Pożar, którego nie było

pożar

Późny wieczór 30 marca 1981 roku. Na ulicę Bacciarellego na wrocławskim Biskupinie wjeżdża na sygnale straż pożarna i zatrzymuje się przed pięciokondygnacyjnym blokiem. Błyskawiczna akcja, strażacy rozwijają drabinkę, dostają się przez uchylone okno do mieszkania na pierwszym piętrze. To było moje mieszkanie i  to ja wezwałam tę straż. W wielu oknach pojawiły się głowy ciekawskich sąsiadów, a następnego dnia musiałam dementować plotkę i cierpliwie tłumaczyć, że bezpieka nie podpaliła nam mieszkania. Ale zacznijmy od początku.

Trwał karnawał „Solidarności”, ale spokoju nie było ani przez chwilę. Co rusz wybuchały konflikty, a od początku marca rozgrywała się batalia o rejestrację rolniczej „Solidarności”. Zmiana na stanowisku premiera, która nastąpiła 11 lutego, kiedy to Wojciech Jaruzelski objął ster rządu, zachowując jednocześnie resort obrony, raczej sprawiał wrażenie kumulacji władzy w rękach wojskowych. Apel o 90 spokojnych dni nie brzmiał wiarygodnie.

O tym wszystkim rozmawiało się na osiedlu. Mój mąż jako wiceprzewodniczący związku na Uniwersytecie Wrocławskim i redaktor pisma „Komunikaty” był praktycznie w domu nieobecny.  A po prowokacji bydgoskiej, kiedy to brutalnie pobito Jana Rulewskiego i działaczy rolniczej  „Solidarności” Mariusza Łabentowicza i Michała Bartoszcze, niemalże nie opuszczał uczelnianej siedziby związku.

Dla przypomnienia, Bartoszcze w wyniku działań nieznanych sprawców miał złamaną żuchwę i podejrzenie zawału serca, u pobitego Rulewskiego lekarze stwierdzili wstrząs mózgu, stłuczenia twarzy, uszkodzenie dziąseł i potłuczenia ogólne. Związek miał obowiązek zareagować.

Już w nocy 20 marca Prezydium Krajowej Komisji Porozumiewawczej „Solidarności” wydało oświadczenie, w którym uznało, że wydarzenia w Bydgoszczy były prowokacją wymierzoną w rząd premiera Jaruzelskiego. Bardzo dziwne było to oświadczenie. Do dziś pamiętam słowa Lecha Wałęsy, który powiedział: „Premier chce robić dobrą robotę, jednak ktoś to zakłóca. Na pewno nie Solidarność”. To o generale Jaruzelskim. Żądano natychmiastowego przeprowadzenia śledztwa i ukarania winnych napaści.

Napięcie zwiększały trwające od 16 marca manewry wojsk Układu Warszawskiego pod kryptonimem Sojuz’81 i zapowiedź ich bezterminowego przedłużenia. Groźba interwencji sowieckiej wisiała w powietrzu. Przechowuję egzemplarz weekendowego wydania wrocławskiej popołudniówki „Wieczór Wrocławia” z 20, 21 i 22 marca z ingerencjami cenzury w tekście dotyczącym wydarzeń bydgoskich.  Dziś to istny „biały kruk”. Był eksponatem na wystawie „Solidarny Wrocław” organizowanej przez Ośrodek „Pamięć i Przyszłość” w sierpniu 2010 roku.

WW1

Czterogodzinny ogólnopolski strajk ostrzegawczy, który odbył się 27 marca, nie przyniósł rezultatu. Był natomiast demonstracją siły i determinacji związku. Na 31 marca ogłoszono bezterminowy strajk generalny, jeśli do tego czasu nie dojdzie do porozumienia. Tymczasem mnożyły się prowokacje, głośna była sprawa podpalenia Romanowi Bartoszcze stodoły. Zanim nadjechały wozy strażackie, doszczętnie spłonął drewniany budynek, 6 ton słomy, 6 ton siana i przyczepa do traktora. Nieznani sprawcy w akcji.

STRAJK

Gdy we wtorek 30 marca o godz. 19.00 Lech Wałęsa ogłosił porozumienie i odwołanie strajku, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony widać było, że „Solidarność” poszła na ustępstwa, wycofała się z żądań, które były podstawą ogłoszenia strajku i że odbyło się to z naruszeniem związkowych procedur. Z drugiej zaś, sytuacja była nadzwyczajna – trudno byłoby odwołać trwający bezterminowy strajk, a wojska Układu Warszawskiego były praktycznie w stanie gotowości. Było groźnie. Całkiem poważnie mówiono o możliwości interwencji sowieckiej. Także o wprowadzeniu stanu wyjątkowego.

Mój mąż powiedział wtedy, że taka nagła demobilizacja rzeszy związkowców gotowych do strajkowania, to początek skutecznego rozprawienia się z „Solidarnością”. To jak z wojskiem gotowym do ataku, któremu naraz rozkazuje się rozejść. Kolejna taka mobilizacja, gdy zajdzie potrzeba, nie będzie już skuteczna. To już będzie równia pochyła. Mimo odwołania strajku, o czym dowiedział się z telewizji, pojechał na nocny dyżur do siedziby uniwersyteckiej „Solidarności”. Zostałam pełna emocji sama z dziećmi.

Ponieważ słyszałam, że były jakieś komunikaty Agencji TASS dotyczące polskich spraw, a że miałam najnowszy numer „PRAWDY” (najtańszy centymetr kwadratowy gazety, przydatny do wyklejania ścian pod tapetę), postanowiłam udać się do sąsiadki rusycystki mieszkającej w tym samym bloku, aby przetłumaczyła mi interesujące mnie teksty i skomentowała na gorąco.

Szybko położyłam młodszego, 2,5 letniego Tomka spać. Starszy, niespełna 6-letni Piotrek czytał, jak pamiętam, „W pustyni i w puszczy”. Miałam drzwi z zatrzaskiem, więc powiedziałam:

– Piotrusiu, wychodzę na chwilę do pani Sokołowskiej. Nie biorę kluczy, otworzysz mi?

Potwierdził, że tak. Na gazie stał garnek z zupą, którą gotowałam na następny dzień, Piotrek zagłębiony w pasjonującej lekturze na tapczanie. Miała to być tylko chwila. Ale chwila przedłużyła się. Temat gorący, było o czym rozmawiać.

Gdy wróciłam, Piotrek spał jak zabity i nie reagował ani na dzwonek do drzwi, ani stukanie czy łomotnie. Byłam zrozpaczona, bo miałam świadomość, że zupa na gazie może się wygotować, garnek zacznie się przypalać i… wywoła pożar. Pożar? Grozi pożar? To może w takim razie wezwać straż pożarną – pomyślałam. Nie tylko telefonów komórkowych wtedy nie było, ale nawet stacjonarnego telefonu nikt nie miał w całej klatce schodowej, z wyjątkiem jednego – jak przypuszczałam – resortowego mieszkania. Poszłam właśnie tam i ze wstydem przyznałam, że nie mogę się dostać do mieszkania.

– Drzwi mi się zatrzasnęły, dzieci śpią, a ja nie mam kluczy – mówię. – Mąż wróci dopiero rano, a tam w kuchni zupa na gazie wygotowuje się. Czy mogę wezwać straż pożarną? – poprosiłam. Telefon był w przedpokoju. Wybrałam 998, powiedziałam, że wprawdzie nic się nie pali, ale drzwi się zatrzasnęły, dzieci śpią w zamkniętym mieszkaniu i zupa na gazie. Zgłoszenie przyjęto. Wóz przyjechał błyskawicznie i w ciągu około dziesięciu minut strażacy weszli przez niedomknięte okno w kuchni.  Zgrabni, szczupli, zwinni rozwinęli składaną drabinkę przystawili do parapetu i wskoczyli do środka. Otworzyli od wewnątrz drzwi i mogłam wreszcie wejść do mieszkania. Sprawdzili moją prawdomówność: zupa na gazie, dwoje śpiących dzieci. Zgadza się.

–  W porządku, w przeciwnym razie musielibyśmy zgłosić na kolegium wykroczenie, gdyby pani nas okłamała –  usłyszałam.

Zgasili gaz, bo zupa prawie się wygotowała i lada moment zaczęłaby się przypalać. Odetchnęłam z ulgą.

Tylko Piotruś rano żałował, że nie widział tej „pięknej straży pożarnej na sygnale i strażaków w akcji”. A ja musiałam tłumaczyć ciekawskim sąsiadom, że nikt nam mieszkania nie podpalił. Mówiono, że skoro można było spalić stodołę Romanowi Bartoszcze, to czemu nie Jakubowskim mieszkanie. Właściwie racja.

Wszystko szczęśliwie się skończyło. Ale prowokację bydgoską i towarzyszące jej okoliczności zapamiętałam jak mało co. Zaś spór, czy Wałęsa słusznie wtedy postąpił, naginając związkowe procedury, gdy zawierał porozumienie warszawskie i odwoływał strajk generalny, trwał jeszcze długo. Ale nie będę snuć alternatywnych scenariuszy.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

11 komentarzy

  1. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    No cóż, ewidentne lekceważenie i w konsekwencji narażenie na śmiertelne niebezpieczeństwo dzieci. Niefrasobliwość do kwadratu, matematycznie rzecz ujmując.

    • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

      To prawda, ale ówczesne emocje związane z sytuacją, która nas otaczała, powodowała czasami brak racjonalności. Dziś pewnie kolegium groziłoby mi nie za wprowadzenie w błąd straży pożarnej, ale narażenie dzieci na niebezpieczeństwo. Musiałam je narażać potem, w stanie wojennym niejednokrotnie, gdy trzeba było o 5 rano zająć kolejkę w mięsnym (raz w miesiącu w sklepie, w którym byłam zapisana), aby po zawiezieniu dzieci do żłobka i przedszkola, wykupić przydział kartkowy, no i spotkać się potajemnie z ukrywającym się mężem i przekazać mu jego część mięsa i wędlin. Musiałam dzieci same zostawiać w domu. Szybko dojrzewały. Starszy, 6-latek, wiedział, że tata się ukrywa, a ja się z nim spotykam. Potrafił utrzymać to w tajemnicy nie tylko przed kolegami i znajomymi, ale także przed młodszym bratem.

  2. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Rozumiem. Kiedyś zostawienie samego dziecka w domu na krótki czas nie było problemem. Wszyscy tak robili, ja również, ale zostawienie czegoś na gazie nawet na chwilę, to już duże niebezpieczeństwo nawet gdyby w domu nikogo nie było. Ech, kobiety… obiad najważniejszy:)

    • Z całym szacunkiem, chyba ktoś zostawił Vector’a na gazie. Czy zostawienie samego dziecka w domu na krótki czas nie było kiedyś problemem? Nie było pożarów z „zapałkami w rękach dzieci” w tle? Wypadnięć dzieci przez okna? Zalań przez nie
      mieszkań?
      W tamtym czasie trudno było objąć świadomością wszystkie sytuacje powszednie, gdy nad głową wisiało zagrożenie dużego kalibru.

    • Z całym szacunkiem, chyba ktoś zostawił Vector’a na gazie. Czy zostawienie samego dziecka w domu na krótki czas nie było kiedyś problemem? Nie było pożarów z „zapałkami w rękach dzieci” w tle? Wypadnięć dzieci przez okna? Zalań przez nie mieszkań?
      W tamtym czasie trudno było objąć świadomością wszystkie sytuacje powszednie, gdy nad głową wisiało zagrożenie dużego kalibru.

  3. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Bardzo ciekawa opowieść. Ja jestem trochę młodsza (rocznik 1974) i pamiętam tamte czasy z perspektywy uczennicy podstawówki. Potem skończyłam studia historyczne, ale najnowsze dzieje Wrocławia zainteresowały mnie dopiero niedawno, spotykam na ich kartach ludzi wciąż aktywnych których znam zawodowo. Czy czytały Panie książkę Padraica Kenneya „Wrocławskie zadymy”? Dla mnie to drugi Norman Davies, Amerykanin zakochany w Polsce, dziwne, że tak mało się o nim mówi.

  4. rescueman@wp.pl' Petronius pisze:

    Z całego tekstu najwięcej komentarzy wywołuje dzisiaj… sprawa „zupy”.
    Ile znajdziecie Państwo relacji „z epoki”, pozbawionych patosu, nie-brązowionych do bólu bohaterstwem i szumem powiewających flag, a nazbyt często również ukraszonych przeświadczeniem „gdyby nie ja to…” ?
    I być może faktycznie kwestia „zupy” powinna wzrosnąć do rangi symbolu. Symbolu poświęcenia, codziennego trudu, czy jakby powiedzieć językiem dzisiejszych służb ratunkowych „odejścia od zasad powszechnie uznanych za bezpieczne”.
    Dzisiejsi „zbowid-celebryci” byliby nikim, gdyby nie setki bezimiennych kobiet – Matek, Żon, czy nawet Kochanek, gotujących te przysłowiowe zupy, walczących o ochłap kartkowego mięsa, czy po prostu piorących gacie „Herosów”.
    Setki bezimiennych, „zwykłych” ludzi, wcale nie definiujących się, jako bohaterowie, zapewniały łączność, logistykę, stabilność struktur, aby „Frontmani” mogli porwać swą rzeczywistą, a zbyt często niestety, tylko przypadkową charyzmą,tłumy, które potem obaliły mury…
    Ilu z tych cichych bojowników zostało docenionych ?
    Ilu z nich ledwo wiąże koniec z końcem ?
    Ilu z nich z jakimś kłuciem w sercu ogląda dziś w którejkolwiek z TV „zbowid-celebrytów”, którzy okazuje się komunę i sowietów w pojedynkę pokonali ?
    Mogę się czasami nie zgadzać z niektórymi tezami jakie „Twitters Twins” formułują w swoim blogu, ale to jest właśnie wartość, którą wywalczyło nam poprzednie pokolenie – możliwość posiadania i nieukrywania własnych poglądów, oraz dyskusji na ich temat.
    Natomiast bezsprzeczną dla mnie wartością tych blogowych opowieści jest ich „zwyczajność” – pokazanie ich z perspektywy rodziny, prozy życia, z jego utrapieniami, kłopotami, ale też radościami. I brak tradycyjnego, zwłaszcza dla kinematografii naszych „sojuszników” sprzed lat trzydziestu, ale też obecnych zza „wielkiej wody” – patosu i szumu flag, zagłuszających jakiekolwiek wątpliwości.
    W sadze o Wiedźminie Sapkowski kreśli obraz najważniejszej bitwy tamtych czasów – opis czasu „praesens” jak i cytuje kronikarza spisującego dzieje sto lat po bitwie.
    „Gwardia umiera, ale nie poddaje się” znajdujemy słowa marszałka w kronice spisywanej przez praprawnuki…
    „Nie ma gdzie spie….lać” wykrzyknął marszałek w czasie rzeczywistym…
    Do Państwa oceny pozostawiam, które słowa są bliższe i naszej rzeczywistości.

  5. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Myślimy też ze znajomymi o projekcie upamiętniającym dolnośląskie działaczki Solidarności nie będące dziś osobami publicznymi i i powszechnie znanymi, coś na kształt filmu „Solidarność według kobiet” Marty Dzido. projekt jest na razie w fazie bardzo wstępnej, ale już zapytam, czy Panie by się nie chciały wypowiedzieć.

  6. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    No cóż osądzać jednak nie jest moją rzeczą i wydać się to może absurdalne, że autorka postąpiła w ten właśnie sposób.Po prostu czuła powagę sytuacji, kiedy mówiono o możliwości wprowadzenia stanu wyjątkowego i skutecznym rozprawieniu się z „Solidarnością”, a co innego siedzieć bezczynnie przed telewizorem i wysłuchiwać informacji i komunikatów, że wojska Układu Warszawskiego są praktycznie w gotowości.Człowiek w pewnych sytuacjach postępuje irracjonalnie, ale rozumiem autorkę, że czuła iż musi zmierzyć się z pewnymi faktami i nie patrzyła na to o ileż ciekawszy byłby jej świat przed telewizorem ona po prostu działała!Szacunek dla tych odważnych ludzi tamtego okresu.

  7. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Podkreślić należy, że źródło zachowań i postawy ludzi tamtych czasów leży nie tylko w charakterze i osobowości, ale przede wszystkim wielką rolę odegrał dom rodzinny i więzy z nim związane .Taki właśnie model domu i rodziny należałoby preferować.

  8. Oczywiście, błędów nie dało się wtedy uniknąć. Te duże kończyły się aresztowaniami, te małe uczyły ostrożności.
    Niedługo po ogłoszeniu „stanu wojennego” zostałem wysłany do stolicy po materiały plastyczne. W domu, na stole, leżały projekty graficzne dla podziemia, których nie zdążyłem schować. Późnym wieczorem, do naszego mieszkania na strychu, wpadł Zygmunt Pelc, zajmujący się – między innymi – rozmieszczaniem nadajników Radia „Solidarność”.
    W skrócie: – Zosiu, ustawiłem na waszym dachu nadajnik, ciekaw jestem, kedy zjawi się i co zrobi milicja. – Zygmunt, zmień lokalizację nadajnika a potem odejdź stąd, proszę! – Boisz się? – Nie o to chodzi, mam poważny powód, nie mogę o tym mówić. (…) U nas jest „spotkaniówka”, zdekonspirujesz lokal. – Za późno, oni zaraz tu będą.
    Rzeczywiście, po chwili słychać było kroki na dachu. Zosia, spodziewając się wtargnięcia milicji do mieszkania, przykryła moje projekty rozłożoną mapą Wrocławia. Miała nadzieję, ze to, co jest na wierzchu, nie zwróci uwagi.
    Na szczęście, milicja nie zainteresowała się mieszkańcami, ale Fiat z tajniakami stał przez dobry tydzień przed naszym domem. No i – po „spotkaniówce”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *