikowanym na www.wszystkoconajwazniejsze.pl cytowałam wypowiedź ks. prof. Michała Hellera z artykułu „Śmierć uniwersytetów”: My po każdej reformie nauczania otrzymujemy na pierwszy rok studiów gorzej przygotowanych studentów. Nie pomimo reform, lecz z ich powodu 

Coraz słabsze przygotowanie maturzystów skutkuje coraz niższymi wymaganiami. Tylko nieliczni studenci dbają o wysoką średnią, stypendia, nagrody. Reszta chce zaliczyć i zapomnieć. Wiem, że na egzaminach z matematyki nie należy do rzadkości oddawanie pustych kartek bez próby rozwiązania choćby jednego zadania. W takiej sytuacji egzamin jest większym stresem dla egzaminatorów niż studentów, bo oni lekceważą naukę i mają przekonanie, że „wszystkich nas przecież nie obleją”.

Dbałość o wymagania jest problemem nie tylko uczelni, ale także i szkół. Wydaje mi się, że to ważniejsza sprawa niż podstawy programowe, takie czy inne lektury (nieważne jakie są, kiedy nie wymaga się ich czytania w ogóle, znam takie przypadki), siatki godzin itp.

Bez wymagań nie będzie skutecznego kształcenia na żadnym poziomie.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

17 komentarzy

  1. Konstancja23@wp.pl' Konstancja pisze:

    Zgadzam się z tezą,ale nie zgadzam się z uzasadnieniem . Pamiętam czasy kiedy studenci traktowani byli delikatnie ujmując jak zło konieczne. Znam to nie z opowieści,ale z autopsji. Podoba mi się , że wymagają nie tylko wykładowcy, ale także studenci. Wymagają profesjonalnego przekazania wiedzy i umiejętności. Gdy byłam na czwartym roku pamiętam zaskoczenie doktora na ćwiczeniach, który narzekał na pierwszoroczniaków właśnie z zaocznych , że napisali skargę do dziekana że ćwiczeniowiec nie przyszedł na zajęcia, a był to właśnie początek lat 90. Zaoczni płacili i płacą tyle za semestr, że mają prawo wymagać. To nie jest prawda, że są coraz słabsze roczniki, najlepsi trafiają tam gdzie mogą wymagać i gdzie ktoś będzie od nich wymagał. Doskonalenie metod szkolenia nie jest zamiast wamagań tylko równolegle z nimi. Trochę hipokryzją zapachniało, że bez wyrzutów gorzej kształciło się na zaocznych nauczycieli,by potem narzekać na ich wychowanków. Zmienia się świat, technologie, zmienił się sposób przyswajania wiedzy. A system w którym połowa roku odpada po pierwszym semestrze jest i była chora,bo od wykładowców niezbyt wiele się wtedy wymaga.

  2. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Smutne, że zaniżany jest poziom nauki. Po szkole podstawowej byłem uczniem szkoły dwustopniowej, która dawała tytuł technika budowlanego. Uważałem, że stan wiedzy moich kolegów nie był zadowalający.
    Po latach miałem okazję uczyć młodzież renomowanego liceum i odniosłem wrażenie, że uczniowie reprezentowali
    niższy poziom niż moi koledzy z ławki szkolnej. Czego uczy szkoła ? Kiedyś było Ministerstwo Edukacji i Wychowania. Została tylko edukacja. Na wywiadówce syna, wychowawczyni opowiadała o problemach z uczniami, ale na koniec stwierdziła, że często uczniowie sprawiający wiele kłopotów często lepiej radzą sobie w życiu niż ci, którzy są wysoko oceniani. W dzisiejszym świecie bardziej liczy się spryt, cwaniactwo.

    Wracając do sesji. Wypuszczamy w świat studentów, którzy często powiększają szeregi bezrobotnych.

  3. ewama7@wp.pl' Ewa mastalska pisze:

    Moi Rodzice to emerytowani wykladowcy prawa na UWR. W ostatnich latach pracy zauważyli że obniża się nie tylko pozim wiedzy i kultura wśród studentów ale także wśród młodej kadry. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich ale są tacy którzy biegają na mnóstwo zajęć po wielu szkołach czemu z drugiej strony trudno się dziwić jak ktoś chce mieć jakąś stabilizacje materialna i np. właśnie zakłada rodzinę. Ale etos naukowca ogólnie mówiąc upada.

  4. Maria Wanke-Jerie pisze:

    O poziomie uczelni, ściślej kierunku studiów, świadczą najsłabsi absolwenci, nie ci najlepsi. Utalentowani studenci będą świetni na każdej uczelni, nawet tej o bardzo niskim poziomie. A ci najsłabsi są niestety na coraz niższym poziomie, co dobitnie świadczy o obniżeniu wymagań. Podniesienie tzw. współczynnika skolaryzacji w szkolnictwie wyższym (odsetek młodzieży studiującej) z 9,8 w 1990 roku do 47,6 w roku 2016 musi skutkować obniżeniem poziomu kształcenia. Upowszechnienie kształcenia na poziomie wyższym ma zalety, ale i wady. Nie ma w populacji aż tylu osób, które mają predyspozycje do studiowania, dlatego kształci się też te bez predyspozycji.
    Od dawna postuluję, aby przy rekrutacji na studia w uczelniach publicznych przyjąć jako próg punktów z przedmiotów kierunkowych zdawanych na maturze na poziomie rozszerzonym w wysokości 50 proc. Jeżeli uczelnie są finansowane z pieniędzy podatników powinny kształcić na odpowiednio wysokim poziomie. Nie osiągnie się tego przyjmując słabych kandydatów. Bez tej zasady wszystkie próby ustalania wskaźnika liczby studentów do liczby pracowników spełzną na niczym. Już widzę jak cieszą się z tego pracownicy uczelni, które mają problemy z naborem na studia i przyjmują praktycznie każdego, kto się zgłosi. Teraz dostaną tylko większe dotacje, a poziom kandydatów przyjmowanych na studia się nie zmieni.

  5. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Trudno nie zgodzić się z komentarzem Pani Marii, że jest to wynikiem obniżenia kryteriów przyjęć na studia. Obserwując dzisiaj, że po 9 latach nauki /szkoła podstawowa + gimnazjum/ uczeń wie mniej aniżeli kiedyś po 8 letniej szkole podstawowej. Dzisiaj uczniowie specjalizują się w rozwiązywaniu testów zamiast pogłębiać wiedzę analitycznego myślenia. Dawniej szkoła uczyła tego, czego wymagała uczelnia a dzisiaj między uczelniami trwa walka o studenta. Chociaż odnoszę wrażenie, że na uczelniach publicznych jest mimo wszystko większe sito niż na prywatnych, gdzie za pieniądze może studiować prawie każdy. Powstało ponad 300 prywatnych uczelni, gdzie panuje opinia, że na takiej uczelni na zasadzie: płacę więc dyplom mi się należy a wykładowcy pracujący na takich uczelniach mogą podnieść swoje dochody. Obniżył się także autorytet wykładowcy. W raporcie OECD Polska zajęła pierwsze miejsce pod względem liczby studentów z tytułem magistra, czyli wygląda na to jakby uczelnie stały się automatami do wydawania dyplomów. By uczelnie mogły egzystować potrzebni są nawet ci niedouczeni studenci. Zresztą należy również zwrócić uwagę, że wśród studentów panuje przeświadczenie, że wykształcenie ma niewiele wspólnego z edukacją. Smutne to, że poziom wiedzy wśród studentów ma tendencję spadkową.

  6. dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    Jak widza Panstwo na ulicy 5 latka plujacego wrzeszczacego to oceniacie jego czy jego rodzicow??Podobnie rzecz sie ma z uczniami i studentami.Ktos ustalił program kryteria przyjmowania na uczelnie i system oceniania. Na przestrzeni lat obserwujemy reformy na zywym organizmie.Z kazdym rokiem jest coraz gorzej.Winni sa tworcy systemu nauczania ktory jest pudrowany a nie reformowany.?Jak mozna ocenic nauczyciela ktory w liceum otwarcie mówi swoim ucziom ze „oni udają że sie uczą a on udaje ze ich uczy”?Przypomina mi sie moja nauczycielka z liceum ktora witajac nas oznajmila ze „u mnie wszyscy uczniowie musza sie uczyć i inne opcje nie wchodzą w grę.”Na polrocze nie bylo w klasie liczacej 32 ucxniow zadnej dwojki! Moj wykładowca powtarzal ze nie ma glupich studentow .Wymagajacy profesor potrafi zmobilizowac najbardziej leniwego i opornego studenta.Jesli student dostaje zaliczenie mimo braku wiedzy to winien jest profesor nie student.Moj starszy syn uczy sie na dobrej uczelni.Z przykrością muszę napisac ze nawet tam zdarzaja sie wykladowcy powodujacy ogólną sennosc wsrod studentów.?
    Ludwik Dorn użył kiedys słowa „wykształciuchy”.Pamietam jakie to wywolalo oburzenie w srodowisku intelektualistow dziennikarzy i polityków.Zadziwiajace dla mnie bylo to jak wielu wyksztalconych ludzi potraktowalo to okreslenie dosłownie?
    Wykształciuchy były są i będą?

  7. Maria WANKE-JERIE pisze:

    To nie do końca prawda, że nie ma głupich studentów. Są tacy, którzy nie mają predyspozycji na przykład brak im uzdolnień do przedmiotów ścisłych. Nie powinni studiować na tych kierunkach, na których te zdolności są niezbędne. Tak jak ktoś kto nie ma słuchu nie może studiować na Akademii Muzycznej czy gdy nie ma uzdolnień plastycznych na Akademii Sztuk Pięknych. Nie wszystko można nadrobić pracą. Dlatego potrzebne są wymagania i sekekcja. To gwarantuje poziom kształcenia.

    • dariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

      Uczelnie artystyczne sa specyficzne i trudno oceniac poziom uczacych sie tam studentów.Jesli student ma talent to juz na pierwsxym roku zostanie zauwazony.Jesli jest przeciętny to po paru latach moze byc tylko lepszy technicznie.?Potem juz tylko krok do frustracj.Trudni zaistniec w swiecie przecietnemu malarzowi ,aktorowi czy muzykowi.A w tych profesjach byc zauwazonym i docenionym to znaczy spelnic marzenia i osiagnac sukces.?Czasami bywa ze profesorowie się myla i nie dostrzegaja potrncjału w kandydacie.O ile pamietam Zbigniew Zamachowski zdawal pare razy do szkoly teatralnej.?Szkoly artstyczne to wyzwanie.Nie dla wszystkich.?

      • Maria Wanke-Jerie pisze:

        Oczywiście, że uczelnie artystyczne są specyficzne, ale przywołałam ich przykład, dlatego, że w ich przypadku oczywiste jest, iż konieczne są uzdolnienia, talent. Uważam, że nie tylko tam konieczne są zdolności i brak talentu nie można nadrobić pracą. Tak jest w przypadku matematyki, fizyki, informatyki, kierunków technicznych. Potrzebne są zdolności na niektórych kierunkach humanistycznych, ale na przykład na studiach rolniczych, ogólnie przyrodniczych brak szczególnych zdolności można nadrobić pracą. Pamiętam, gdy były jeszcze egzaminy wstępne, na chemię uniwersytecką podstawowy egzamin był z matematyki, chemii można było w ogóle nie zdawać, wychodzono bowiem z założenia, że przez pięć studiów można jej nauczyć, gdy przyjmie się dobrych studentów. A to najlepiej sprawdzała matematyka. Wówczas na egzaminie wstępnym na filologię polską też jednym z przedmiotów do wyboru była matematyka. Było to mądre.

  8. Co do uczelni artystycznych – szlachetne pragnienie prawdziwej selekcji, Marysiu. Prawdziwej, czyli bez stosowania kryteriów pozamerytorycznych. Pamiętam swój egzamin do – wtedy WSSP, obecnie ASP. Po mojej prawej ręce stał przy sztaludze chłopak, dobrze radzący sobie z tematem, a po lewej dziewczyna, która w pewnym momencie poprosiła mnie o pomoc – po za oczami asystenta. Rzeczywiście, to, co rysowała, nie nadawało się do pokazania. Rezultat egzaminu: on się nie dostał na studia, ona – tak. Córka prominentnej osoby. Takich sytuacji było niemało. W dodatku teraz, gdy uczelniom zależy bardziej na ilości studentów, niż na ich możliwościach, jest pewnie jeszcze gorzej.

  9. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Edu-fikcja: wykładowcy udają, że nauczają, studenci nawet nie udają, że się uczą, a studia są formą zakupu dyplomu w systemie przedpłat. Znakomicie funkcjonuje tylko dział marketingu edu-firmy. Przesada? Mam nadzieję, że w większości przypadków tak. Sytuacja, w której setki nowo powstałych uczelni, bez doświadczenia, zaplecza za to z dużym apetytem na szybkie zyski konkurują ostro o płatników czesnego zdecydowanie nie sprzyja jakości nauczania i stawianiu wymagań.
    Niewątpliwie jest też wiele uczelni i kierunków studiów, gdzie zaliczenie kolejnych przedmiotów wymaga systematycznej ciężkiej pracy. Sesja egzaminacyjna jest okresem bardzo stresującym, wyniszczającym psychicznie i fizycznie. W normalnych sytuacjach, gdy poziom wymagań wobec studentów nie jest jakoś sztucznie zaniżany przebieg egzaminu w największym stopniu zależy od osobowości wykładowcy-egzaminatora, bywa, że od jego różnych dziwactw, humorów i uprzedzeń. Pytania jakie trafiają się na egzaminach można podzielić na sprawdzające obiektywną wiedzę i umiejętność logicznego myślenia oraz te, które określają znajomość poglądów egzaminującego. Pamiętam, że na egzaminie z fizjologii roślin miałem pytania tyczące się technologii produkcji cementu. Związek z fizjologią roślin był, ale bardzo odległy. Około 25% pytań tyczyło się tego typu dygresji i ciekawostek, o których oczywiście nic nie było w skryptach. To na egzaminie pisemnym, bo na ustnych poprawkach dominowały pytania z ulubionych przez profesora tematów… Inny z profesor często pytał studentów z jakich podręczników się uczyli. Należało oczywiście wymienić pozycje napisane przez niego i wiedzieć o tym żeby nie wspominać o autorze, którego osobiście nie cierpiał. Inny, dość znany profesor miał jak głosiła legenda dość szczegółowe preferencje co do tego jak mają być ubrane przychodzące na egzamin studentki. Dziewczyny przed egzaminem wymieniały się częściami garderoby…
    To oczywiście historie, które sprawiają, że po latach jest co wspominać. Z rozmów z obecnymi studentami wiem, że teraz też często się zdarza, że decydujące znaczenie przy ocenach z egzaminów i zaliczeń mają czynniki subiektywne, zwłaszcza na kierunkach takich jak prawo, ekonomia, politologia gdzie wiele zależy od interpretacji. Najprostszym sposobem na to by wyeliminować subiektywizm oceny są testy wyboru. Nie wszędzie jednak da się je zastosować i testy jako sposób sprawdzania wiedzy też mają wiele wad.

  10. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Nie należy zapominać, że grzechem dzisiejszych studentów jest w dużej mierze ignorancja i roszczeniowość. Oczywiście nie u wszystkich, ale wśród adeptów uczelni zanika kultura osobista. Wiem, co piszę, bo takich mam lokatorów w klatce i wiem dokładnie, jak wygląda zwykła, codzienna nauka. To zdecydowany regres do tego, co było dawniej. Rozmawiam z nimi i wielu uważa, że na przedmiot można iść z” marszu”, bo uda się pewnie zaliczyć na zdrowy rozsądek. Ze smutkiem stwierdzam, że tych, których znam nie prezentują najwyższego poziomu. Jeden z nich stwierdził, że chciał się przenieść do miasta ponieważ mieszka na wsi a bardzo pasuje mu miasto, są dyskoteki, kawiarnie, jest gdzie wyjść i co najważniejsze nie ma blisko rodziców. A więc, to nie tylko uczelnia i wykładowcy, ale sami studenci, którzy mają takie właśnie podejście do nauki. Oczywiście nie twierdzę, że nie ma także zdolnych, chętnych do nauki studentów.

  11. anna-drozdowska@wp.pl' Anna Makuch pisze:

    Problem szkolnictwa wyższego jest trudniejszy niż węzeł gordyjski. Mniej polskich studentów studiuje na uczelniach prywatnych, co negatywnie wpływa na jakość kształcenia. Generalnie młodzież nie jest zainteresowana poważnymi dziedzinami i nie czyta. Lata temu na Polonistyce studenci nie znali Henry`ego Jamesa, nie czytali też np. „Pani Bovary”. Brak podstaw. I to smutny znak czasów. Reformę trzeba zacząć od szkoły podstawowej.

    • Maria Wanke-Jerie pisze:

      Trudno mi zgodzić się z opinią, że mniej studiujących na uczelniach prywatnych negatywnie wpływa na jakość kształcenia. Moim zdaniem jest wprost przeciwnie, jakość kształcenia, a przede wszystkim poziom wymagań w uczelniach prywatnych jest niższy niż w państwowych. Najważniejsze jest – moim zdaniem – przywrócenie wymagań przy rekrutacji na studia na uczelniach państwowych. To powinien być pierwszy krok – minimum 50 proc. punktów z egzaminu maturalnego na poziomie rozszerzonym z przedmiotów rekrutacyjnych na wszystkich kierunkach studiów jako próg wymagań przy przyjęciu na studia. Postuluję to od dawna.

  12. marcinczaplinski@aol.com' @czaplinskiii pisze:

    Najlepiej wspominam egzamin u Profesora Czaputowicza (CC), a najgorzej z Prawa Pracy. Powodzenia wszystkim!

  13. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dziękuję za głosy w dyskusji i cenne uwagi, zwłaszcza te, które są równocześnie postulatami pozwalającymi istotnie, a nie na papierze, poprawić jakość kształcenia. Punktem wyjścia jest oczywiście podniesienie poziomu przy rekrutacji na studia w uczelniach publicznych. Ale niezbędne jest zwiększenie wymagań w szkole, na maturze, w całym systemie kształcenia. W związku z reformą edukacji dużo niepokojów pojawia się w związku z likwidacją gimnazjów, krytykuje się podstawy programowe. Ale nie słychać głosów w dyskusji o egzekwowaniu wiedzy, podniesieniu wymagań. Gdy szkoła i studia będą łatwe i przyjemne, tylko garstka najzdolniejszym i jednocześnie najambitniejszych skorzysta. Ale oni i tak sobie poradzą. A reszta?

  14. nauczyciel@wp.pl' Nauczyciel pisze:

    Między innymi dlatego nasz kraj zbyt wiele w najbliższych latach nie osiągnie. Studia przestały być drogą dla „wybrańców”: tych zdolnych i tych ambitnych. Liczy się tylko pieniądz i zysk, który wygenerować może odpowiednio duża grupa oszukanej młodzieży. Polityka edukacyjna państwa nie istnieje, a dyplomy „uczelni” po prostu się kupuje – w systemie ratalnym.

    A centralny system kontroli? Jak może działać, jeżeli jego przedstawiciele często dokonują „inspekcji” placówek prywatnych i niepublicznych, które sami tworzyli… Gdzie się w ogóle podział etos nauczyciela akademickiego?

    Ale czas prosperity dla edukacyjnych biznesmenów powoli się kończy – ubywa młodzieży chętnej do „kształcenia” za pieniądze. Bogu dzięki wygasza się w całej Polsce wiele kierunków „studiów”, które przestały być rentowne.

    Niestety nie cofnie się już realnego zła, które zostało wyrządzone całemu narodowi – przez naprodukowanie wszelkiej maści magistrów i inżynierów, którzy w normalnych warunkach zakończyliby edukację na maturze lub egzaminie zawodowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *