Wobec porażek

Wielką radość sprawił nam w Święto Trzech Króli Kamil Stoch. Kochamy zwycięzców, uwielbiamy sukcesy, napełniają nas dumą i poczuciem spełnienia. Ale życie sportowca, życie w ogóle, ani indywidualne, ani zbiorowe nie jest i nie może być pasmem zwycięstw. Trzeba umieć z radością, ale i skromnością, jak to robi nasz medalowy skoczek, przeżywać sukcesy, ale też z wielką pokorą znosić porażki.

Może większą sztuką jest umiejętność przegrywania. Sport tego uczy jak mało co.

Kamil Stoch imponuje nie tylko swoimi wybitnymi sukcesami, ale także siłą charakteru i tą wielką pokorą, zarówno wobec sukcesów, jak i porażek, które też przecież w jego karierze się zdarzały. Pamiętam słowa śp. Małgosi Longchamps de Bérier, która mawiała, że nie sztuka jest mieć uśmiech na ustach, gdy wszystko się udaje, ale właśnie wtedy trzeba umieć trzymać fason, gdy coś idzie zupełnie nie po naszej myśli. Któż nie był w takiej sytuacji? Czyż Richard Freitag nie mógł sobie wyrzucać nieuwagi, która skończyła się upadkiem i ostatecznie wyeliminowała go z Turnieju Czterech Skoczni? A tak pięknie pogratulował zwycięstwa naszemu skoczkowi. Stać go było na zachowane z klasą.

A życie pełne jest niespodziewanych zdarzeń, które mogą nie tylko całkowicie wywrócić własne plany i zamierzenia, ale także bliższej i dalszej rodziny.

Słyszałam niedawno o mężczyźnie, który poszedł z dzieckiem poskakać na trampolinie i skończyło się to poważną kontuzją (ojca, nie dziecka), operacją, długotrwałą rehabilitacją i wielomiesięcznym zwolnieniem lekarskim. Może to się zdarzyć na boisku, na stoku narciarskim, na rowerze, ale i na gładkiej drodze. Zawsze nam się wydaje, że wypadki zdarzają się innym, nie nam.

Małgosia Longchamps de Bérier  mawiała też, że gdy coś nieprzewidzianego się stanie, na przykład ktoś ulegnie wypadkowi, to najgorsze, co można zrobić, to mówić: „on zawsze taki nieostrożny, przestrzegałam, a on nie słuchał”. Takie „gderanie” niczego nie wnosi, a i tak poszkodowany i jego najbliżsi biją się z myślami, że mogło być inaczej.

Trudno przewidzieć każdą sytuację w życiu, choć rozwaga i zwykłe mierzenie swoich sił na zamiary nie zaszkodzi.

Czyż nie mógł sobie pluć w brodę kolega mojego siostrzeńca, który będąc w klasie maturalnej, po kilku piwach skoczył do zbyt płytkiej wody w basenie. Konsekwencje tego braku rozwagi były i są – niestety – na całe życie, ale żadne utyskiwanie tego nie odwróci. Nie było łatwo pogodzić z kalectwem, wózkiem inwalidzkim u progu życia. Runęły wszystkie plany, marzenia… A chłopak był wyjątkowo utalentowany. Trzeba było, nie oglądając się wstecz, poukładać sobie wszystko na nowo. I tak się też stało. Przysłowiowo „stanął na nogi”, choć faktycznie to nigdy już się nie zdarzy. Bardzo wtedy pomógł mu syn mojej siostry, choć sprawności nóg mu nie przywrócił.

Przezorność nie zawsze przynosi pożądane skutki. Pamiętam historię z czasów studenckich, którą opowiadał mi mój mąż. Wyjechał zimą z kolegami w góry. Jeden z nich, z obawy przed wypadkiem na nartach, na których nie czuł się pewnie, wybrał bezpieczną jazdę na sankach. Okazało się, że narciarzom nic się nie stało, natomiast „ostrożny” saneczkarz w pewnym momencie rozpędził się po wyślizganym stoku, przewrócił, połamał sanki, a oderwany, drewniany fragment wbił mu się w tylną część ciała. Zabieg przyjemny nie był, a i ferie całkiem nieudane. Tak bywa.

Pechowy może być ostatni już, poza wykupionym karnetem, zjazd, jak to się zdarzyło mojemu synowi, gdy miał osiem lat. Pojechał razem z wujkiem, starszym bratem i kuzynami na narty. No i już pod wieczór okazało się, że „fuksem” trafił się jeszcze jeden zjazd, nieskasowany w wykupionym karnecie. Chłopcy wyprosili zgodę mojego szwagra. No i ten „nadprogramowy” zjazd skończył się fatalnie – złamanie nogi i gips przez sześć tygodni. Wszyscy mogli sobie wyrzucać, że tak niepotrzebnie skorzystano z okazji, która się nadarzyła. Tylko, po co? Żadnej takiej sytuacji odwrócić się nie da, trzeba przyjąć je ze spokojem i pokorą, choć oczywiście bywają kłopotliwe i zmieniają dotychczasowe plany.

To tylko garść przykładów. Przeszłości zmienić nie możemy, wyrzucanie sobie czegokolwiek, a zwłaszcza komuś innemu, nie ma sensu. Zaś wzbogaceni doświadczeniem możemy zmieniać przyszłość. Życzę więc, aby było w niej jak najmniej przykrych niespodzianek, a gdy się zdarzą, byśmy umieli bez wyrzucania sobie czy komuś innemu winy lub zaniedbania, zmierzyć się z nową sytuacją. Swoją lub czyjąś. Bo zamiast przysłowiowego gderania, lepsza jest konkretna pomoc. Albo przynajmniej dobre słowo.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

13 komentarzy

  1. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Trudno pogodzić się z porażką. Tego trzeba uczyć się od najmłodszych lat. Małe dzieci łatwo zniechęcają się do zabawy, jeśli nie osiągają sukcesów natychmiast.
    Dorośli też nie znoszą porażek. Zauważyłem, że w czasie gry w szachy próbują nagiąć przepisy, aby wygrać.
    Jeśli mimo to poniosą porażkę, to szukają sposobów, aby się usprawiedliwić.
    Trudno się pogodzić, że przeciwnik okazał się lepszy. To są tylko moje obserwacje; to nie jest regułą.
    Uważam, że każdy odczuwa gorycz swojej porażki, a niekoniecznie musi to uzewnętrzniać.

  2. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Mam kalendarz z cytatami ks. Jana Twardowskiego na każdy dzień. Wczoraj przeczytałam: „Cierpienie to nie ślepy cios, ale zadanie do wykonania. Nie nieszczęście, ale doświadczenie”. To, moim zdaniem, wspaniały komentarz do teksu o porażkach. Każde niepowodzenie, a zwłaszcza wypadek, który nie tylko krzyżuje plany, ale czasem wywraca życie do góry nogami, potraktowane jako zadanie do wykonania, doświadczenie, z którym trzeba się zmierzyć, to jest postawa godna polecenia. Postawa zaufania Panu Bogu, który dopuszcza nieszczęście, ale daje tez siłę, by je udźwignąć. Być może chroni przed czymś znacznie gorszym. Warto nauczyć się zachowania pogody ducha w zetknięciu z przeciwnościami, porażkami, nieszczęściami i traktowania jako doświadczenie. Chyba najbardziej nie ma sensu rozpamiętywanie tego, jak można było tego uniknąć, robienie sobie lub innym wyrzutów. To nie tylko nic nie da, ale zatruwa relacje, prowadzi do nastroju depresji.

  3. stanorion@gmail.com' Vector pisze:

    Nie polecałbym zaufania Panu Bogu, czy też komukolwiek innemu, w rzeczach czy przedsięwzięciach, które mamy zaplanowane do wykonania. Uważam, że zawsze powinniśmy polegać na sobie i najwięcej od siebie wymagać, by w razie niepowodzenia nie obwiniać nikogo, tylko mieć pretensję wyłącznie do siebie. Analiza i pretensje po porażce zawsze się pojawiają, bo myślimy, a gdyby nie to, to by się nie stało, a gdybyśmy inaczej zrobili, to też by do tego nie doszło itp. ale to niczego nie zmieni, więc takie rozpamiętywanie nie ma sensu. Bywa też, że pomimo naszej zapobiegliwości i zdolności przewidywania, sprawy i tak potoczą się inaczej niż to sobie zaplanowaliśmy i wtedy możemy mieć pretensję do losu, lub do Pana Boga, bo wtedy przecież sami nie możemy poczuwać się do winy. Złe zdarzenia na które nie mamy wpływu, lub też takie, którym nie udało się zapobiec pomimo naszych starań, denerwują nas najbardziej, bo uświadamiają nam poczucie bezsilności i bezradności w danej sprawie.

  4. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    Los ciężko czasami doświadczając człowieka może go złamać, ale może go także i wzmocnić. Tak łatwo pogrążamy się w rozpaczy z powodu mniejszych lub większych nieszczęść jakie nam się przytrafiają, ale uważam, że życie bez względu na nieszczęścia, jakie nas w nim spotykają, są same w sobie wartością. Ileż to ludzi pod wpływem nieszczęść zmieniło siebie i swoje życie na lepsze. Kiedy zna się sens cierpienia łatwiej jest żyć. Każdy smutek przecież kiedyś przemija. Mimo wszystko uczę się interpretować zdarzenia negatywne na swoją korzyść, a jeżeli coś nie poszło tak, jak sobie zaplanowałam starałam się nie tracić energii na myśli negatywne. I tak, jak cytuje Pani Maria ks.Twardowskiego, że cierpienie, to nie ślepy los, ale zadanie do wykonania i dodałabym i próba wierności!

  5. katarzyna.walus@onet.pl' Katarzyna Waluś pisze:

    Niestety sporo osób gdera! fakt faktem że popełnione głupstwa,brak ostrożności czy też nie słuchanie może się skończyć np. problemami z sercem! Fatalna i zbyt skrajna dieta, intensywne przepracowane nadmiernie życie..często nie słucha się osoby doświadczonej # młodzi którym się wydaje że Wszystko wiedzą…cytuję I po co Mi to mówisz,co Cię to obchodzi! a potem szpital…

  6. gramatis@tlen.pl' Ufka pisze:

    Zawsze walczę do końca, poddaję się tylko w obliczu śmierci. Oczywiście mówię o sprawach, na których mi zależy. Dlatego uwielbiam „walczaków”. Dla mnie przykładem jest Jaś Mela – młody człowiek, który się nie poddał, pomaga innym i daje im nadzieję. I na drugim biegunie – pani Otylia, która mogła inaczej podejść do wypadku, zakończonego śmiercią brata. Mogła apelować o ostrożność, podawać własny przykład jak brawura zmienia życie na zawsze. Nie mnie oceniać, może zbyt trudne psychicznie, ale nawet nie poddać się karze? Kilka godzin prac społecznych?

  7. katarzyna.walus@onet.pl' Katarzyna Waluś pisze:

    Prace Społeczne jak najbardziej zwłaszcza w bardzo trudnych warunkach,gdzie nieraz brnie się przez błoto! z dala od ułatwień technologicznych to bardzo trudne w dzisiejszych czasach! Często osobę która dobrze życzy postrzega się jak wroga być może czasami wynika to z nadanego komunikatu niekoniecznie właściwie odebranego! są osoby które wolą kłamstwo i pochlebstwa a potem…

  8. krzysiek.kala@gmail.com' Krzysiek pisze:

    Ludzie od lat starają się nauczyć komputery myślenia. Może już czas, żeby to człowiek nauczył się czegoś od sztucznej inteligencji 🙂 Chodzi o bardziej pragmatyczne podejście do danych historycznych. W sieciach neuronowych są one wykorzystywane tylko raz – w procesie uczenia. W trybie pracy operacyjnej nie są już przetwarzane kolejny, i kolejny, i kolejny raz – co jest przypadłością typowo ludzką. To marnowanie cennych i deficytowych ostatecznie zasobów – czasu i energii… przynajmniej tu, na ziemi 😉

    „…żyj chwilą bieżącą!” – pisał Seneka – „bo jest już za późno, by żyć przeszłością, i za wcześnie, by żyć przyszłością” – komentował Piotr Stankiewicz.

  9. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Podsumowanie dyskusji będzie dopiero jutro, ale gorąca dyskusja nad projektami „Stop aborcji” i „Ratujmy kobiety” skłoniły mnie do refleksji wokół poruszonego w tym tekście tematu. Bo, gdy dochodzi do nieplanowanej i niechcianej ciąży, chciałoby się – tak jak w przywoływanych tu przypadkach – cofnąć czas na ten sprzed poczęcia. Ale to niemożliwe, tak jak niemożliwe jest, by złamany na skutek skoku do zbyt płytkiej wody kręgosłup taki nie był. Nie da się cofnąć czasu sprzed skoku, ani sprzed poczęcia, ani w ogóle czasu. Są konsekwencje. Konsekwencją poczęcia jest dziecko. Zaś animatorzy projektu „Ratujmy kobiety” zdają się chcieć móc cofnąć czas. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zbiera dziś środki na sprzęt służący ratowaniu noworodków, także tych o ekstremalnie niskiej wadze urodzeniowej. Jak dramatyczna bywa walka o życie takiego dziecka, czytałam niedawno w rewelacyjnym reportażu Mateusza Maranowskiego „Granice człowieczeństwa”, który sam jest ojcem maleńkiego Julka urodzonego w 23. tygodniu ciąży (takie dzieci zabija się w ramach legalnej aborcji). Dzieciątko w pierwszym roku przeżyło już cztery operacje, ale jego uśmiech wynagradza trud rodziców. Bo to jest istota miłości. Nie wiemy, jak wczesne wcześniaki będzie można ratować za pięć, dziesięć lat… W łonie matki jest nienarodzone dziecko, nie płód, a jego zabicie nie sprawi, że kobieta nie będzie matką. Będzie, tylko że matką martwego dziecka.

  10. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    A tu link do rozmowy z Mateuszem Maranowskim https://youtu.be/-32-ttFr5EA Polecam.

  11. tsender@wp.pl' Martwy pisze:

    Jedna uwaga, co do tego „ostatniego zjazdu”.
    Każdy doświadczony narciarz rezygnuje z jazdy, właśnie przed ostatnim zjazdem.
    Po prostu, ostatni zjazd to nie tyle chodzi o pecha czy przesądy, tylko największe zmęczenie, największe rozluźnienie i brak ostrożności i pokusa „ostatni raz, to sobie poszaleję, spróbuję czegoś na krawędzi możliwości etc”.
    I często się to źle kończy.
    Tak zupełnie niemerytorycznie się wcinam.

  12. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dziękuję za wszystkie komentarze, tym bardziej, że nie było ich zbyt dużo. W zasadzie wszyscy zgadzali się, że rozpamiętywanie zdarzeń, które doprowadziły do porażek nie ma sensu, trzeba zaufać Panu Bogu (co podkreślała moja siostra, powołując się na cytat z ks. Jana Twardowskiego, a także Barbara Utecht). Dziękuję też za cenne uwagi pana Krzysztofa dotyczące sztucznej inteligencji czy też komentatora podpisującego się Nickiem Martwy nt. „ostatniego zjazdu”. Ważna przestroga dla narciarzy przed rozpoczynającym się sezonem.

  13. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Mam znajomych którzy mieli tak ciężkie przeżycia że czasem się dziwię że jeszcze funkcjonują i chce im się chcieć robić coś dla innych.

Pozostaw odpowiedź Katarzyna Waluś Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *