Przerwa międzysemestralna

stok

Gdy na uczelniach dobiega końca sesja egzaminacyjna, a do początku nowego semestru jest jeszcze kilka dni to właśnie ten czas nazywamy przerwą międzysemestralną. Można je wykorzystać na wyjazd do domu, wypad w góry, szczególnie gdy dopisuje śnieg i umożliwia szusowanie po stoku.

Zawsze wtedy, gdy zaczyna się przerwa międzysemestralna przypomina mi się ta historia. Przejmująca, bo prawdziwa, powtarzana wśród studentów Duszpasterstwa Akademickiego „Wawrzyny”. Student, jeden z tych, którzy mieszkali w pokojach przy duszpasterstwie, zdał w terminie egzaminy i miał ponad tydzień wolnego przed rozpoczęciem zajęć w drugim semestrze. Czekał z utęsknieniem na ten czas, zwłaszcza że w górach był śnieg i znakomite warunki narciarskie. Z plecakiem i nartami zjawił się na dworcu, aby możliwie jak najwcześniejszym pociągiem wyjechać. Od dawna planował ten wypad, po stresującej sesji marzył o relaksie.

dworzec2

Zanim dotarł do kasy biletowej minął ławkę, na której siedział on. W zniszczonym i brudnym ubraniu, zarośnięty. Pewnie minąłby go obojętnie, gdyby nie to błagalne spojrzenie jasnych oczu spod zmierzwionych włosów. Zatrzymał się i zagadał, nie potrafił odwrócić wzroku. Po chwili rozmowy z bezdomnym zmienił plany.

Nie pojechał na swój wymarzony wypad w góry. W jednej chwili pogodził się z myślą, że nie będzie w tym roku nart. Zabrał bezdomnego do siebie. Okazało się, że w zniszczonych, rozpadających się butach są stopy całe w ranach. Wizyta zaczęła się od kąpieli, dał mu swoje rzeczy do ubrania, potem przygotował posiłek. Wieczorem odstąpił mu swoje łóżko. Przecież i tak miał spać na karimacie. Bezdomny został u niego kilka dni. Rany zaczęły się goić, czyste ubranie, codzienna kąpiel pozwalała wrócić do normy. Najważniejsza jednak była obecność kogoś, kto chciał wysłuchać jego historii, okazywał bezinteresowną życzliwość. Przerwa semestralna dobiegała końca, trzeba było załatwić lokum dla nowego przyjaciela.

Kogo dziś byłoby stać na taki gest? Łatwo jest pomóc, dając to, co zbywa. Najłatwiej dać pieniądze. Trudniej organizować zbiórkę na jakiś szlachetny cel. Nie myślimy nawet, kto i jak je spożytkuje, zwykle ufamy instytucji, którą wspieramy. Ale pomóc wyrzekając się czego ważnego, radykalnie zmieniając plany? Na to stać niewielu, nawet bywają problemy, gdy chodzi o najbliższych. Ale tak poświęcić się dla nieznajomego?

Gdy pierwszy raz usłyszałam tę historię, pomyślałam o wdowim groszu, ubogiej kobiecie, która ze swego niedostatku dała wszystko, co miała. Ale ta historia uczy i zawstydza, bo pokazuje, że można wyzbyć się całkowicie egoizmu. Pomóc naprawdę. Przecież tak łatwo wyjąć portfel i dać nawet banknot, nie bilon, myśląc o skróceniu wyjazdu o jeden dzień. Tak łatwo można było pogodzić spokój sumienia z realizacją swoich planów. Ale czy byłaby to pomoc taka, jaka była potrzebna?

Gdy zaczyna się nowy semestr na uczelniach i studenci wracają z dłuższych lub krótszych wyjazdów zawsze przypomina mi się ta historia, zmuszając do odpowiedzi na pytanie, czy mnie byłoby na to stać. Ale czasem poświęcenie może mieć formę, która jest może mniej spektakularna, ale ma też ten sam element – wyrzeczenie. Mój siostrzeniec, utalentowany matematyk, zawsze zaliczał sesję najwcześniej jak to było możliwe. Mógł wykorzystać przerwę semestralną na wyjazd, albo przynajmniej odpoczynek, relaks, jakąś rozrywkę. Jednak spędzał ten czas bardziej pracowicie, niż wówczas, gdy sam przygotowywał się do egzaminów. Po prostu pomagał kolegom, którzy mieli poprawki i uczyli się do egzaminów. Poświęcał na to cały wolny czas i robił to zupełnie bezinteresownie. Wielu zawdzięczało mu ukończenie studiów. Ale może właśnie dlatego dziś, jako nauczyciel akademicki, jest jednym z najbardziej cenionych przez studentów dydaktyków? Po prostu wie, czego student może nie rozumieć.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

10 komentarzy

  1. a.d.zysk@gmail.com' Artur pisze:

    Może to tylko moje odczucie, ale chyba jest w nas więcej dobra niż to w jaki sposób zazwyczaj sądzimy o samych sobie i innych.

    Opisany przez Panią Marię przypadek jest z całą pewnością bardzo specyficzny i prawdą jest że niewielu ludzi potrafiłoby zdobyć się aż na tak głębokie podejście do kogoś zupełnie obcego i poza ogólnie przyjętym marginesem bytu.

    Czy ja sam byłbym w stanie tak się zachować? Chyba jednak mogę rzec, tak. Nie jestem jednak pewien czy aż do tego stopnia; nie wiem bo to mi nigdy przez myśl nie przeszło. A na jakiej podstawie zdobyłem się na taką ocenę samego siebie? To akurat jest powiązane ściśle z moim dzieciństwem i kolejnymi jego etapami.

    Moi rodzice przygarnęli starszego pana (lwowiaka) pod swój dach choć nie musieli. Powodem tego był jednak znaczący fakt. Gdy rodzice potrzebowali kąta kiedy ja się pojawiłem na świecie on nas przygarnął. Mieszkaliśmy wspólnie trzy lata do momentu kiedy rodzice otrzymali mieszkanie.
    Wyprowadzaliśmy się z radością i niepokojem. Pamiętam to (sic!) pomimo tak młodego wieku. Byliśmy dziwnie smutni w drodze do nowego mieszkania, nagle rodzice spojrzeli na siebie i poprosili kierowcę aby zawrócił w połowie drogi. Pan Feliks Onderko musiał do nas dołączyć. Żył z nami do końca swoich dni i stał się członkiem naszej rodziny, a ja do niego zwracałem się per „dziadek Felek”. Zawsze przed wyjściem do szkoły już w wieku siedmiu lat szykowałem mu śniadanie przed wyjściem; naturalnie część była już przygotowana przez mamę.
    Jego śmierć była tak samo bolesna dla nas jak jakiegokolwiek członka naszej rodziny.

    Doświadczenie lat życia z dziadkiem Felkiem miało zdecydowanie wpływ na moje podejście do innych ludzi, zawsze miałem cierpliwość do starszych osób. Nie tylko rodzina, ale sąsiedzi czy zupełnie obcy ludzie którym pomagałem poprzez akcje duszpasterstwa akademickiego. Pomoc w zakupach, pogawędki, wizyty u starszych samotnych ludzi w szpitalach. W żadnym wypadku nie czułem się z tym niekomfortowo, jakoś zupełnie było to dla mnie naturalne.

    Nawiązując do samego wstępu wpisu Pani Marii. Czy nie jest to właśnie tak w wielu z nas że czas który możemy poświęcić samym sobie często darujemy innym?
    Znam wiele takich przypadków wśród moich znajomych, przyjaciół. A co najważniejsze, sam tego doświadczałem.
    Jako student w czasie wakacji każdego lata wyjeżdżałem na miesiąc zamiast na wakacje do ośrodka dzieci niewidomych w Laskach gdzie zajmowałem się zarówno opieką nad dziećmi które w ośrodku pozostawały, a jednocześnie pracowałem na rzecz ośrodka. Kopanie rowów pod fundamenty nowych zabudowań, praca w polu czy różnych oddziałach ośrodka. Uwielbiałem pracę w piekarni oraz ich lokalnym szpitaliku, uciekałem od pasieki :))) Naturalnie była to praca w pełni charytatywna.

    I na koniec. Wielokrotnie stykam się z ludźmi bezdomnymi na ulicach Londynu. Nie oceniam ich bowiem bardzo często to jest ich wybór pomimo tego, że mają schroniska a jednak z nich rezygnują.
    Ale zdarzyło mi się wiele razy zabrać takie osoby albo na wspólny posiłek bądź też aby im coś kupić do zjedzenia. Rzadko daję pieniądze z bardzo prostej przyczyny, wolę ich nakarmić wiedząc jak często mając pieniądze pokuszą się bardziej na alkohol lub papierosy.

  2. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Bezdomnym można zostać szybciej niż się wydaje nawet mając pracę i nie będąc uzależnionym od nałogów. Osobiście znam taką sytuację na szczęście skończyla się dobrze człowiek wyszedł z tego stanu. I nie ukrywał co mu się działo nawet chodzil do Żywej Biblioteki.

  3. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Czasami życie stawia nas w przeróżnych sytuacjach, takich jakich byśmy sobie nie życzyli.
    Nasza reakcja zależy od różnych czynników. W czasach studiów przechodziłem nad Odrą, kiedy panowała wiosenno-zimowa pogoda, zimno, mokro, a obok ławki leżał facet mokry, śmierdzący alkoholem.
    Budził we mnie obrzydzenie, ale pomyślałem, że nie może tak leżeć. Próbowałem posadzić go na ławce, ale zaraz spadał. Nie wiedziałem co robić, a szedłem na zajęcia. Tymczasem podszedł jakiś młody człowiek, który zainteresował się sytuacją. Po namyśle zadzwonił na milicję, która szybko przyjechała i spisała nasze dokumenty. Milicjant prosił mnie, abym pomógł mu wsunąć delikwenta do auta, bo jak powiedział – pan ma rękawice, a on prawdopodobnie brzydził się go dotykać.
    Miałem też inne zdarzenia z panami „pod wpływem”. Kiedyś jakiś gość na ulicy przyznał się, że wypił trochę za dużo i prosił, aby zaprowadzić go do domu. Na szczęście nie musiałem wiele nadkładać drogi i miałem trochę czasu, ale czasami podtrzymywałem go, aby nie upadł. Doprowadziłem go pod drzwi, a jego żona mi podziękowała.
    Pytano siostrę zakonną, która opiekuje się osobami pokrzywdzonymi przez los, dlaczego pomaga kobiecie, która jest znana pijaczką. Siostra odpowiedziała – gdybym ja miała takie życie, to też bym piła.

  4. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    To prawda, że prawdziwe dobro wymaga poświęcenia, albo przynajmniej gotowości do wyrzeczeń i zmiany planów, jak choćby opisana tu historia mojego syna, który pomagał w czasie sesji kolegom w przygotowaniu do egzaminów z matematyki. Tylko że on nigdy nie uważał, iż się poświęca, wprost przeciwnie, sukcesy kolegów na egzaminach przynosiły mu radość. Gdy namawiałam go, aby choć dwa dni „wykroił” z trzech tygodni wolnego, odpowiadał pytaniem: „czemu nie pozwalasz mi być dobrym?”. I nigdy nie czekał na żadną wzajemność. Ale właśnie wtedy ta wzajemność w takiej czy innej formie, może nie bezpośrednio, ale od grona przyjaciół sama przychodzi, bo dobro zawsze wraca.

    Trudniej pomagać osobom uzależnionym od alkoholu, na co zwróciła uwagę pani Ewa Mastalska. Miałam kiedyś kontakt z taką osobą. To był sąsiad, a jednocześnie ojciec kolegi mojego syna z klasy. Człowiek wykształcony, z dobrą pracą. Gdy popadł w alkoholizm, zaczął się staczać, żona wyrzuciła go z domu, stracił pracę, spał na klatkach schodowych, bo i w ośrodku dla bezdomnych dla pijącego nie było miejsca. Żal było patrzeć. Często zaczepiał mnie w sklepie, albo na osiedlu, prosząc o pieniądze. Byłam gotowa (i często to robiłam) kupić mu to, co potrzebuje, ale nie dawałam gotówki, bo wszystko by przepił. Namawiałam na terapię. I w końcu, nie wiem jak, przestał pić, pozbierał się, kupił kawalerkę i… podziękował mi, że wtedy nie dawałam mu na alkohol. Trzeba pomagać, ale mądrze. Dawanie pieniędzy alkoholikowi czy narkomanowi, to jak dolewanie oliwy do ognia, to pogłębianie problemu.

  5. ola@arxhidiecezja.katowice.pl' ola pisze:

    Bezinteresowność często próbuje się zaszczuć przez podejrzenie jakiegoś tam …zysku. Nie mówię o celebrytach czy innych znanych postaciach telewizyjnych,myślę o zwykłych ludziach robiących coś dla innych, udzielających się dla dobra innych.

  6. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Pan o którym pisałam nie pił miał problemy z innych powodów.

  7. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Urzekły mnie obie przytoczone historie młodych, bezinteresownych ludzi. Istnieje wiele przyczyn, dla których ludzie chcą jednak pomagać innym a odpowiedź syna Pani Małgosi: „czemu nie pozwalasz mi być dobrym?” wprawiła mnie w osłupienie. Ogromny szacunek dla Pani Małgosi za takie wychowanie syna. Okazywana pomoc daje korzyść obu stronom. Potrzebujący otrzymuje wymierną pomoc a ten, który jej udziela ma satysfakcję, no i świetną lekcję życia. Ludzie, którzy nie potrafią dzielić się tym, co posiadają nie staną się przez to bogatsi, ale wiele tracą. Egoizm przerodzi się często w samotność, czasami w zgorzknienie a nawet w zamknięcie się w sobie. Życzliwość, uśmiech, dobre słowo, to rzeczy, które nie wymagają zbyt wiele wysiłku, ale mają wartość bezcenną. Istnieje ryzyko, jeśli pomagamy komuś bliskiemu, wówczas rodzi się w nas pragnienie wzajemności. Inaczej wygląda to, gdy pomagamy, jak w obu przypadkach osobom nieznajomym. Warto jednak pomagać, bo widząc radość drugiej osoby czujemy się wówczas szczęśliwi i spełnieni.

  8. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Czasem pomoc to po prostu towarzyszenie komuś, kto jest samotny i potrzebuje, by go wysłuchać. Wiem, jak wdzięczna za wszystkie słowa wsparcia była żona zmarłego niedawno Twitterowicza Piotra Stróża (RADIO EREWAŃ @Piotres). Sama świadomość, że miał tylu przyjaciół wirtualnych, a teraz otoczyła ją przyjaźń i troska całkiem realna, dużo znaczy. Choć i w wielu wypadkach pomoc finansowa jest potrzebna. Na Twitterze co rusz pojawiają się prośby o wsparcie kosztownej operacji, leczenia, rehabilitacji… Każda taka sytuacja porusza serce, ale przecież nie można pomóc wszystkim. Wybieramy tych, których historia bardziej porusza. To także ważna forma pomocy, bo z małych datków wielu osób można uzbierać sporą sumę.
    Taka pomoc, o której piszę, nie wymaga specjalnego wyrzeczenia, tylko odrobinę wrażliwości.

  9. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Dziękuję za ciekawą dyskusję i cieszę się, że temat wzbudził zainteresowanie. Czasem warto zatrzymać się na chwilę refleksji. Dziękuję zwłaszcza za opisane przez pana Artura przykłady altruizmu: historię dziadka Felka czy wakacyjne wyjazdy do ośrodka w Laskach. Budujące. Bardzo rzadko zdajemy sobie sobie sprawę, że to, czym możemy obdarować innych, to jest także nasz czas. Jeżeli opisane historie zachęcą kogokolwiek do tego, by komuś potrzebującemu poświęcić chwilę uwagi, z czegoś zrezygnować niosąc pomoc innym, będę miała satysfakcję.

  10. mariarozycka@wp.pl' Maria pisze:

    Niedoścignionym wzorem pomagania, które konkretnie kosztuje, jest dla mnie ks. Abp Konrad Krajewski, papieski jałmużnik. Mówi on jasno – nie jest sztuką wysłać sms, właściwie bez żadnego wysiłku wesprzeć jakąś tam akcję charytatywną i mieć czyste sumienie i satysfakcję, że się pomogło. Albo zorganizować na rynku wigilię dla bezdomnych… Dużo trudniej jest zaprosić bezdomnego na obiad (i zjeść go razem z nim, przy jednym stole), dać mu swoje ubranie (jak zrobił to wspomniany przez Autorkę student) itd. Ks. Konrad tak robi, na co dzień. Wszystko co ma, oddaje ubogim. Nawet swoje watykańskie mieszkanie udostępnił syryjskiej rodzinie, a sam mieszka w małej klitce obok swojego biura…. Takim przykładem jest też ten młody człowiek z przytoczonej przez Autorkę opowieści!
    Uczymy się od takich ludzi, i pomagajmy – nie „na odczep”, ale naprawdę, z serca!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *