O naruszenie dóbr osobistych

To, że prawda sądowa i prawda materialna to dwie zupełnie różne sprawy, wie chyba każdy, kto wyrósł z wieku dziecięcego. W sądzie prawdą jest tylko to, co można udowodnić, a i z dopuszczeniem do procedowania przedstawionych przez strony dowodów też różnie bywa. Znamy to z różnych głośnych procesów z przeszłości.

Sędzia ma być niezawisły od wszelkich zewnętrznych nacisków, ale przecież nie jest niezależny od swoich przekonań, sympatii, poglądów… To niemożliwe. Powinien natomiast zachować rzetelność procedowania i przestrzegać obowiązujących go procedur.

Wydawało się więc, że tak prosta, choć rozpalająca emocje z racji rangi zaangażowanych w spór osób, sprawa będzie łatwa i szybka do rozstrzygnięcia. Przypomnę, że chodziło o zarzut naruszenia dóbr osobistych, który postawił Jarosław Kaczyński Lechowi Wałęsie. Sprawa dotyczy słów byłego prezydenta na temat rzekomej odpowiedzialności Kaczyńskiego za katastrofę smoleńską i spowodowanie śmierci 96 osób, wypowiedzi podważających jego zdrowie psychiczne oraz sugerujące, że to on stoi za oskarżeniami Wałęsy o współpracę z SB.

Wydawać by się mogło, że pozywający powinien uzasadnić, że te słowa padły (to oczywiste, pozwany się ich nie wypierał) oraz że są dla niego krzywdzące. Krzywdzące, czy w terminologii procesowej – naruszające dobra osobiste, a więc nieprawdziwe i godzące w dobre imię. Jeśli to, że Lech Wałęsa oskarża Jarosława Kaczyńskiego publicznie, nie mając na to żadnych dowodów, iż w rozmowie z bratem naciskał na lądowanie samolotu, czym przyczynił się do katastrofy i śmierci 96 pasażerów, to jest to ewidentne naruszenie dóbr osobistych. Nie byłoby, gdyby okazało się, że Wałęsa takiego zarzutu nie sformułował albo, gdyby miał dowód, że do owej rozmowy braci doszło, czyli, że jego zarzut jest prawdziwy. Ale widać tok zadawania pozywającemu pytań nie miał takiego celu. Indagowanie czy Jarosław Kaczyński pogodził się ze śmiercią brata, albo o jego wystąpienie w Sejmie ze „zdradzieckimi mordami” nie dotyczyło przecież tej sprawy. Sprawiało wrażenie, że pozywający staje się dla sądu podsądnym, osobą oskarżoną, która musi się bronić.

Nie inaczej było w przypadku pytań dotyczących dwóch kolejnych zarzutów. Przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego trwało pełne trzy godziny i było dla oglądających żenującym spektaklem.

Ale – jak się okazało –  potem było jeszcze gorzej. Przesłuchiwany przez sąd Lech Wałęsa nie tylko nie wycofał się ze swoich słów, ale rzucał kolejne oskarżenia, a następnie oświadczył, że to, co miał do powiedzenia, już powiedział i żeby sąd nie zadawał mu więcej pytań, bo i tak na nie odpowiadał nie będzie. Sędzia Weronika Klawonn bez sprzeciwu na to się zgodziła. – To dobrze – odpowiedziała. Wcześniej tłumaczyła z „wałęsowskiego” na polski, zmieniając sens wypowiedzi pozwanego, który dyktowała do protokołu. Z wypowiedzi Lecha Wałesy, niczym zresztą niekontrowanej, można się było dowiedzieć m.in., że pudło z materiałami z szafy Kiszczaka zostało spreparowane i  na polecenie Jarosława Kaczyńskiego dowiezione do mieszkania wdowy po generale. Wszystko to fałszywki. Przy okazji warto przypomnieć tekst mojej siostry, który pochodzi z czasów ujawnienia zawartości owej szafy „Oczyszczająca moc wyznania winy”. Prawdopodobieństwo, że  legendarny noblista podąży tą drogą nigdy nie było zbyt duże, ale niebawem spadło do zera. A szkoda. Cóż, Lech Wałęsa ma swoje niezaprzeczalne miejsce w historii, będzie symbolem odzyskanej po latach komunizmu wolności (pisałam o tym w tekście „Symbole”), ale częścią tej historii będą owe skazy i ta nieugięta dziś, kuriozalna, niedająca się logicznie wytłumaczyć, postawa. To będzie nieodłączny składnik mitu Wałęsy.

Nie wiem, jakie będzie orzeczenie sądu w tej sprawie, ale sam przebieg rozprawy wydawał się wystarczająco szokujący.

Internauci zauważyli, że sędzia Klawonn występowała podczas demonstracji KOD w koszulce z napisem KON-STY-TU-CJA. Dziś taka koszulka z charakterystycznym liternictwem nie jest tylko wyrazem szacunku dla ustawy zasadniczej, ale także, a może przede wszystkim, deklaracją polityczną, zaś włożenie jej na demonstracji jest – w przypadku sędziego – zaangażowaniem w spór polityczny po jednej ze stron.

Wydaje mi się, że udział w takiej demonstracji –wbrew temu, co wypisują prawicowi publicyści – to sprawa bez znaczenia, gdyż sędzia ma swoje przekonania, poglądy i sympatie.

Czy stać go będzie na obiektywizm? W sprawie ocierającej się o politykę, moim zdaniem, raczej nie. I chyba nic na to nie poradzimy.

„Dzisiaj obywatele niemający na co dzień do czynienia z sądami mogli zobaczyć jak kuriozalne wyglądają tam procesy. W pełnej powadze można rżnąć głupa, a sąd na cyrk zupełnie spokojnie pozwala. Dlatego wielu nie chce tam chodzić po sprawiedliwość” – napisał na Twitterze Krzysztof Sietczyński. „Ta sprawa powinna trwać góra godzinę. jest banalnie prosta. Zajęła 6 godzin, wcześniej 17 miesięcy. A potem płacz na długie terminy, że sędziowie zapracowani” – dodał w kolejnym wpisie.

Internauci byli bezlitośni, oburzonych, którzy często w niecenzuralny sposób wylewali swoje emocje, nie brakowało. Ja zaś uważam, że była to potrzebna dla wszystkich lekcja, aby pozbyć się złudzeń co do obiektywizmu sędziów. A i zapewne sprawiedliwość łatwiej znaleźć w słowniku. No, zobaczymy jak będzie tym razem.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

14 komentarzy

  1. charzynskimichal@gmail.com' m.k.charzyński pisze:

    Pani Małgorzato. Zdjęcie pani sędzi zrobiono nie ma manifestacji ale była to grupowa fotografia sędziów SO w Gdańsku. Podobne fotografie robili sobie sędziowie z całek Polski. https://www.rp.pl/Sedziowie-i-sady/311249974-Sedzia-w-procesie-Walesa—Kaczynski-oskarzana-o-stronniczosc.html
    Sędzia tłumaczyła słowa Wałęsy aby można je było zapisać i włączyć do mat, dowodowego. Sędzia pozwoliła powodowi spokojnie uzasadnić swoje stanowisko. Pan Prezes Kaczyński miał możliwość rzeczowych wypowiedzi.Pytania wstępne były pytaniami proceduralnymi i nie dało się ich ominąć. Przykro mi ale mam inne wrażenia z tef rozprawy.

    • konpolzkizpolski@gmail.com' Koń Polski pisze:

      M.Charzyński, i wszytko jasne.
      Polecam profil tego pana na twitterze, wiele wyjaśni.
      Znęcać się nad logiką i sensem jego argumentów nie mam zamiaru, ale wiem jedno – po tej sprawie, bez względu na werdykt wzrosła liczba osób przekonanych o konieczności reformy i oczyszczenia systemu sądowniczego w Polsce.

      • charzynskimichal@gmail.com' m.k.charzyński pisze:

        A co było takiego dziwnego/szokującego na tej rozprawie? Rutynowa działania sądu, wszystko wedle norm kodeksu. Podobne wrażenia z tej rozprawy miał dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej pan Patryk Słowik. Jego wpisy na TT o tej rozprawie dostępne są w tym wątku: https://twitter.com/Jan_Kunert/status/1065950602637836288
        Pomijam fakt że nie odniósł się pan w żaden sposób do moich merytorycznych uwag.

  2. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Widzę to tak.Dwóch dziadków okłada się laskami.Jeden zazdrości sławy,drugi władzy.W sumie śmieszni są.Dużo zdrowia im życzę niemniej odetchnę z ulgą gdy ich czasy przeminą.Jeden z nich już nie ma na nas wpływu,drugi nas nadal nęka.Już dość.Trywialne jest to że jest wielka spina,że ktoś włożył kiedyś taką a nie inną koszulkę.

  3. k.jarkiewicz.ign@gmail.com' Katarzyna Jarkiewicz pisze:

    Jako historykowi trudno mi nie odnieść wrażenia,że cały proces czego innego dotyczy niż tylko pomówienia. Chodzi o zapis historii i można wiele zarzucić Wałęsie,ale jednego nie – w jego bufonadzie nie tylko jest obecna mitomania, ale też logika przekazu dla potomnych. W dobie nadmiaru źródeł nasi następcy wolni od emocji towarzyszących naszej teraźniejszości będą musieli dokonać niezwykłej ekwilibrystyki, aby dojść do prawdy: co wybrać, a co odrzucić, co jest pierwszoplanowe, a co stanowi tylko opis. Archiwalia aktowe zawsze będą przeważały nad publicystyką, więcej wiary damy dowodom oficjalnym niż prywatnej korespondencji czy sądom nagranym przy kawiarnianym stoliku. Potomni nie będą podważać akt służby bezpieczeństwa, chyba że podważy je sąd lub choć zgłosi taką wątpliwość w swoich dokumentach. Kaczyński również wie,że ten sąd jest o zapis historii, a nie o prawdę. Chodzi o potwierdzenie,że wysuwane przez Wałęsę insynuacje odnośnie katastrofy smoleńskiej są rzeczywistym kłamstwem i kreacją rzeczywistości,której nigdy nie było. Sąd ma nie lada orzech do zgryzienia, bo oczekiwania wobec niego przekraczają kompetencje nałożone przez prawo i ustawy. I naprawdę nie chodzi o to,czy sąd będzie bezstronny czy stronniczy po którejś stronie, ale o to, czy się będzie bawił w tę grę polityków czy nie. Na razie wydaje się,że sąd ma kaca,ale jak dalej będzie zobaczymy

  4. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Przytaczam kilka wybranych wpisów pod zapowiedzią tego tekstu na Twitterze i Facebooku. Jak zwykle te obraźliwe czy też zawierające niecenzuralne wyrazy pomijam.

    Gutab
    Relatywizm prawdy został wprowadzony na gruncie negacji filizofii greckiej i chrześcijańskiej i dał początek ruchom od socjalizmu po neoliberalizm. Antagonizm Kaczyński – Wałęsa postrzegam jako starcie 2 systemów: opartego na prawdzie (JK) kontra opartego na kłamstwie (LW).

    Małgorzata Gadawska
    Tekst, jak zwykle, bardzo ciekawy. Natomiast, mam duże wątpliwości, co do tego, że owa rozprawa była dla ogółu Polaków pouczającą lekcją. Myślę, że ocena tego wydarzenia, w większości przypadków, jest, niestety, nadal uzależniona od sympatii politycznych oceniającego.

    Witold Kabański
    Sprawa o ochronę dóbr osobistych zawsze niesie dla powoda ryzyko, że nie wszystko pójdzie po jego myśli a mleko może się dalej rozlewać. Pozwany może się bronić zarówno aktywnie, jak i pasywnie – jego wybór. A KON-STY-TU-CJA to dla każdego uczciwego prawnika, dobro najwyższe.

    Jan Śliwa
    Chyba raczej Konstytucja.
    KON-STY-TU-CJA to logo określonej opcji.
    Podobnie gdyby sędzia manifestował w koszulce Red is bad przeciwko totalnej opozycji, a jedna ze stron przyszła na proces w identycznej koszulce.
    Ci sędziowie wg Art 178.3 sami wykluczyli się z zawodu.

    Jan Buczyński
    A gdyby sędzia chodził w koszulce „PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ!”? Przecież to też dla każdego prawnika najwyższe dobra.

    Agnieszka Romaszewska
    To był skandal sądowy i tyle.
    A koszulka z napisem i publiczne manifestowanie poglądów politycznych, które sędzia owszem, zapewne ma, jest jednak zakazane KON -STY- TUC – JĄ !!!!! I warto o tym pamiętać.

    Gabriel Ławit
    Oni reformują polskie sadownictwo. Żeby nie traciło czasu na jakieś nieistotne gwałty, morderstwa, rabunki i afery.
    Żaden skandal. Kabaret.
    A w ogóle kto wie co tam pisze w konstytucji? Pewnie ci co ja redagowali tez nie wiedza. Albo zapomnieli.
    A zresztą jak sią wpakuje swoich ludzi do TK i innych sadow, i ma się większość w parlamencie, to jakie ma znaczenie, co tam stoi w konstytucji?

    Adam Kłykow
    Gratuluję Autorce tekstu oraz… współczuję Jej jak sobie samemu po bliskich spotkaniach z sędziami niezawisłymi nawet od litery ustaw i zdrowego rozsądku.

  5. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Tak się złożyło, że nie mogłam oglądać transmisji z procesu w sprawie, jaką Jarosław Kaczyński wytoczył Lechowi Wałęsie, nie widziałam nawet migawek z tego żenującego spektaklu. Nie będę więc komentowała tego, co znam jedynie z drugiej ręki. Chcę natomiast podzielić się refleksją, a właściwie własnym doświadczeniem z kontaktem z wymiarem sprawiedliwości. W ubiegłym roku byłam bowiem w sądzie w charakterze świadka w pewnej sprawie cywilnej. Świadkiem w tej sprawie był również mój mąż i trzech jego kolegów ze szkoły średniej. Prawdę mówiąc nikt z nas nie wierzył, że zatriumfuje sprawiedliwość, bo sprawa była niezwykle trudna. Dotyczyła własności mieszkania byłej nauczycielki i wychowawczyni mojego męża, z którą aż do jej śmierci utrzymywaliśmy kontakty, opiekując się samotną i chorą kobietą w bardzo podeszłym wieku. Te kontakty utrzymywali także męża koledzy – byli uczniowie dzielili się obowiązkami: robili od czasu do czasu zakupy, załatwiali wizyty u lekarza, zawozili do szpitala, odwiedzali. Ta była wychowawczyni nie tylko chorowała na ciele, ale cierpiała też na zaburzenia psychiczne, miała omamy, przewidzenia, słyszała jakieś głosy. Okazało się, że ten stan psychiczny wykorzystała synowa zaprzyjaźnionego z nią małżeństwa – sprytna prawniczka napisała testament, w którym za „opiekę” starsza pani zapisała jej mieszkanie. Podpisała dokument, nie mając świadomości co podpisuje. Opieka nie zaistniała, bo owa prawniczka na stałe mieszkała w Kanadzie… Ale, gdy dowiedziała się o śmierci właścicielki zapisanego jej mieszkania, przyjechała natychmiast i pozwała do sądu prawowitą spadkobierczynię, czyli bratanicę tej nauczycielki, która ze swoją ciotką była bardzo związana i choć na stałe mieszkała w Kołobrzegu często do Wrocławia przyjeżdżała. Sąd miał uznać testament, co pozbawiłoby ją mieszkania. Stanęły w sądzie naprzeciw siebie prawniczka, która podstępem wyłudziła podpis pod testamentem, ze swoim znakomitym adwokatem i bratanica zmarłej nauczycielki z adwokatem z urzędu, bo nie było ją stać na pełnomocnika. Powołani przez nią świadkowie to byli uczniowie, w tym mój mąż i ja. Umówiliśmy się co do jednego – będziemy mówili tylko prawdę, nic nie koloryzując. Mimo że byliśmy poddani lawinie podchwytliwych pytań, które miały zdezawuować tezę o podpisaniu testamentu w stanie niepełnej poczytalności, bo takie zadawał adwokat strony pozywającej, nasza prawdomówność wystarczyła do stworzenia obrazu spójnego, bez wewnętrznych sprzeczności. Sędzia, która wprawdzie nie uchylała podchwytliwych pytań, po przesłuchaniu świadków zleciła ekspertyzę u biegłego psychiatry. Stwierdził on, że owa nauczycielka cierpiała na schizofrenię i nie mogła mieć świadomości, podpisując podsunięty jej testament. Mieszkanie pozostało w rodzinie. Zwyciężyła prawda i sprawiedliwość.

  6. kadras1975@gmail.com' Mariusz pisze:

    Mam dobre doświadczenie w sądzie (ktoś podrobił mój podpis i wziął kredyt,ciężko było się bronić 8 lat później gdy ze względu na chore oczy nie byłem w stanie się podpisać tak jak wcześniej a ręce z nerwów drgały).Pani sędzia zaprosiła mnie na rozmowę w cztery oczy plus protokolant.To się dobrze skończyło (uczciwie,zgodnie z prawdą).Proces Jarosław vs.Lech to polityczny cyrk.Takie igrzyska.Może w tym przypadku można w jakiś sposób jednorazowo pojedynek zalegalizować?Dać im laski elektryczne (odpowiednio bezpieczne dla zdrowia) i punkty liczyć.Czyż to nie lepsze dla Polski?Taki Alien vs. Predator light.

  7. krzysiek.kala@gmail.com' Krzysiek pisze:

    Drobna dygresja.

    Do niedawna myślałem, że głuchy telefon to tylko zapomniana zabawa towarzyska. Okazuje się jednak, że jest ona ciągle praktykowana w sądzie. Na poważnie.

    Sytuacja, w której sędzia dyktuje do protokołu co powiedział (lub nie powiedział) świadek, jest po prostu zabawna. Szczególnie, kiedy protokolant dopytuje – wygląda to na rozmowę trzech osób, z których dwie udają, że się nie słyszą 🙂 Do tego metoda nieefektywna i podatna na przekłamania, ale na tym również polega władza sędziego, to on decyduje co, i w jakiej formie trafi do protokołu.

  8. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Po obejrzeniu niektórych procesów sądowych, w tym rzeczonej sprawy również, szczęśliwy jestem, że nigdy nie miałem z wymiarem sprawiedliwości do czynienia, bo ten często z rzetelnością czy sprawiedliwością niewiele ma wspólnego.

  9. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Przez ponad 20 lat po obaleniu komunizmu funkcjonował we wszystkich głównych mediach dogmat, wg którego wyroków się nie komentuje, a sędziowie to perfekcyjni, apolityczni profesjnaliści o nie kwestionowanej uczciwości. I jeśli nawet jakiś wyrok wydaje się niesprawiedliwy to wina niedoskonaego prawa lub braku jednoznacznych dowodów (np. wyroki w sprawach zbrodni stanu wojennego). Sędziowie chronieni byli nie tylko immunitetem, brakiem kontroli z zewnątrz środowiska, ale i brakiem jakiekolwiek publicznej krytyki. Określenie „nadzwyczajna kasa” w tym sensie wydaje się bardzo adekwatne. Nikt nie kwestionował faktu, że za czasów PRL-u sądownictwo wydawało wyroki na zamówienie władzy politycznej i było elementem aparatu ucisku. Jednocześnie mało kto ośmielał się zauważyć, że w III-iej RP w kluczowych instytucjach władzy sądowniczej wciąż wiodącą rolę odgrywają ludzie ukształtowani zawodowo za PRL-u a nawet dla niego „zasłużeni”. Po dojściu do władzy w 2015 roku PiS zaczął wdrażac reformy, których założeniem miało być likwidacja patologii wymiaru sprawiedliwości i odsunięcie od kluczowych stanowisk sędziów skomromitowanych. Aby wykazac konieczność reform w sprzyjających rządowi mediach zaczęto publikować przykłady różnych patologii, rażąco niesprawiedliwych wyroków, procesowych fuszerek, przestępstw i skandalicznych zachowań sędziów, które były łagodnie osądzane przez sądy dyscyplinarne. To wszystko spowodowało wielki wzrost napięcia na linii środowisko sędziowskie – partia rządząca. Niektórzy sędziowie zaczęli brac udział w pełnych emocji manifestacjach. To napięcie uwidacznia się w sprawach, które mają jakieś znaczenie polityczne jak opisywany powyżej proces Kaczyński vs Wałęsa. Myślę, że jest psychologicznie mało realne by tak silne napięcia i emocje nie iwidaczniały się jeśli nie w wyrokach to w ich uzasadnieniach, sposobie prowadzenia rozpraw czy komentarzach sędziowskich. Tym bardziej, ze niektórzy sędziowie z premedytacją, metodycznie wplatają różne polityczne aluzje.
    Nie chcę oceniać słuszności przeprowadzanych przez PiS reform sądownictwa ani sposobu ich wprowadzania – nie czuję się kompetentny. Uważam że zmiany były konieczne, jednak nie wydaje mi się by szybko burza wokół nich ucichła, a sądy funkcjonowały we wszystkich sprawach tak jak potrzeba: sprawiedliwie i apolitycznie.

  10. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Bardzo ciekawa dyskusja i celne komentarze pojawiły się pod tym tekstem, za co serdecznie dziękuję. Również zainteresowanie, które przeszło moje oczekiwanie. Niektórzy komentatorzy (jak m.in. Michał Charzyński) widzieli w tym procesie normalną, standardową procedurę, inni (jak choćby Gabriel Ławit) ocenili go jako kabaret, a jeszcze inni uznali, że „To był skandal sądowy i tyle (Agnieszka Romaszewska). „Sąd ma nie lada orzech do zgryzienia, bo oczekiwania wobec niego przekraczają kompetencje nałożone przez prawo i ustawy. I naprawdę nie chodzi o to, czy sąd będzie bezstronny czy stronniczy po którejś stronie, ale o to, czy się będzie bawił w tę grę polityków czy nie” – trafnie zauważyła Katarzyna Jarkiewicz. Bo polityka i historyczna ocena wisiała nad tym procesem. Czy także nad wyrokiem, zobaczymy. Tekst stał się także pretekstem do wyrażenia opinii o pracach sądów. Moja siostra czy Mariusz Domaradzki podzielili się swoimi pozytywnymi doświadczeniami; Adam Kłykow, gratulując mi artykułu, współczuł jednocześnie mnie i sobie samemu „po bliskich spotkaniach z sędziami niezawisłymi nawet od litery ustaw i zdrowego rozsądku”. Nie obyło się bez odniesień do toczącego dziś sporu rząd kontra środowisko sędziowskie. I pewnie rację ma Małgorzata Gadawska, która wyraziła opinię, że: „ocena tego wydarzenia, w większości przypadków, jest, niestety, nadal uzależniona od sympatii politycznych oceniającego”.

  11. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał dziś wyrok w sprawie, którą wytoczył Jarosław Kaczyński Lechowi Wałęsie i nakazał pozwanemu przeprosić pozywającego w formie oświadczenia, którego treść odczytała przewodnicząca składu orzekającego sędzia Weronika Klawonn. Zawiera ono przeprosiny w odniesieniu do jednego z trzech sformułowanych w pozwie zarzutów, a mianowicie oskarżenie o przyczynienie się do katastrofy smoleńskiej. Nie ma ani słowa we wspomnianym oświadczeniu o dwóch pozostałych zarzutach, czyli wypowiedziach podważających zdrowie psychiczne Jarosława Kaczyńskiego oraz sugerujące, że to on stoi za oskarżeniami Wałęsy o współpracę z SB. W toku rozprawy Lech Wałęsa bardzo szczegółowo odniósł się do owego zarzutu – sugerował wręcz, że to Jarosław Kaczyński stoi za przywiezieniem do mieszkania wdowy po gen. Czesławie Kiszczaku pudła ze „spreparowanymi” dokumentami dotyczącymi jego współpracy z SB.

    Wyrok nakazujący przeprosiny za jeden tylko sformułowany w pozwie zarzut może sugerować, że dwa pozostałe były bezzasadne. Zresztą Lech Wałęsa podtrzymuje wszystkie trzy zarzuty i dał temu wyraz w rozmowie, którą przeprowadził z nim Szymon Piezga a opublikował wczoraj onet.pl https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/lech-walesa-dla-onetu-ostrzegalem-przed-kaczynskim-ale-narod-mnie-nie-sluchal/d767xh2?utm_source=wiadomosci_viasg&utm_medium=nitro&utm_campaign=allonet_nitro_new&srcc=ucs&utm_v=2 i zapowiada, że żadnych przeprosin nie będzie, a w razie niekorzystnego wyroku odwoła się do Trybunału w Strasbourgu. Potwierdził to zresztą Mirosław Szczerba w swoim tweecie: „p.Prezydent @PresidentWalesa już wcześniej liczył się, że może zapaść wyrok niekorzystny dla niego wiec w tym przypadku będzie odwołanie do Trybunału w Strasbourgu. P. Prezydent Lech Wałęsa nie przeprasza. To p. Prezydenta Lecha Wałęsę maja przeprosić”.

    Dlatego nie dziwi mnie wpis Krzysztofa Sietczyńskiego na Twitterze: „Sąd właśnie przyznał, że Jarosław Kaczyński wytworzył teczkę Bolka. Lech Wałęsa”.

    Trzeba przyznać, że ten wyrok, to iście salomonowe rozwiązanie. C.d.n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *