Plagiat

Kopiuj-Wklej

Kradzież to przestępstwo, to oczywiste. Oczywiste, gdy chodzi o przywłaszczenie dóbr materialnych, już mniej jednoznaczne dla wielu, gdy dotyczy wartości intelektualnej. Zaczyna się w szkole od pospolitego ściągania, a potem… kombinacja klawiszy Ctrl+C i Ctrl+V wchodzi w nawyk. Towarzyszy temu na ogół milczące przyzwolenie otoczenia. Z lenistwa, wygody, obojętności…

Kradzież własności intelektualnej, zwana plagiatem, polega na przypisaniu sobie cudzej twórczości, przy świadomym zatajeniu źródła istotnych zapożyczeń. Jest to kradzież pomysłu i pracy, której owocem jest utwór – tekst, muzyka, dzieło plastyczne. W przypadku tego ostatniego udowodnienie plagiatu bywa trudne, choć miałam do czynienia z sytuacjami jednoznacznymi. Pamiętam, gdy jako dyrektor Biura Informacji i Promocji na wrocławskim Uniwersytecie Przyrodniczym, organizowałam konkurs na logo uczelni. Wpłynęło prawie 200 różnych projektów, do konkursu bowiem mogły przystąpić nie tylko osoby z dyplomem wyższej szkoły plastycznej, ale także ze świadectwem ukończenia szkoły średniej. Nagroda pieniężna dla autora zwycięskiego projektu plus prestiż były jak widać wystarczającą zachętą. Zacne jury,  które powołał rektor, z udziałem profesorów Akademii Sztuk Pięknych i heraldyków z Uniwersytetu Wrocławskiego, wyłoniło dwie równorzędne prace, jako najlepsze. Całość postępowania konkursowego wraz z werdyktem jurorów trafiła do Internetu na stronę uczelni. I wówczas nastąpiło coś nieoczekiwanego. Do mnie, jako osoby odpowiedzialnej za stronę organizacyjną konkursu, trafiła informacja przesłana przez autora pracy, która nie znalazła się w zwycięskiej dwójce, z powiadomieniem, że wyróżnione projekty są plagiatem. Dowodem były linki do stron internetowych dwóch różnych amerykańskich uczelni, małych i równie mało znanych. Nie trzeba było specjalnej analizy porównawczej, wystarczył rzut oka, żeby stwierdzić zapożyczenie pomysłu graficznego. Efektem było odrzucenie obu projektów, unieważnienie konkursu i niewypłacenie nagrody, choć z tym ostatnim było trochę kłopotu, bo jeden z wykonawców wyróżnionej pracy domagał się pieniędzy i potrzebna była ekspertyza wykazująca plagiat. Żadna inna konsekwencja niedoszłych laureatów konkursu nie spotkała, ponad to, że nie otrzymali nagrody. Najbardziej bulwersujące było jednak, że z ich strony nie pojawił się ani wstyd, ani jakiegokolwiek zażenowanie.

Właśnie najbardziej dziwi zanik wstydu. Być może to efekt milczącego przyzwolenia na tego rodzaju praktyki.

W środowisku akademickim plagiat jest problemem, ale konsekwencje, w razie jego wykrycia, są na ogół bolesne, a rzecz jednak wstydliwa. Wśród matematyków przywłaszczenie czyjegoś pomysłu zawsze było piętnowane. Pamiętam, gdy jeszcze w czasach studenckich, uczestniczyłam w seminarium z topologii, które prowadził sędziwy prof. Bronisław Kanster. U matematyków był zwyczaj organizowania seminariów, w których uczestniczyli studenci od trzeciego roku począwszy i pracownicy naukowi zajmujący się tą lub pokrewną dyscypliną. Tam referowane były na ogół własne prace zarówno studentów, doktorantów, jak i profesorów. Jeden z wyjątkowo uzdolnionych studentów, który publikował już prace w toku studiów, referował wyniki, które złożyć się miały na jego pracę magisterską. Nie wziął pod uwagę, że prof. Knaster, mimo podeszłego wieku, miał fenomenalną pamięć. Zauważył on, że magistrant dowodząc twierdzenia, posłużył się lematem (pomocniczym twierdzeniem), który prezentował jako własne dzieło, a było to twierdzenie udowodnione przez jego kolegę. Praca była już napisana i złożona promotorowi, a tam żadnej wzmianki o prawdziwym autorze. Konsekwencje dla plagiatora były bolesne – nie zrobił magisterium, nie dostał etatu asystenta, który na niego czekał, za to otrzymał tzw. wilczy bilet, który zamknął mu drogę do ukończenia studiów. Wspominała o tym zdarzeniu moja siostra w artykule publikowanym na portalu Wszystko co Najważniejsze „Dlaczego uniwersytety przestają być kolebką elit intelektualnych?”

https://wszystkoconajwazniejsze.pl/malgorzata-wanke-jakubowska-dlaczego-uniwersytety-przestaja-byc-kolebka-elit-intelektualnych/

Chciałoby się westchnąć: gdzie te czasy? Ale to były standardy, które wymuszały etyczne zachowania.

Dziś takich restrykcji już nie ma, ale u matematyków wymagania w tym obszarze są nadal bardzo wysokie. Jak jest w innych dziedzinach, tego dokładnie nie wiem, ale plagiat jest jednak czymś wstydliwym. Wykryty i udowodniony nie pozostaje bez konsekwencji z pozbawieniem tytułu lub stopnia naukowego włącznie. Powstają też programy antyplagiatowe, które w założeniu mają mieć funkcję prewencyjną. Czy odgrywają jakąś istotną rolę? Śmiem wątpić.

A jak jest u dziennikarzy? Przecież każdy artykuł jest rezultatem pomysłu i pracy. Zwłaszcza reportaż, który wymaga korzystania z różnych źródeł (naukowcy zaznaczają to w przypisach), ale najbardziej pracochłonne jest czerpanie wiedzy z bezpośrednich relacji, które wzbogacają artykuł, dodając przytoczonym opiniom i faktom autentyczności. Można sobie wyobrazić, że autor reportażu zbiera pieczołowicie materiał, umawia się z różnymi osobami, zaprasza na kawę, odwiedza w domach. Potem pracowicie analizuje i selekcjonuje zebrany materiał, uzupełniając kwerendą danych archiwalnych. Wreszcie tworzy tekst, który zawiera informacje nigdzie do tej pory niepublikowane. Jest przekonany, że tworzy historię, że każdy, pisząc o tym, o czym traktuje jego tekst, będzie musiał powołać się na źródło. Jego źródło. Okazuje się, że nic z tych rzeczy. Że można zaznaczyć cały tekst i zastosować kombinację klawiszy Ctrl+C oraz Ctrl+V, a potem tylko przeredagować, zmienić szyk zdań, podmienić określenia np. zamiast dziadek napisać senior rodu, coś wycofać, dodać jakiś cytat z encyklopedii dla zmylenia pedantycznie przytaczając źródło, skrócić tytuł… I już po godzinie, dwóch artykuł gotowy. Jak czuje się prawdziwy autor? Czuje się okradziony, oszukany, prawdziwie dotknięty. Ograbiony z własności.

Wiem o czym piszę. Dotknęło mnie to osobiście. I boli.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

7 komentarzy

  1. aprzychodzkadziekonska@gmail.com' Agnieszka Przychodzka-Dziekońska pisze:

    Dziękuję za artykuł – pracując w prywatnej szkole – przez lata – chyba od 2007/8 do 2014 roku miałam sprawdzane prace studentów – programem antyplagiatowym, oni nie mieli zielonego pojęcia o przypisach i źródłach – to niezwykłe jak manipulacja kieruje relacjami. Dodam, że bez wskazywania – typowanych prac – prowadzone prace nigdy nie przekraczały współczynników dopuszczalności. – to proste zasady – oby stały się powszechnymi. Warto też zaznaczyć, że plagiat to przestępstwo ścigane z urzędu – a nauka szacunku wobec własności innej osoby powinna zaczynać się na początku edukacji. Zaś wymagania przestrzegania prawa – bo o nie przecież idzie, powinny być powszechne… Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję.

  2. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dotknęło mnie, a także nas obie, tzn. mnie i moją siostrę, bo mamy wiele tekstów wspólnych, nie jeden raz.

    Pamiętam dyrektora Zespołu Szkół, który w czasopiśmie związkowym przepisywał dosłownie nasze teksty, które publikowałyśmy na łamach redagowanej przez nas uczelnianej gazety. Wykryła to dziennikarka Gazety Wrocławskiej. Pan dyrektor tłumaczył się wówczas, że nasze teksty tak bardzo mu się podobały, iż chciał je upowszechnić w szerszym gronie. Tylko dlaczego podpisywał je własnym nazwiskiem??? I to wychowawca młodzieży!!! Brak słów.

    Sama przywykłam, że moje teksty jako informacje prasowe ukazują się niemal bez zmian, korekt czy uzupełnień pod różnymi tytułami podpisane nazwiskiem dziennikarza. To prawidłowe, wpisane w funkcję rzecznika prasowego, którą wykonywałam. Także przemówienia i listy rektora były de facto moimi tekstami, ale pisane dla niego, jemu były przypisywane. To też bywa praktykowane. Tak jest rola copywritera.

    Ale, co innego tekst w poważnym piśmie czy portalu. Wspólnie z siostrą tego doświadczyłyśmy. Czy to boli? Raczej zdumiewa upadek obyczajów.

    Mam nadzieję, że ten tekst poruszy opinię publiczną. Bo presja ma sens. Czasem odwraca bieg zdarzeń. Może też zmieniać obyczaje.

    Liczę na to, że pod moim komentarzem pojawią się kolejne obnażające ten rodzaj nieuczciwości (a może przestępstwa), jakim jest PLAGIAT.

  3. ajerie@wp.pl' Andrzej pisze:

    Najgorsze jest to, że po głowie obrywa najbardziej ten, kto się o swoje prawa dopomina. Środowiska traktują jak czarną owcę tego, kto o plagiacie mówi a nie tego kto się go dopuszcza.

  4. Miałam takie przypadki kradzieży moich projeltów plastycznych. Zaraz po studiach ukradziono mi rysunek z pracowni i użyto go na pl. Grunwaldzkim w billboardzie1 To było 15 lat temu.
    Ale do tej pory spotykam się z kopiowaniem i używaniem innych realizacji po drobnej przeróbce. Praktycznie nic, co zostało umieszczone w internecie, nawet gotowe, dawno sprzedane i zrealizowane, nie jest bezpieczne. Handel wtórny kwitnie.
    Sądy nie zajmują się na poważnie takimi sprawami.
    I na 100% przypadki takie nie są odosobnione, ale wręcz przeciwnie – bardzo częste.

  5. ajerie@wp.pl' Andrzej pisze:

    Sądy nie zajmują się poważanie kwestią plagiatów, mimo że (o czym mało kto wie) są przestępstwa ścigane z urzędu a nie na wniosek. Za to potrafią zająć się na poważnie współpracą przy nękaniem kogoś, kto odważył się zaprotestować/bronić swoich praw. To niebywałe.

  6. lala.lu@gazeta.pl' Głęboki Fotel pisze:

    Za mało otwartych dyskusji na temat kradzieży dóbr intelektualnych, dlatego bardzo dobrze, że ten tekst się pojawił, choć przykro, że w takich okolicznościach. Mam nadzieję, że autor plagiatu i redaktor naczelny tego tygodnika, który plagiat opublikował posypią głowę popiołem i zadość uczynią. Jest wina – powinna być teraz kara i zadośćuczynienie.

    Widziałam obydwa teksty – nie da się obronić tego ordynarnego, bezczelnego plagiatu.

    Jeśli nie zadziała narzędzie prawne, być może należy poszukać innych dróg piętnowania takich poczynań – ciekawe, co by zrobił redaktor naczelny tego tygodnika, gdyby dostał 5 tys. listów zwracających mu tygodnik z felernym tekstem? Albo 5 tys. majli z zapytaniem, czy zachował się w porządku?
    Może takie akcje społeczne są potrzebne, żeby nie dopuszczać do bezkarności przestępców – złodziei własności intelektualnej?

  7. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Mentalność nie zmienia się szybko. W systemie komunistycznym, własność w ogóle nie była szanowana, nie tylko własność intelektualna. To prawda, że opieszałość sądów nie jest czynnikiem sprzyjającym, ale znacznie ważniejsze moim zdaniem jest wpajanie zasad poszanowania własności intelektualnej od najwcześniejszych lat. Nawet małe dziecko, które przywłaszczy sobie czyjś pomysł, powinno być karcone i zawstydzane. Najpierw w rodzinie, potem w szkole. Tępione powinno być ściąganie, pisanie przez rodziców zadań domowych, kopiowanie treści z internetu jako własnych. Zmiana mentalności to długi proces wychowawczy. Rolą księży jest uświadomić, że plagiat to nie tylko przestępstwo, ale i grzech, z którego trzeba się spowiadać. Głos Kościoła w tej sprawie nie jest, moim zdaniem, wystarczająco donośny. Ważne jest też uświadomienie, że przywłaszczenie czyjeś własności to krzywda, którą komuś się wyrządza. To nie jest tak, że nic się się nie stało. To właśnie próbowałam podkreślić w swoim tekście. Plagiat kogoś boli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *