Równi i równiejsi

Równość wobec prawa gwarantuje nam konstytucja. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne, nikt nie może być dyskryminowany z jakiejkolwiek przyczyny. Zarówno dyskryminacja, jak i uprzywilejowanie są wykroczeniami przeciwko zasadzie równouprawnienia. Ale jak świat światem zawsze byli, są i zapewne będą, równi i równiejsi.

Pojęcie równouprawnienia korzeniami sięga czasów Oświecenia i stało się nieodzownym elementem praw człowieka. Ale zrównywanie praw było procesem, wszak dopiero w XX wieku w Europie kobiety uzyskały równe prawa, w tym prawa wyborcze (najwcześniej w Polsce w 1918 roku). Walka o równość wciąż jest niezakończona, równości domagają się różne grupy i mniejszości. Nie tylko zresztą mniejszości, kobiety wciąż walczą o równouprawnienie, a przecież mniejszością nie są. Wprowadza się parytety, w każdej niemal instytucji, a ostatnio nawet na uczelniach, powoływani są pełnomocnicy ds. równości, tworzone są równościowe, antydyskryminacyjne regulaminy. Odrębną kwestią jest, czy owe parytety nie są przypadkiem przejawem nierówności, bo z pewnością nie jest to równa rywalizacja pod względem umiejętności i kompetencji, gdy jedna płeć ma zagwarantowaną pulę miejsc w jakimś gremium. Próba wyrównywania na siłę staje się nierównością. Bo równo nie znaczy sprawiedliwie. Notabene, jakoś nikt nie zabiega o parytety w kopalniach, ani w instytucjach opiekuńczych, żłobkach, przedszkolach, szkołach… Można też przekornie zapytać, a co z innymi płciami, z osobami niebinarnymi, queer itp. Nie chcę się na ten temat rozwodzić.

Dziś chcę poruszyć kwestię równości w innym, bardziej praktycznym aspekcie. „Twój ból jest lepszy niż mój” – pamiętamy słynną piosenkę Kazika Staszewskiego i sytuację, która ją zainspirowała, wywołując powszechne oburzenie.

Jesteśmy wręcz przeczuleni na punkcie przywilejów osób publicznych i korzystania z praw niedostępnych innym.

Ileż ostatnio pojawiło się uwag w mediach społecznościowych, gdy okazało się, że poseł czy minister uzyskał od ręki test na Covid-19, a przeciętny śmiertelnik musi czekać na jego wykonanie po kilka godzin na dworze, o ile ma to szczęście, że dostanie skierowanie od lekarza POZ, bo wcale o to nie jest łatwo. To prawda, że służba zdrowia pod naporem wzrastającej liczby zachorowań zaczyna trzeszczeć i staje się niewydolna. Chciałoby się, aby wszelkie medyczne usługi były dla zwykłych śmiertelników łatwiej dostępne, ale chyba nie uważamy, że kierujący państwem nie powinni mieć w tym względzie pewnych przywilejów. Wszak mają też inne, niedostępne dla przeciętnego Kowalskiego udogodnienia, jak choćby samochód służbowy z kierowcą, niektórzy ochronę, jeśli im z urzędu przysługuje, oraz wiele, wiele innych. Tak jest na całym świecie. Dlatego skrajnym populizmem jest domaganie się, aby politycy mieli taki sam dostęp do usług medycznych jak szary obywatel, co nie znaczy, że nie powinien on mieć lepiej niż obecnie ma i że to politycy ponoszą za to, jak jest, jakąś odpowiedzialność.

Inną sprawą jest korzystanie z niedostępnych powszechnie praw, jak słynne odwiedziny na cmentarzu 10 kwietnia, w sytuacji, gdy nekropolie były zamknięte dla pragnących odwiedzić groby bliskich. I boleśnie uświadomiły tę nierówność wobec prawa. Gwoli ścisłości warto dodać, że nie było to zachowanie bezprawne, stosowne pisma i zgody były wówczas dopełnione. Ale nie wszystko, co prawnie dozwolone, jest w dobrym tonie. Podobnie jak odwiedziny babci w szpitalu przez przyszłego ministra edukacji i nauki (dziś już po nominacji). Dodatkowo okazało się, że minister in spe dwa dni później otrzymał pozytywny test na obecność wirusa SARS-Cov-2. Zgoda ordynatora była (trudno zapewne odmówić politykowi i byłemu wojewodzie), ale nikt nie sprawdził czy odwiedzający aby na pewno nie zaraża. No i stało się.

Sam fakt, że ktoś chce i ubiega się o możliwość skorzystania w drodze wyjątku z jakiegoś odstępstwa od zasad, nie jest zresztą czymś wyjątkowym. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że kto jest w tym względzie bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.

Przypominam sobie, jak to było, gdy mój sześcioletni synek zachorował na zapalenie opon mózgowych. Po tym, gdy lekarz z przychodni postawił diagnozę i wręczył skierowanie do szpitala, zadzwoniłam do znajomej lekarki, a ona umożliwiła mi przyjęcie małego na dziecięcy oddział zakaźny, w którym zawieszono przyjmowanie pacjentów z powodu przygotowania do remontu. Na jej prośbę wykonano mu zabieg punkcji lędźwiowej (notabene bardzo bolesny, wykonywany na żywo) i umieszczono na oddziale. Pozwolono mi spędzić przy nim cały dzień aż do wieczora. W drodze wyjątku, po znajomości, bo na oddziale zakaźnym odwiedziny były zakazane. Gdybym z tej znajomości nie skorzystała, syn byłby umieszczony w szpitalu zakaźnym dla dorosłych, a ja nie miałabym do niego wstępu. Czy żałuję, że skorzystałam z drogi niedostępnej dla zwykłego śmiertelnika? Nie, nie żałuję. Dziś bez zmrużenia oka postąpiłabym tak samo.

Podobnie było, gdy moja mama złamała szyjkę kości udowej i wtedy (połowa lat 90.) musiałaby czekać na zabieg wszczepienia endoprotezy około roku. Ja i moja siostra skorzystałyśmy ze znajomości, dzięki czemu nasza mama trafiła na ortopedię i zabieg wykonany był od ręki. Trzeba było za endoprotezę zapłacić, ale można było nie czekać w kolejce długich miesięcy. Czy żałuję? Nie, nie żałuję. Co więcej, wyrzucałabym to sobie do dziś, gdybyśmy z tej znajomości wtedy nie skorzystały.

Myślę, że bardzo wielu ludzi, którzy wyrzucając osobom publicznym takie czy inne uprzywilejowanie w różnych sytuacjach życiowych, próbuje lub próbowało skorzystać ze znajomości, by pomóc sobie i swoim najbliższym.

Zawsze byli, są i będą równi i równiejsi. Absolutna równość to ideał, do którego należy dążyć, który jednak w praktyce nie istnieje.

Ale, jak w życiu, wszystko jest kwestią smaku. Osobom publicznym powinno być wolno dużo mniej. Zwłaszcza gdy nie chodzi o sytuację ratowania życia lub zdrowia najbliższych, tylko o skorzystanie z przywileju władzy. Z kolei zaś domaganie się, by ci, którzy odpowiadają za państwo, mieli taki sam dostęp do usług medycznych jak szary Kowalski, to czysty populizm. Podobnie jak w przypadku uposażeń (pisała o tym moja siostra w tekście „Zarobki polityków” [LINK].

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

3 komentarze

  1. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Swoje opinie nt. tego tekstu wyrazili internauci na Twitterze. Przytaczam je poniżej:

    Jan Marcin Kielecki @JoteMK_JoteMK
    Być może w dobrej wierze, ale wyszedł Pani „podliz” klasie społecznej bez autorytetu i wątpliwych kompetencji. Zdecydowanie eleganciej , ale w stylu Wiesłąwa Górnickiego czy Janusza Przymanowskiego. Pomoc medyczna „na gwizdkach”dla KLUCZOWYCH dla Państwa osób- tak. Ale.. …ale nie dla 3 i 4 rzędu, i nie dla pociotów. A tak jest nagminnie (u obecnych i poprzednich „rządzicieli”).

    Lance Ortega @ortegadry
    Egoizm (który zawsze występuje w parze z nepotyzmem!) to najsilniejszy zwierzęcy instynkt człowieka.

    Bogna Janke @BognaJanke
    Problemem jest to, że wraz z awansem wielu zapomina o realnym życiu. Politycy na stanowiskach i polityczni nominaci żyją w hermetycznym świecie. Zamiast pracować dla dobra wspólnego, zajmują się ogólnie rzecz biorąc wyłącznie sobą. Frustracja obywateli jest więc zrozumiała.

    Adam Trusty @Trusty_adam
    To jest problem typu „inni są źli, tylko ja mogę uratować świat”. z takim założeniem kluczowe staje się promowanie siebie i deprecjonowanie innych.

    Bogna Janke @BognaJanke
    Tak, cechy indywidualne są decydujące. U jednych górę bierze ego, u innych – tu niestety częściej – niezrozumienie, czym jest służba publiczna.

    Magdalena Łysiak @magda_razem
    Dlatego funkcjonuje określenie „prawdziwy mąż stanu” i dlatego tak rzadko się go używa… niestety…

    Adam Trusty @Trusty_adam
    nawet gdyby taki istniał, to ponieważ (zgodnie z opisaną zasadą) inni uważają, że on jest jest zły i chce szkodzić, to obrzucą go tak błotem, że nie zauważymy nawet, że jest tym kogo szukamy.

    Ponury @Ponury74
    Lepiej pasuje: równi i równiarze.

    Marek Witol @MarekWitol
    Pytanie jest takie: co ci „równiejsi” politycy zrobili, by zmniejszyć przepaść między „równymi” i „równiejszymi”? I nie obchodzi mnie, co było za PO, bo 5 lat na przynajmniej przedstawienie pomysłu to wystarczająco długo.

  2. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Chcę poruszyć wątek poboczny, w tym tekście zaledwie wspomniany we wprowadzeniu do tematu, a mianowicie kwestię równouprawnienia kobiet. Kobiety, choć w społeczeństwie stanowią większość, domagają się równouprawnienia, pozując na traktowaną powszechną opresją mniejszość. A tymczasem trudno wskazać jakąkolwiek prawną dyskryminację kobiet. Prawda, że w niektórych dyscyplinach naukowych, zwłaszcza technicznych i ścisłych, przewaga mężczyzn jest widoczna, ale to wynika z predyspozycji, uzdolnień, które rzadziej występują u płci pięknej. Szerzej na ten temat w moim i mojej siostry tekście „Prawda niepoprawna politycznie. O kobietach w naukach ścisłych” [LINK: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/maria-wanke-jerie-malgorzata-wanke-jakubowska-prawda-niepoprawna-politycznie-o-kobietach-w-naukach-scislych/%5D
    Kobiety rzadziej też pełnią funkcje kierownicze, ale warto też zauważyć, że większość kobiet woli za szefa mieć mężczyznę. To pewnie jedna z przyczyn tego stanu rzeczy. Kobiet jest także zdecydowanie mniej w polityce, ale na ogół mniej od mężczyzn polityką się interesują. Na wszystkie te pozorne nierówności zwykle proponowane jest jedno lekarstwo – parytety. Jestem ich zdecydowanym przeciwnikiem. Tak przeciwnikiem, nie przeciwniczką. To nagminne wciskanie feminatywów jest równie irytujące co parytety. Kobiety nie chcą w równej konkurencji więc domagają się parytetów, koniecznie też chcą być wyróżniane kobiecym odpowiednikiem, nawet gdy brzmi ośmieszająco.
    Tytuł „Równi i równiejsi” jest znakomitym komentarzem do walki kobiet o równouprawnienie. W sytuacji istnienia równouprawnienia jedynym wytłumaczeniem kobiecych ruchów jest to, że chcą one być nie tyle równe, co równiejsze. Walczą nie tyle o równość, co uprzywilejowanie.

  3. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Jeden tylko wątek związany z równością poruszyła moja siostra w komentarzu, stawiając tezę, że kobiety walcząc o równouprawnienie nie chcą równości, tylko przywilejów, nie chcą być równe, ale równiejsze. Inne wypowiedzi na temat pojawiły się tylko w mediach społecznościowych przytoczyłam je powyżej. Nie było chętnych – jak widać – poruszania kwestii równouprawnienia (a więc niedyskryminacji) ze względu na narodowość, wyznanie czy orientację seksualną. Czy w tych przypadkach też są równi i równiejsi? Ale może to temat na osobny felieton.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *