PERYSKOP V

Igor Mertyn znów gościnnie u nas. Powraca Major, emerytowany wojskowy i Ormowiec, a także dalsza część opowieści o peryskopie w tle. Dziś o lekcji, która daje do myślenia, i Wigilii, która tylko była, o KPN „Zadyma”… To tekst o dorastaniu, a właściwie o tym, jak w określonych sytuacjach trzeba szybko dorosnąć. Głęboki i poruszający. Warto przeczytać. Do końca, bo to już koniec opowieści o peryskopie, a zakończenie jest nieoczekiwane i zaskakujące.

 

Mertyn1

Igor MERTYN

Socjolog, doktorant. Autor dramatów: „Dwa dramaty wg Mrożka”, „Związki”, „Gilojady”, „Upał”, „Patronat”. Autor scenariuszy filmowych. Absolwent zarządzania gospodarką lokalną i regionalną na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

Major, Ormowiec i same niemieckie nazwiska

Po raz kolejny, wdrapuję się na dziesiąte piętro wieżowca z wielkiej płyty, jakich wiele postawiono w naszym kraju w latach siedemdziesiątych. Na plecach dźwigam tornister. Granatowy tornister z żółtymi trójkątami, kołami i kwadratami. Winda nie działa, znowu nie ma prądu. Myślę o poniedziałku. Jak nie przyniosę na poniedziałek, na zajęcia praktyczno-techniczne peryskopu dostanę dwóję. Major mi nie daruje. To emerytowany wojskowy, który ma najprzeróżniejsze pomysły na zajęcia techniczne, głównie militarne.

Łódź

– Jestem majorem Ludowego Wojska Polskiego, urodziłem się i wychowałem na kielecczyźnie, walczyłem z wrogami naszego Państwa, bandami nacjonalistów, pamiętajcie, że nasz kraj, Polska Ludowa dba o wasze wychowanie, zapewnia wam dobrobyt. A teraz będę was uczył pracy techniki – oznajmił nam na pierwszej wrześniowej lekcji z pracy techniki.

– Proszę Panaaa, a był Pan w Berlinie? – spytał ktoś z klasy.

– Zapamiętajcie, ja zadaję pytania, wy odpowiadacie, jak chcecie o coś zapytać to najpierw trzeba zapytać czy można pytać.

 – Mogę zapytać? – kolega z klasy dalej dociekał.

 – Byłem w Niemieckiej Republice Demokratycznej, w Berlinie Wschodnim – wyjaśnił Major chodząc po klasie, linijką klepał się po ramieniu.

– A mogę zapytać czy Pan walczył z Niemcami? – dalej dopytywał kolega z klasy.

– Walczyłem na ziemiach polskich, a w  NRD byłem po wyzwoleniu i skończ już chłopcze.

– Balcer… Niemiec,  Melke… Niemiec,  Mertyn… Niemiec, Miller…Niemiec , Murer…. też Niemiec,  Szmit…czysty Niemiec, Szubert…na pewno Niemiec,  Ulger…. żyd, niemiecki, co? Wagner… Niemiec,  same nazwiska „volksdojczów” co to jest? Szkoła polska czy niemiecka?!  – na głos komentował Major przy wyczytywaniu listy obecności według nazwisk z dziennika.

Major nie do końca miał rację z niemieckimi nazwiskami.

Jacek ściąga grubą książkę z jednej z półek.

– Musisz to przejrzeć, masz tam różne wiadomości, ale to wszystko po niemiecku – dziwię się przeglądając książkę.

– A nie znasz?  – pyta Pan Jacek.

– No, trochę – odpowiadam.

– Darek ci pomoże – a i z Ormowcem, uważajcie, on może wam narobić niezłego bigosu w szkole. Trochę ostatnio za bardzo mu dokuczacie – my?! – przecież ten … facet nas cały czas..czepia się nas, straszy – mówię uważajcie – powtórzył Jacek.

– O, jest Balcer! – zauważył dziadek. – To nazwisko od imienia biblijnego, pochodzenia babilońskiego Balthasar, tłumaczone jako „niech Bóg” – szybko przeczytał z pożyczonej książki od Jacka. – Zostało zniemczone, nazwisko pochodzi z niemieckiego, ale jego rodowód jest ze wschodu, można powiedzieć, że niemieckie. Jakie tam jeszcze masz?

– Melke – podpowiedziałem. – Melek, Melke, eM, e, El, jest Melke,  „Melek – Or”  – król świata. To po hebrajsku, wątpię by było to nazwisko niemieckie, imię jednego z trzech mędrców lub trzech króli z Nowego Testamnetu, tak tu jest napisane – dalej?

– Miller, Szmit, Szubert, to sam wiem, od młynarza (der Muller), ale  w dolnoniemieckim młynarz to Moller, Szmit od kowala, Szubert od szewca – ale Wagner, tego nie wiem? – popatrzyłem na dziadka.

–  Zaraz,  Wagner to jest od nazwy osobowej Wagner, niemieckie Wagner to kołodziej lub stelmach – wyjaśnił.

– No a Ulger? – spytałem.

– Z tym mam problem, tu cię zaskoczę, to może być nazwisko pochodzenia tureckiego – oznajmił dziadek.

– Chociaż znalazłem, ale to w innej książce, że w staro angielskim oznaczało „włócznie wilka” – tu dziadek zawiesił głos. – Tak, tu mamy zagadkę nierozwiązaną – popatrzył na mnie. – Trzeba by jeszcze szukać. Może w bibliotece wojewódzkiej poszukamy? To chyba mamy wszystkie? – upewniał się dziadek.

 – Nie, jeszcze nie, zapomniałeś o moim nazwisku?

–  Z twoim nazwiskiem to ten major miał rację. Mertyn to nazwisko proste, równe imieniu Merten, prawdopodobnie dolnoniemieckie i reński odpowiednik imienia Martin – oświadczył mi dziadek.

– Czy ja naprawdę jestem Niemcem? – spytałem, przypominając sobie te wszystkie dowcipy o głupich Niemcach.

–  Nie, gdzie tam! – pocieszał dziadek. – No, może w 1/4. Po chwili poważnie dodał: – Twój dziadek ze strony ojca był Niemcem, urodził się co prawda w Łodzi, ale jego rodzice byli Niemcami. Pochodzili z dzisiejszego pogranicza Austrii i Jugosławii, a właściwie Słowenii, mieszkali nawet w Marienburgu, dziś to Maribor.

– Pewnie wysłuchali niemieckiego szlagieru „Teo wir fahren nach Lodz” –  dziadek powiedział to z szerokim uśmiechem, a później zaczął nucić przedwojenną piosenkę.

Skoczna muzyka, do tego ironiczny tekst, była bardzo popularna na początku XX w. wśród łódzkich Żydów. Piosenka ta wpisała się w życie Żydów, Niemców i Polaków przedwojennej Łodzi, nawiązując do jej wielokulturowej tradycji. Piosenkę stworzyli podłódzcy Żydzi, w oryginale było: „Icek pójdziemy/idziemy do Łodzi”.

– I przyjechali. To tyle! Ale w czasie wojny to jak z nimi było? Kiedy umarł mój dziadek? Nie wiem, nie pamiętam, wiem tylko, że twoja babcia, mama twojego taty, wychowywała dzieci sama. O! i wszystko co wiem – zakończył dziadek.

Kolejna tajemnica rodzinna, nigdy nie dowiedziałem się prawdy. Pytania będą zbywane. Zasłanianie się niepamięcią. Czytając Martina Pollacka „Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu” przypomni mi się moje dociekanie. Jedyne, co ustaliłem, to datę prawdopodobnej śmierci dziadka – zima 1948.

– Ale z Murek nie miał racji – kontynuował dziadek naszą zabawę w sprawdzanie pochodzenia nazwisk. – Mazwisko francuskie i prawdopodobnie brzmiało w oryginale Murer, co znaczy murować – dziadek zamyślił się.

– Może po kampanii napoleońskiej  jakiś żołnierz został, zakochał się w pięknej polskiej dziewczynie, szlachciance, a później w urzędach carskich, a może polskich zmienili r na k i z Murer zrobił się Murek?

– To trochę jak w „Szatanie z siódmej klasy”, ale skąd to wiesz? – dociekałem.

– Pracowałem z jednym Murkiem i on mi powiedział – wyjaśnił, uśmiechając się.

Wigilia

Wigilia tego roku była. Tylko tyle. Bez entuzjazmu. Stół przybrany, pod obrusem sianko. Czekam na grzyby w cieście, pierogi i kapustę z grochem. Nie lubię karpia smażonego, ani karpia w galarecie. Za smażonymi śledziami też nie przepadam. Na końcu Makiełki. To lubię. Lubię jak babcia moczy mak, a później go mieli, „parzy” bakalie, namacza w mleku angielkę. Miesza to wszystko w dużej brązowej ceramicznej misie i na końcu dodaje miód.

W Święta Bożego narodzenia pamiętam, że ktoś płakał. Ktoś próbował się śmiać. Oglądanie szopki w kościele. Na mszy też atmosfera przygnębienia.

Trochę wódki do obiadu w pierwszy dzień świąt. Bez radości towarzyszącej poprzednim świętom.

– Kto idzie na pasterkę? – spytał nas na schodach w dniu Wigilii Sokół.

– Jak chcesz iść, jak jest godzina policyjna? – spytał Ponton.

– Będą patrole – dodałem – nie przeciśniemy się, nie ma jak podjeść, nawet jak od strony Lutomierskiej pójdziemy między blokami, nie da rady – jak to w zwyczaju planował Kowal.

– Godzina policyjna ma być zawieszona – powiedział Sokół.

 – Tata też mi o tym mówił – potwierdził Sikol.

– No to, kto idzie? – powtórzył Sokół  – ja idę, ja też, ja się rodziców spytam, ja to nie mogę.

Styczeń, nadal nie chodzimy do szkoły. Wrócimy dopiero w drugiej połowie stycznia.

– Ty to masz fajną mamę – zauważył Michał.

– Dlaczego? – spytałem – możemy tu siedzieć, nie gania nas.

Rezerwat, na półpiętrze, między dziesiątym a jedenastym piętrem naszego bloku. Terytorium nasze.  Jest przede wszystkim ciepło, to nasza świetlica na schodach. Ktoś przyniesie grę planszową, „resoraki”, katalogi  samochodów zagranicznych, puszki po napojach gazowanych i piwie do wymiany a nawet czasami jakieś słodycze by się podzielić. „Orenżada”, którą pijemy po łyku. Pali się papierosy. Starsi palą. Opowiada się dowcipy. Czasami bluźni. Wymyśla zabawy i akcje.

– To ja znam taki. Facio pijany idzie po ulicy, i nagle patrol Milicji krzyczy do niego: „Obywatelu jest godzina milicyjna, stan wojenny jest”, a ten pijany mówi: „Wojna? wojna? To ja chcę na roboty do Niemiec Zachodnich!

– A ten znacie? Polak, rusek i amerykaniec – zaczął Ponton.

– Ormowiec wchodzi po schodach z pałą milicyjną!!! Spadamy!!! – dziesięć schodów i jesteśmy w łączniku, prosta droga, biegniemy do ostatniej klatki, schodzimy na dziesiąte piętro i dalej windą na dół. Scenariusz ucieczki opanowany do perfekcji. Korytarz słabo oświetlony, wygląda jak tunel. Na końcu w oddali majaczy jakaś postać biegnie w naszym kierunku, w ręku trzyma długi przedmiot

– Cholera – zatrzymuje się Sikol. Odwracamy się do tyłu.

– Kurwa są z dwóch stron.

Biegniemy na ormowca. – Razem – wydaje polecenie Sikol.

Biegniemy, starcie. Przeciskam się, ze mną Michał i Tomek. Sikol, Sokół i Ponton szarpią się, okładają pięściami ormowca. Ormowiec na oślep macha pałką. Z drugiej strony dobiega ten drugi, w słabym świetle wydaje się, że to dzieje się jak, w zwolnionym tempie. Ten drugi przeciąga gumową pałką po plecach Sikola i Sokoła. Sikol pada. Ormowiec chowa głowę w ramionach i dalej macha gumową pałką na oślep. Stoimy na jednym z końców korytarza i patrzymy co dalej. Przewracam się. Podnoszę głowę widzę czyjeś plecy. Jacek wbiegł między nas, odepchnął i dobiega do ormowca. Jednym szarpnięciem powala go na podłogę, swoimi długi rękoma łapie tego drugiego i jednym chwytem  również go powala.

– Spadać mi stąd – krzyknął.

Uciekli wszyscy, my również. Na półpiętrze mijam Darka, który stoi przestraszony.

– Uciekaj do domu – mówię.

„Czytelnik gromadzi poszlaki, mnoży przypuszczenia, gubi, ponownie odnajduje kolejne tropy. Rebus stworzony w laboratorium literatury «kombinatoryjnej».  Labirynt, w którym każdy czytelnik musi odnaleźć własny wątek prowadzący do… ”

No właśnie.

– Ale wozy pancerne, ja cię, zobaczcie teraz te! – krzyczy Ponton. – Chyba jest ich z osiem – wylicza Kowal. – Michał zapisz osiem BMP – 1, jadą w kierunku północnym.

– Po co to zapisujemy? – spytał Michał. – Nie zadawaj głupich pytań – skwitował Kowal.

– Ale za tej kłody nas nie zobaczą? – spyta Tomek.

– Nie, przecież jesteśmy daleko i leżymy schowani ze słońcem, promienie słoneczne nie będą się odbijały w szkłach lornetek – wyjaśnia fachowo Kowal.

– Pożyczysz mi peryskop – spytał mnie Michał.

– Nie, muszę go oddać w szkole nauczycielowi, mama mówiła, że w poniedziałek wracamy do szkoły – odpowiadam.

– Zima wasza, wiosna nasza – tak się po prostu krzyczało, za starszymi kolegami, za chłopakami z naszej paczki, tak krzyczały chłopaki z Bałut.

Jak powstał klub? I jak się nazywał?

Po raz kolejny, wdrapuję się na dziesiąte piętro wieżowca. Znowu nie ma prądu. Nie przystaję na dziewiątym piętrze. Dochodzę na dziesiąte spocony, jest już cieplej,  jest marcowa sobota. Zebranie? – myślę, na półpiętrze między dziesiątym a jedenastym pełno naszych chłopaków.

 – Możesz przyjść? – pyta Ponton wychylając się przez poręcz na półpiętrze.

– Tak. Zostawię tylko chleb mamie  – odpowiedziałem.

Ormowiec przegania nas z kortu gdzie gramy w piłkę. Po jaką cholerę spółdzielnia zbudowała kort między blokami?  – zastanawia się Rudy  – nie trawiasty, nie na tartanie tylko, kurwa taki ubity piach z żwirem – kontynuuje  Rudy.

– Za blokiem jest niezły teren, gumówkę zlikwidowali, trawa zarosła – dalej opowiadał Rudy

– Trzeba trochę wyrównać i będziemy tam grali, bo ormowiec nam nie odpuści, będzie nas przeganiał z kortu – dodał Sokół

– A bramki?–  spytał Ponton.

– No bramek na razie nie będzie – odpowiedział Rudy. – Może coś zorganizujemy później – dodał Sokół.

– Mam wujka stolarza i on nam pomoże, ale nie teraz, teraz nie może  – wyjaśnił Sikol.

– Jest jeszcze jeden sposób – tajemniczo uśmiechnął się Sokół. – Jaki? – spytał Ponton.

– Zaraz powiemy – uspokajał Kowal.

To zebranie to poważna sprawa, wszyscy starsi przyszli z naszej „paczki”. Tylko my młodsi siedzimy cicho, to znaczy ja, Michał, Tomek i Paweł, jak posłuszni żołnierze i słuchamy co dowództwo zadecyduje. Jaki plan i co robić.

– Koło elektrowni jest boisko, z elektrowni sobie je zorganizowali, i tam są bramki normalne metalowe – zaczął Sokół.

– I co, mamy je wykopać? – rzucił Ponton

– Słuchaj, dobra!  –  obok leżą stare drewniane, słupki osobno i poprzeczki – prawie szeptem Rudy zaczął nam o tym wszystkim opowiadać.

– Musimy iść wszyscy! ale nie na raz a grupami po trzech, każda grupa weźmie po jednym kawałku, słupki i poprzeczki – kontynuował Kowal – byliśmy tam i mamy opracowane co i jak.

Zapadła cisza.

– Musi nas być osiemnastu i trzeba ustalić czas – fachowo podpowiadał Sokół.  – Dwóch niesie, jeden idzie pierwszy i kontroluj co się dzieje – dodał Kowal.

„Parszywa dwunastka” – ale film! To o nas! – chciałoby się krzyknąć.

– Idziemy o 19, jest już ciemno, wszystko musimy załatwić do 20. Uda się. To jest po drugiej stronie ronda. W ciągu 15 minut przeniesiemy to do starego magazynku – poinstruował nas Kowal.

– Słuchajcie, jak to wszystko zbijemy i wkopiemy, to od kwietnia możemy grać! – zachęcił nas Sokół.

– Zima wasza, wiosna nasza! Będzie boisko!  – krzyknął Ponton.

– Ale co z Ormowcem? – spytał jeszcze Ponton.

– Nie może się nas czepiać – my zagospodarujemy ten teren, mój tata złoży pismo do spółdzielni!! – wykrzyczał Kowal.

Nazwa naszego klubu piłkarskiego to… KPN „Zadyma” czyli  Klub Piłki Nożnej „Zadyma’. Zadyma ponieważ pod bramkami byłe łyse place, wydeptana przez „piłkarzy” trawa odsłoniła piach. Niemiłosiernie się kurzyło. Była zadyma jednym słowem. Nazwę klubu wymyśliliśmy podczas wakacji.

– I widzisz, to wszystko zależy od człowieka, puściłem w nie pamięć skargę tego człowieka.

– Albo to z Żurkiem zrobiłeś. Myślisz, że nie wiedzieliśmy, kto na parapetach zostawił te ulotki przed wyborami „Obywatelu pomóż Milicji, pobij się sam” – co to miało być! – dyrektor udaje zdziwionego.

– Ty jesteś już po maturze, do tego jesteś zdolny, ale Żurek? Myślisz, że sobie poradzi za rok? – spytał dyrektor mojej szkoły, kiedy czekaliśmy na pana Domagałę. Popatrzył na mnie badawczo.

Muszę jak najszybciej wracać do domu. Pisać Peryskop. I trzeba też ostrzec Żurka.

Teraz mi się przypomniało. Rozmowa z dyrektorem przypomniała mi te scenę.

–  Dewastujecie mienie państwowe, debile jedne, kto pisze hasła antypaństwowe? Spieprzać do kapitalistów – krzyczał Ormowiec do nas.

Na obdrapanym murku, na którym tynk odsłaniał cegły i na siatce wokół naszego boiska namalowaliśmy duży czerwono-niebieski napis: „KPN Zadyma”. Takie były barwy naszego klubu piłkarskiego. Czerwono-niebieskie. Nie pytajcie mnie dlaczego.

Na paru ławkach osiedlowych też były nasze znaki: KPN „Z” .

„Zabierasz się do czytania powieści «Jeśli zimową nocą podróżny»? Rozluźnij się. Wytęż uwagę. Oddal od siebie każdą myśl. Pozwól, aby świat, który cię otacza, rozpłynął się w nieokreślonej mgle. Drzwi lepiej zamknąć: tam zawsze gra telewizor. Powiedz im to od razu: «Nie, nie chcę oglądać telewizji!». Podnieś głos, inaczej cię nie usłyszą: «Czytam! Nie chcę, aby mi przeszkadzano!». Może cię nie usłyszeli przy całym tym hałasie, powiedz głośniej, krzyknij: «Zaczynam czytać powieść!  A jeśli nie chcesz, nic nie mów, miejmy nadzieję, że zostawią cię w spokoju»”.

Zdawałem do szkoły filmowej cztery razy. Na wydział reżyserii. Tak jak przewidział pan Domagała. W międzyczasie skończyłem socjologię dzienną. A do szkoły filmowej dostałem się, ale na Wydział Scenariusza Filmowego. Przygotowując się z Italo Calvino.

* * *

Jest poniedziałkowy mroźny poranek. Rano wychodzę z granatowym tornistrem do szkoły po ponad czterech tygodniach przerwy. Przyjeżdża Berliet, wolę „Ogórki”. Berliet to autobus  wyglądający znacznie  nowocześniej niż Jelcz nazywany „Ogórkiem” , Polska na ten pierwszy kupiła od Francuzów licencję. Ale „Ogórki” są fajniejsze, lepiej ogrzane i co najważniejsze można usiąść koło kierowcy.

Nie mam migawki ani biletu, ale wsiadam do autobusu. Jest niewiarygodnie zimno przez ten wiatr.

– Co tam masz? – pyta mnie szefowa kiedy przebieram się w szatni szkolnej.

– Noo, mój peryskop na pracę technikę, maj… to znaczy pan Kałuża zadał nam pracę domową jeszcze przed  przerwą – staram się jakoś wyjaśnić.

– Czekaj! Ale on już chyba nie uczy!

– Jak to nie uczy?

– No tak, on jest chyba teraz w wojsku albo co! Sam przecież wiesz jak jest. Będziecie mieli nowego, zobaczysz – dodała szefowa.

Major nie uczył już w naszej szkole, nie pojawił się aż do końca mojej ósmej klasy, z tego co przynajmniej wiedziałem. Peryskopu nowemu nauczycielowi od lekcji pracy techniki nie oddałem. Nawet nie zgłaszałem się.

– Dzień dobry! Nazywam się Jastrzębski, od dziś będę was uczył pracy techniki. Na początku wyczytam listę obecności.

Nowy nauczyciel zastygł nad dziennikiem z listą nazwisk. Podniósł głowę, popatrzył po nas i powiedział

– Same niemieckie nazwiska. Dobrze, słuchajcie zatem, będę prowadził z wami lekcje z  pracy techniki, będziemy robić różne przydatne rzeczy. Na przykład nauczę was jak z płyt winylowych robić łyżki do butów!

Naprawdę cięliśmy w trójkąty nowe winylowe płyty Bacha, Beethovena i formowaliśmy pod wpływem ciepła według formy na łyżki do butów. Szopena ukradłem i mam do dziś.

– Chciałem wam też powiedzieć, że jestem emerytowanym pułkownikiem Wojska Polskiego. Czy macie jakieś pytania?

–  Czy był pan w Berlinie? – spytałem.

Klasa wybuchła śmiechem.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

1 Response

  1. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Świetnie opisana walka o podstawowe prawa młodych i ich marzenia.Ileż ci młodzi mieli odwagi i prawdy i jak zadziwiająca była akceptacja w tej sytuacji. To nic innego, jak walka o podstawowe prawa młodych i ich marzenia /boisko/.Z jaką determinacją walczyli, by je w końcu mieć. Aktywność tych młodych ludzi czasem bywała dość specyficzna i radykalna, ale zmuszeni byli zaryzykować. Odnoszę wrażenie, że mimo wszystko nauczyciele czuli respekt przed młodymi, którzy tak dzielnie walczyli o swoje wartości, które nie pasowały do lansowanego modelu przez nauczycieli – emerytowanych wojskowych.
    Autorowi z serca dziękuję za ten tekst, i za opisanie tej ciekawej historii widzianej oczami młodego człowieka, który może być inspiracją dla młodych, że mimo przeciwności losu i w trudnej sytuacji należy podejmować próbę a nawet zaryzykować.Serdecznie pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *