Refleksje na Dzień Dziecka

P1100595 (1)

Dzień Dziecka co roku jest bogatszy w atrakcje przygotowane z myślą o maluchach i nieco starszych latoroślach. Wielkie imprezy przygotowuje miasto, rady osiedli, parafie, centra handlowe. Warsztaty, festyny, festiwale filmowe i teatralne, imprezy sportowe, taneczne, promocje książek… Specjalne atrakcje oferują centra naukowe, we Wrocławiu – Humanitarium. Dla dzieci wszystko. No i oczywiście zabawki. Gdy widzę te pokoje pełne różnorodnych, wyszukanych zabawek, zastanawiam się, czy te dzieci jeszcze o czymś marzą, jeszcze czymś się cieszą. Najczęściej zanim czegokolwiek zapragną, już to dostają, jak nie od rodziców, to od jednych lub drugich dziadków, od ciotek, wujków, znajomych rodziców…. Łyżwy, rolki, hulajnogi, tablety, smart fony, playstation… Czy one, gdy dorosną, będą umiały się cieszyć, o czymś marzyć? Czy aby nie będą chciały mieć wszystko i to natychmiast?

 Na co dzień troskliwi rodzice starają się wypełniać szczelnie dzieciom czas poza lekcjami szkolnymi, czasem jeszcze w przedszkolu – a to zajęcia plastyczne, lekcje gry na instrumencie, lekcje angielskiego, szachy, do tego basen, jazda konna, koszykówka czy żagle… (tak, we Wrocławiu można uczyć się pływać na żaglówkach). Do tego jeszcze dochodzi Uniwersytet Dzieci (to przynajmniej zajmuje czas tylko raz w miesiącu) i raz w roku Festiwal Nauki. Nie ma w tym wszystkim oczywiście nic złego, ale często odnoszę wrażenie, że jest to presja otoczenia, która sprawia, że ta naturalna troska o rozwój dziecka realizowana jest z ogromną przesadą. Wyczerpuje rodziców, angażuje dziadków, nadweręża domowe budżety, a także męczy dzieci, którym brakuje jednego – bezpośredniego kontaktu z rodzicami, spokojnej rozmowy, a także własnego, niezagospodarowanego zajęciami czasu. Często zwykłej zabawy, na którą nie mają już czasu, albo sięgnięcia do książki (jednej z wielu sprezentowanych z tej czy innej okazji), która nie jest obowiązkową lekturą. Lub zagrania choćby raz w miesiącu w którąś gier planszowych, od których uginają się regały.

Dzieci mam już dorosłe, a wnuków los mi poskąpił, więc obserwuję to zjawisko u znajomych i rodziny. Gdy chowałam swoje dzieci, nie było ani takiej presji, ani takich możliwości. Był natomiast czas na rozmowy. Dzieci towarzyszyły w codziennych obowiązkach domowych, stały ze mną w kolejkach, bo zakupy nie były tak proste jak dziś. Pamiętam, ile ich w trakcie takich rozmów uczyłam, jak wiele wiedzy można było przekazać w nieformalny sposób. Także wiedzy o życiu. Bo dzieci w tamtych czasach miały respekt wobec dorosłych, bez względu na to, kim ten dorosły był. Niewiarygodne? Ale tak było. Wyrosło z nich pokolenie, które potrafi  szanować starszych. Jacy dorośli wyrosną z dzisiejszych dzieci?

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

17 komentarzy

  1. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    To bardzo ważne, co zauważyła moja siostra – rodzice coraz mniej mają czasu na rozmowę ze swoimi dziećmi, a w zamian wożą je z jednych zajęć dodatkowych na drugie, pilnując harmonogramu co do minuty, żeby to wszystko „zgrać” w czasie, żeby się nie spóźnić, na wszystko zdążyć. A, gdy już zmęczeni – i oni i dzieci – znajdą się wreszcie spokojnie w domu, już tylko szybka kolacja i szykownie się do łóżka. A gdzie czas na spokojną zabawę, rozmowę, rysowanie, czytanie… Wszystko w biegu.
    Obserwuję to z bliska, bo sama jestem babcią aż piątki wnucząt. I widzę jeszcze jedno niepokojące zjawisko – współczesne dzieci to dzieci elektroniki, „przyklejone” do swoich smartfonów, tabletów, komputerów… Wpatrzone w ekrany czy wyświetlacze i posuwające po nich opuszkami palców przy dźwiękach różnorodnych melodyjek. Widzę to, gdy odbieram wnuki ze szkoły, jak gromada dzieci wybiega, każde ze swoim urządzeniem mobilnym przy kakofonii dźwięków. I wprawdzie w szkole nie wolno używać komórek, ale po ostatnim dzwonku wszystkie zostają włączone. Te dzieci ze sobą nie rozmawiają, żyją w swoim wirtualnym świecie.
    Psychologowie biją na alarm, bowiem nadmierne korzystanie z gier komputerowych negatywnie wpływa na koncentrację, na pamięć, utrudnia skupienie uwagi. I choć dzieci szybko nabywają umiejętności (korzystanie z programów graficznych, łatwość poruszania się w Internecie), z którymi niejednokrotnie starsi mają problemy, to we wszystkim trzeba zachować umiar.
    Wiem, jakie to trudne, bo sama nieraz ulegałam, gdy kilka par oczu wpatrzonych we mnie proszącym wzrokiem, błagało „babciu, czy mogę pograć na twoim tablecie?”. Łatwiej pozwolić, trudniej znaleźć atrakcyjną alternatywę, zainteresować czymś innym, zaciekawić. Dlatego rozumiem zmęczonych rodziców, którzy pozwolą pograć na smartfonie czy tablecie, włączą telewizor z jakąś bajką, których pełno w szufladach, i mogą wówczas spokojnie zająć się domowymi obowiązkami. To łatwiejsze, ale na pewno nie lepsze. Powinien być nieprzekraczalny dzienny limit czasu, w którym dziecko korzysta z tych wymarzonych atrakcji. Namawiam do tego. Siebie, jako babcię, też.

  2. Oj, wszystko to prawda. Woziłam na ten Uniwersytet Dzieci dwójkę – na dwa różne zajęcia w zależności od wieku – bosz… jak ja się umordowałam organizacyjnie, ale uważałam, że warto, aż mi starsza córa powiedziała, że ona wolałaby ze mną w domu porobić jakieś doświadczenia. I przestałyśmy się męczyć – wstawać w sobotę rano, lecieć do miasta, szukać miejsca na parkingu, gubić w tłumie innych dzieci, szukać później czegoś do jedzenia… przestałyśmy się męczyć i zaczęłyśmy żyć.

  3. bialanka77@gmail.com' Anka Białoszewska pisze:

    Trafne obserwacje, dziecko łatwiej jest posadzić przed telewizorem, niekoniecznie dla oglądania bajek, ale są też programy edukacyjne, naprawdę ciekawe tylko co z tego jeśli nie obejrzy się go wspólnie i nie porozmawia potem? Traci się wspólny świat, wspólny język i pojęcia, oddalamy się od siebie i stajemy obcy, a jest to zupełnie nie do odrobienia.

  4. danuta.sikora@wp.pl' Danuta pisze:

    Dzień Dziecka skłania do refleksji. Najważniejsze w tej nad opiekuńczości jest to aby pozwolić dzieciom dorosnąć. Jest to trudne, ale warto zaryzykować. Mają zupełnie inne dzieciństwo i to jest od nas nie zależne. My mieliśmy więcej wolnego czasu, często sami decydowaliśmy co bedziemy robić. Dzisiaj dzieci spędzają dużo czasu w szkole i na zajęciach dodatkowych. Mają do dyspozycji ciekawe pomoce i zabawki. Trochę niepokoi brak kontaktu bezpośredniego z rodzicami, dziadkami, rodzeństwem. Wychowujemy pokolenie uzależnione od sieci i sprzętu. Obrazki dzieci i rodziców wpatrzonych w smartfony to standard. Najważniejsza jest rodzina, to co dziecko wyniesie z domu daje mu kregosłup na całe życie. Tylko wiemy że szczęśliwi rodzice mają szczęśliwe dzieci. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach, dostaliśmy szansę na wychowanie dzieci na wartościowych ludzi z których będziemy dumni. Dla mnie wielką satysfakcją było kiedy dzieci mówiły” mamo jestem z ciebie dumna”. Ja też starałam sie je chwalić , bo to buduje. dzisiaj szkoła już tak nie wychowuje młodych ludzi, wiec ten ciężar trzeba przenieść. Warto o tym sobie przypomnieć z okazji #DzieńDziecka

  5. Sam mam teraz małe dziecko i dziękuję mu za uświadomienie mi, że wszyscy kimś takim byliśmy. Niby banał, ale dopóki się go nie ma trudno tak na dorosłych patrzeć i złapać dystans kiedy go brakuje. W sprawie dnia dziecka, zabawek i zajęć pozalekcyjnych, które przede mną ten dystans będzie potrzebny 🙂

  6. Danuta.sikora@wp.pl' Danuta pisze:

    Przede wszystkim trzeba pozwolić im dorosnąć , dla wielu matek to trudne, ale niezbędne dla przyszłych relacji. Pozwolić im wyfrunąć z gniazda i robić wszystko żeby to gniazdo nie zostało puste.

  7. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Najważniejsze, aby dzieciom przekazać dobre wartości. Pokazać, ale nie narzucać pozytywne możliwości spędzania czasu. Wykorzystać czas spędzony wspólnie z dziećmi do wzajemnego zrozumienia.
    Uczyć swobody, ale nie pozostawiać wychowania własnych dzieci innym.
    Kiedy nasze dzieci wyrosną, wtedy przekonamy się co się nam udało, a co nie.

  8. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Gabriel Ławit napisał pod zapowiedzią tego tekatu na Facebooku:
    Oczywiscie ze marza . A nowy iPhone 79 x plus turbo mega. A latajaca hulajnoga. A stumilowe buty. A trutka na ciotki. A wozek dziecinny uzbrojony w rakiety ziemia powietrze odpalajace automatycznie, gdy ktos mowi do dziecka idiotycznych jezykiem buci-huci-sruci. Nie mowiac of nocniku z wykrywaczem klamstw rodzicow. Swoja droga dekomunizacja dekomunizacja, a sowiecki Dzien Dziecka wiecznie zywy.

    • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

      Istotnie, Międzynarodowy Dzień Dziecka został ustanowiony w 1950 roku na dzień 1 czerwca we wszystkich krajach bloku sowieckiego, w tym w Polsce. Po raz pierwszy zorganizowano go w związku z akcją zbierania podpisów pod Apelem sztokholmskim. Dopiero cztery lata później Zgromadzenie Ogólne ONZ proklamowało Międzynarodowy Dzien Dziecka, ale jest on obchodzony w różne dni roku w różnych krajach.

      To nie tak jak z Dniem Matki, którego nowożytna tradycja sięga XIX wieku, a w Polsce zaczął być celebrowany 26 maja już w 1914 roku. Pisałam o tym w tekście
      http://twittertwins.pl/dzien-matki/

      W przedwojennej Polsce z inicjatywy Polskiego Komitetu Opieki nad Dzieckiem od 1929 roku było obchodzone Święto Dziecka w dniu 22 września. Tego dnia po mszach w kościołach dzieci udawały się do szkół na uroczyste akademie, a następnie na przygotowane wycieczki i zabawy, w czasie których rozdawano słodycze, zakupione ze środków pozyskanych ze zbiórek publicznych i tego dnia w kościołach rozdawano w kościołach dzieciom słodycze.

      Tak więc rację ma Gabriel Ławit, że Międzynarodowy Dzień Dziecka w dniu 1 czerwca ma rodowód komunistyczny. W ramach dekomunizacji nie przywrócono przedwojennego Święta Dziecka w dniu 22 września. Ale ten fakt nie jest obecny w powszechnej świadomości.

      • Kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

        Jak dla mnie nie ma znaczenia kto święto ustanowił. Dziś z komunizmem nie ma nic wspólnego. Dzieci nie mam. Mam za to dobrą motywację by spędzić trochę czasu z bratanicami. Sama radość.

  9. krzysiek.kala@gmail.com' Krzysiek pisze:

    Zastanawiając się nad optymalnymi warunki rozwoju dzieci pomyślałem, ze rzecz się ma trochę jak z uprawami pomidorów, czy truskawek. Zaawansowana technologicznie Holandia, to ogromna praca naukowców, doświadczenie rolników, sterowane komputerowo nawożenie, kontrolowany mikroklimat szklarni… rośliny nie mają praktycznie nic innego do roboty jak tylko pięknie dojrzewać. I rzeczywiście są piękne: okrągłe, idealnie czerwone, niemal identyczne, a jednak – jeśli chodzi o ten zapach i ten smak…

    Chyba nic nie robi dzieciom tak dobrze jak „słonce, i deszcz, i wiatr…” 🙂

  10. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    W podstawówce chodziłam na dużo zajęć popołudniowych: religię w salce przy parafii, kurs niemieckiego, harcerstwo i kółko teatralne. Nie kazali mi tego rodzice, to był mój wybór. Nauka jakoś na tym nie cierpiała, a jeszcze co tydzień wypożyczałam z biblioteki 5 książek. Musiałam się oczywiście nauczyć organizacji, że jak koło 14 wrócę ze szkoły, to muszę odrobić lekcje, bo na 17 idę na niemiecki, a jak wrócę koło 19 to już kolacja. Ale jakoś dawałam radę i dzisiejsze dzieci też pewnie dadzą.

  11. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Myślę, że w naszych czasach wielkim wyzwaniem dla rodziców jest dbanie o sprawność fizyczną swoich dzieci. Lekcje wuefu oczywiście nie wystarczą a i tak coraz więcej uczniów jest od nich zwolnionych. Nie każde dziecko ma zamiłowanie do uprawiania sportu i nie wszędzie jest możliwość uprawiania dyscyplin, które akurat danego młodego człowieka mogą wciągnąć. Dawniej jednak to samo życie zapewniało każdemu minimum ćwiczeń. Żeby porozmawiać z koleżanką lub kolegą trzeba było wyjść z domu czasem przejechać te 1,5 km na rowerze. Rower był a czasów mojej młodości też podstawowym środkiem dojazdu do kościoła Dziś przyjaciółki mają ze sobą stały kontakt ne wychodząc po szkole w ogóle z domu, a jeśli się spotkają się to i tak większość czasu zajmuje im wspólne przeglądanie Internetu. Niegdyś wolny czas spędzało się nie przy grach internetowych ale spotykając się w większych grupach. Takie spotkania w naturalny sposób sprzyjały sportowym rywalizacjom czy popisywaniu się swoją sprawnością. Prawie w każdą niedzielę, oprócz zimy oczywiście, w mojej wiosce odbywały się mecze futbolowe, czasami rozgrywki w siatkówkę. Zimą nigdy nie brakowało chętnych do gry w tenisa stołowego. Z tego co obserwuję w ostatnich latach to miłośnicy ping-ponga jeszcze się spotykają ale znajdujące się przy lesie boisko zaczyna zarastać krzakami. Owszem jet grupka chłopaków regularnie jeżdżących na gminny orlik lub salę gimnastyczną ale są to już ludzie dorośli dysponujący swoimi samochodami – dojazd 10 km. Za czasów mojej młodości często mówiło się, że dzieci na wsi za dużo i za ciężko pracują. W wielu przypadkach to była prawda. Nie sądzę jednak, by jakiemuś zdrowemu nastolatkowi mogło zaszkodzić 2 godz. podgrabywania siana, a wyrabiało kondycję lepiej niż nordic walking. Teraz wszystko robią maszyny. Czasem bywa, że jedyną pracą fizyczną jaką wykonuje w tygodniu moja 15-letnia córka jest mycie mopem podłóg w sobotę.
    Co robić by nasze dzieci nie były wątłe, słabe, pozbawione odporności i wytrzymałości? Może Państwo coś podpowiedzą. Ja myślę, że najważniejsze jest zachęcanie do aktywności fizycznej od najmłodszych lat własnym przykładem -w szczególny sposób wykorzystując do tego wakacje.

    • zdariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

      W Chinach lekcje wf są na równi traktowane z innymi przedmiotami.
      Co więcej by dostac się do dobrej szkoly ocena z wf musi byc bardzo dobra:) Chindkie dzieci nie maja klopotow z kręgoslupami i otyłością. U nas nagminne jest usprawiedlieianie rodzicow nieobecnosci na wf.Szkoly rezygnuja z popularnych sks bo brak chętnych by w nich uczestniczyć. Kregoslupy naszych dzieci są krzywe a problemy zdrowotne spotegują się w dorosłości:(Dzieciom w dniu dziecka życzę rodziców , ktorzy konsekwentnie nie będą usprawiedliwiać nieobecnosci na wf.Byc moze tym sposobem część z nich odkryje głęboko ukryte talenty sportowe:)

  12. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Czytałem wykłady Feynmanna na tematy ogólne – roli nauki, współczesnego świata itp.
    Laureat nagrody Nobla przyznał, że wszystkie osiągnięcia naukowe zawdzięcza swojemu ojcu, który podczas wspólnych spacerów nauczył go patrzenia na otaczający świat, zachęcił go do myślenia, wyciągania wniosków przez stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. Dzisiaj dzieci maja dostęp do internetu, mnóstwa zabawek, ale nic nie zastąpi pierwszego impulsu, który powinien pochodzić od rodziców.

  13. ewa.oczkowska64@gmail.com' Ewa pisze:

    W pełni zgadzam się z krótkim ale jakże prawdziwym komentarzem P. Jurka.
    Zawsze uważałam i nadal tak twierdzę , że tego co zaszczepią rodzice w swoich dzieciach nie nie jest w stanie zastąpić nikt i nic.
    Znam wiele rodzin wielodzietnych przy czym majętnych. Rodzice są lekarzami,sędziami,biznesmenami w w kolejnym pokoleniu ale przede wszystkim są rodzicami. I do tego są osobami bardzo religijnymi. Angażują się w parafii,należą do Oazy Rodzin.W ich domach dzieci nie oglądają godzinami telewizji,nie korzystają z komputera kiedy chcą.Mają wyznaczone pół godziny oglądania bajek,zaakceptowanych przez rodziców w jeden wybrany dzień w tygodniu.Natomiast biblioteczki wypełnione są książkami a przy kolacji jest rozmowa o czym dzieci czytały w ciągu dnia. Komputer i TV zastępują gry planszowe. Dzieci cudownie potrafią się same bawić,wymyślać najróżniejsze zajęcia dla siebie. Wiedzą co to gra w chowanego, ciuciubabkę w berka ,dwa ognie oraz co oznacza ,,kto pierwszy dobiegnie,,. Są radosne uśmiechnięte i wysportowane. I są przede wszystkim są dziećmi.
    Widzę różnicę w stosunku do innych rodzin gdzie jedno lub dwoje dzieci nie potrafi obejść się bez smartfona czy laptopa. Nie potrafią wymyślać żadnych dziecięcych zabaw i jest to wręcz dla nich nudne. Ale niestety to rodzice im na to pozwalają,mając przy tym ,,święty spokój,, i czas na internet i TV.

  14. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Richard Feynman, amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla, przyznał, że wszystkie osiągnięcia naukowe zawdzięcza swojemu ojcu, który podczas wspólnych spacerów nauczył go patrzenia na otaczający świat, zachęcił go do myślenia, wyciągania wniosków przez stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. To przypomniał w swoim komentarzu Jurek Strzelczyk. Jeszcze , gdy sama chowałam dzieci, rozmowa z nimi była zawsze czymś bardzo ważnym. Czasem odkładało się wszystko inne, zarywało noc, gdy trzeba było z dzieckiem poruszyć jakiś ważny temat. Nie pamiętam sytuacji, aby dzieci się przy tym nudziły. W ogóle nieznane było wtedy pojęcie nudy u dzieci. Dziś usłyszałam, że gdy dziadek zabrał na weekend swoją dwunastoletnią wnuczkę na przejażdżkę jachtem, wróciła po dwóch dniach strasznie znudzona. Cóż za atrakcji oczekiwała? Dzieci nudzą się podczas rozmowy, nudzą się na lekcjach, podczas rozmów ze starszymi, nudne są lektury, filmy… Im więcej zapewniamy im atrakcji, tym więcej ich oczekują. Dziękując wszystkim, którzy zabrali głos w dyskusji ponawiam pytanie, które kończyło mój tekst: Jacy dorośli wyrosną z dzisiejszych dzieci?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *