Studenckie picie

20170511_180718 (1)

Tak, nie pomyliłam się, nie o studenckim życiu, a właśnie o piciu będzie ten tekst. Bo, gdy obserwujemy doroczne święto żaków, czyli juwenalia, można odnieść wrażenie, że to święto piwa. Reklamy dosłownie wszędzie, porozrzucane puszki i butelki. Hałaśliwie zachowująca się młodzież, niestety, często pod wpływem nadmiernego spożycia.

20170511_165603   20170511_165201 (2)

Śmietniki i chodniki wyglądają często jak pobojowisko. To pozostałości po studenckiej zabawie.

20170511_165402    20170511_181301

 

Juwenalia – z racji usytuowania akademików w pobliżu mojego mieszkania  – obserwuję i słyszę (o co nietrudno, bo hałas dokucza do późna w nocy). Wiem, że nie ma studenckiej imprezy, która nie byłaby mocno zakrapiana alkoholem.

   20170511_180854   5569efcf42faa_o,size,1068x623,q,71,h,319cc8

 

Dotyczy to także studenckich rajdów, zdarza się, że już wysiadając z autobusu czy pociągu niektórzy do miejsca zakwaterowania idą zygzakiem, albo przynajmniej chwiejnym krokiem. Czy inaczej nie umieją się bawić?

Moi synowie, gdy byli na studiach, wolny czas spędzali głównie w gronie kolegów i koleżanek z duszpasterstw akademickich – spotkania, zabawy sylwestrowe i karnawałowe, rajdy, obozy… Tam nie piło się alkoholu, a bawiono się doskonale. Widać, że można. I choć wrocławskie duszpasterstwa akademickie są wręcz ewenementem w skali kraju i rozwijają się znacznie lepiej niż w innych ośrodkach (polecam świetny tekst ks. Mirosława Malińskiego, wrocławskiego duszpasterza akademickiego od 18 lat, rektora kościoła św. Macieja https://wszystkoconajwazniejsze.pl/ks-miroslaw-malinski-fenomen-duszpasterstw-akademickich-we-wroclawiu/) to odsetek zaangażowanych w nich studentów nie przekracza dziesięciu procent. Nie jest to więc zjawisko typowe.

Gdy od czasów studenckich moich synów sięgam pamięcią kolejne dwadzieścia lat wstecz, do okresu moich i mojego męża studiów, to – o ile pamiętam – studenckie picie miało się w najlepsze. Moi i mojej siostry koledzy z sekcji teoretycznej regularnie grali w zakrapianego brydża. Nie było wtedy zbyt dużego wyboru, a i studenckie kieszenie nie były zasobne, ale pito nie wino marki „WINO”, tylko jakiegoś najtańszego Rieslinga. Na matematyce nauki nie było wiele, zdolnym studentom wystarczyło uważać na wykładach, nie było więc zakuwania po nocach, jak na innych kierunkach studiów, dlatego życie towarzyskie kwitło. Bywało i nadużycie spożycia. Pamiętam, jak jeden z kolegów podczas seminarium prof. Andrzeja Krzywickiego „zmęczony” był bardzo, chwiał się i pokładał na stole. Profesor uwierzył w „bajeczki” naszych kolegów, że zażywa tabex, aby odzwyczaić się od palenia, no i właśnie zapalił. Dlatego zrobiło mu się niedobrze. Prof. Krzywicki z troską dopilnował, aby „chorego” wyprowadzić z zajęć i żadnych konsekwencji nie było.

Picie nie przeszkadzało naszym kolegom w nauce, to byli najlepsi z najlepszych studentów, zaliczali wszystkie kolokwia i egzaminy na piątki, a dziś są profesorami w Polsce i zagranicą.

Przypomniała mi się jeszcze jedna historia, w której brałyśmy udział ja i moja siostra. Na trzecim roku studiów, po zimowej sesji najlepszym studentom na roku przyznano stypendia rektora. Znalazłyśmy się w pięcioosobowym gronie, które dostąpiło tego zaszczytu (stypendia były stosunkowo wysokie i przyznawano je tylko naj, najlepszym). Postanowiliśmy to uczcić, a tak się złożyło, że nasza mama była wtedy w sanatorium (tata już nie żył), więc miałyśmy przysłowiową „wolną chatę”. Koledzy mieli przynieść wino, a my przygotować kanapki. Zdziwiłyśmy się, gdy na stole stanęło pięć butelek. – Po jednej na głowę, to co to jest? – usłyszałyśmy. Butelkę rozlewało się na pięć kieliszków. Po trzech kolejkach miałyśmy dość. Kręciło nam się w głowach i chyba po raz pierwszy w życiu przekroczyłyśmy miarę. A nasi koledzy? Dwie butelki już wypili sami i widać było, że byli przyzwyczajeni do większych ilości.

O różnych zabawnych historiach związanych z piciem na studiach opowiadał mi mój mąż. Jeden z jego kolegów nawet założył się o butelkę wódki, że zimą w samych kąpielówkach na boso pobiegnie wokół akademika po ośnieżonym chodniku. I zakład wygrał, było co potem opijać.

06-DSC_3882

Dlatego, gdy widzę nadużywających alkoholu podczas imprez studentów, myślę, że ważne jest, co robią oprócz tego.

Bo młodość trochę durna i chmurna jest, ważne, by z tego wyrosnąć. A juwenaliowe dni, które właśnie trwają, jakoś trzeba przetrwać.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

13 komentarzy

  1. wziolek@yahoo.es' wziolek_sj pisze:

    Nie gorszy mnie ani studenckie picie, ani sam alkohol (jeśli ktoś nie wierzy, polecam mój tekst „Sześć stągwi kefiru” w tegorocznym marcowym numerze miesięcznika „W drodze”). Bardzo zniesmacza mnie natomiast, brak kultury u studentów, również kultury picia.
    Studenci z prowadzonych przeze mnie duszpasterstw dobrze pamiętają, że na naszych uroczystościach (balach, sylwestrach, zrękowinach, uroczystych kolacjach, obozach i rajdach) alkohol nigdy nie był demonizowany. Był obecny – bo przecież służy temu, by podkreślić ważność chwili i wyrazić wspólną radość – ale zawsze był jedynie dodatkiem podkreślającym to, co najważniejsze, czyli radość ze spotkania, przyjaźń i bliskość. Nigdy (!) nie był „głównym bohaterem” ani – tym bardziej (!) – czymś, co mogłoby zaniżyć poziom wspólnego świętowania.
    Bo wcale nie chodzi o to, żeby studenci nie pili alkoholu (to nierealne i przez to niebezpieczne). Chodzi o to, by nauczyć ich kultury w podejściu do tego, co jest częścią dorosłego życia. Nie w tym znaczeniu, że „żeby być dorosłym, to trzeba pić”, ale w tym, że „żeby być dorosłym, trzeba umieć dojrzale podchodzić do wszystkiego, co życie niesie”.
    Jeśli komuś wydaje się, że te moje słowa to gadanie stetryczałego i podstarzałego, pięćdziesięcioczteroletniego gościa, to podsyłam jeszcze tekst, który – będąc duszpasterzem akademickim w Opolu) napisałem 17 lat temu (Boże, jaki ja wtedy byłem młody! :-)) na temat Piastonaliów (tak nazywają się Juvenalia w Opolu) i który ukazał się naonczas w lokalnej, opolskiej prasie.
    Pozdrawiam serdecznie. Studentów zwłaszcza! WZsj
    Oto tekst:

    Piastonalia – (NIE)Kulturalna Wiosna Studencka
    O zakończonych niedawno Piastonaliach 2000 pisano i mówiono dużo i różnie. Jedni zgłaszali swoje obiekcje co do programu, inni zachwycali się rozmachem imprezy, wielu narzekało na towarzyszący jej hałas, a niektórzy wytykali organizatorom nie do końca legalne działania.
    Nie zetknąłem się jednak z żadną wypowiedzią, która dotykałaby sprawy – moim zdaniem – najistotniejszej a mianowicie ogólnej wymowy, ogólnego wrażenia jakie niosą ze sobą coroczne Piastonalia. A jest ono – znów moim zdaniem – mało optymistyczne. Bo co do programu to każdy może mieć swoje gusty i guściki (osobiście uważam, że był on w miarę różnorodny), co do rozmachu to niewątpliwie był, a hałas – cóż – jest nieodłącznym towarzyszem wszystkich imprez masowych. Nie w tym bowiem rzecz żeby było cicho ale żeby było kulturalnie. A kulturalnie na Piastonaliach nie jest !
    Na cztery dni kultura studencka, i ta indywidualna i ta społeczna, odstawiana jest do kąta: inauguracyjny koncert “Brathanków” poprzedzony jest przez organizatorów gromkim okrzykiem (z góry przepraszam osoby wrażliwsze za cytowane wyrażenie) “Bawcie się zajebiście!), najczęstszymi słowami słyszanymi z ust studentów stają się rynsztokowe przekleństwa, najczęściej widywanym zjawiskiem na opolskich ulicach stają się grupy “narąbanych” (czyli mocno podpitych – przyp. W.Z.) studentów, legitymację studencką zastępuje na owe cztery dni noszona wszędzie i koniecznie na widoku puszka piwa, krzaki i żywopłoty na miasteczku studenckim stają się publiczną areną miłosnych pieszczot, a całość określana jest mianem wspomnianej już (przepraszam znowu) “zajebistej zabawy”.
    Nie chodzi mi oczywiście o jakiś purytanizm i o to, by gorszyć się byle czym. Dobrze wiem, że i piwo i tzw. “inne sprawy” są dla ludzi, a przekleństwo też się czasem może komuś wyrwać. Nikt mi jednak nie wmówi, że kulturą studencką (czy jakąkolwiek inną) jest ostentacyjne przeklinanie, kilkudniowe upijanie się czy też publiczne pieszczenie się (celowo nie cytuję mocniejszych określeń, żeby znów nie musieć przepraszać) w krzakach wśród śmieci i pustych puszek po piwie. To nie jest kultura, to jest brak kultury. I choć zdaję sobie sprawę, że ów brak nie dotyczy wszystkich studentów, to jednak – chcący czy niechcący – ogólne wrażenie i główne przesłanie jakie niosą ze sobą Piastonalia jest właśnie takie.
    Nie winię za to jedynie studentów. Uważam, że współodpowiedzialność ponoszą wszystkie akademickie instytucje wychowawcze od władz opolskich uczelni poczynając a na duszpasterstwie akademickim kończąc. Od zawsze bowiem tak jest, że młodzi ludzie robią to na co im się pozwala. Mam wrażenie, że w ciągu tych paru dni pozwalamy studentom na wszystko, i albo staramy się nie dostrzegać wszystkiego tego o czym była mowa wcześniej, albo też wszystko to widzimy ale ze strachu czy z wygodnictwa zupełnie nie reagujemy. Nic mi przynajmniej nie wiadomo o jakiejkolwiek reakcji czy to Uniwersytetu (z Wydziałem Teologicznym!), czy Politechniki czy WSZiA na niekulturalne zachowania studentów w czasie Piastonaliów. A szkoda, bo przypominanie norm zachowania oraz stawianie wymagań jest obowiązkiem każdej instytucji wychowawczej, również wyższej uczelni. Obowiązkiem, z którego i sami wychowankowie i inni mają nas prawo rozliczyć. A ponieważ, jak napisałem wyżej, jako duszpasterz akademicki też czuję, że niedostatecznie się z tego obowiązku wywiązuję, więc korzystam z uprzejmości Waszej Redakcji aby ten brak nadrobić.
    Z poważaniem
    Wojciech Ziółek SJ
    duszpasterz akademicki Jezuickiego Ośrodka Formacji i Kultury “Xaverianum”.
    Opole, 22 maja 2000 r

  2. m.wanke.jakubowska@gmail.c' Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Marcin Gugulski jako komentarz do tego tekstu napisał na Twitterze:
    Pośmiać się, popić nie ma chęci?
    Co jest, jak pragnę, panowie studenci!
    [J. W. Goethe: Faust, tłum. A. Pomorski]

  3. gatarz.jerzy@op.pl' maup pisze:

    Nie ma już żadnych Juwenaliów, bo nie ma żadnych studiów i żadnych uczelni. A ja za moich czasów w tym czasie siedziałem w bibliotece i książki czytałem, co oczywiście było debilizmem, bo jeszcze nie rozumiałem, że za chwilę nie będzie żadnych studiów i żadnych uczelni

  4. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Ciekawe komentarze pojawiły się na Facebooku pod zapowiedzią tego tekstu. Pozwalam je sobie przytoczyć, jako przyczynek do dalszej dyskusji. Z wyjątkiem jednego głosu Gabriela Ławita z daleka, wszystkie jakoś – niestety – jednobrzmiące.
    Dominika Arendt-Wittchen
    Dokładnie…mam takie samo wrażenie… upadek ducha i kultury studenckiej. Smutek.

    Marta Olejnik
    Minęły dawne dobre czasy, niestety. Początek lat 90-tych. Rektor- w todze oczywiście – na czele, władze uczelni razem ze studentami ulicami miasta. Te juwenalia najmilej zapamiętałam. A teraz zgadzam się z Panią Dominiką (wyżej) i uważam, że mnóstwo pieniędzy utopionych jest w tym piwie.

    Anna Oryńska
    Dobrze, że nie wędrują do centrum miasta: to był radosny pochód przebierańców tylko pijanych, wulgarnych młodych ludzi. Niech pozostaną w swoim gronie na Wittigowie…

    Gabriel Lawit
    E, tam. Zazdrościć po prostu.

    Wiesława Wadowska
    Zapraszam na ul.9 Maja, trasa z Wittigowa na Pola Marsowe ,,zaśmiecona i ,,zarzygana” oraz ból głowy po nieprzespanej nocy tak wygląda zabawa studencka.

    Marta Olejnik
    Nie tylko we Wrocławiu, niestety. Czy jest jeszcze jakiś ślad po kulturze studenckiej? To zmarnowane pieniądze!

  5. ewama7@wp.pl' Ewa Mastalska pisze:

    Byłam wczoraj na Biskupinie gdzie mam znajomych wprawdzie popołudniem a nie wieczorem lub nocą ale wrażenia miałam pozytywne. Fajnie poprzebierani weseli ludzie wcale nie wyglądający na pijanych.

  6. mail@mywebsite.pl' TesTeq pisze:

    Alkohol jest dla ludzi. Natomiast dziewczyna (lub chłopak) popijająca na skwerze piwo prosto z butelki to kwestia smaku. Inny świat.

  7. Maria Wanke-Jerie pisze:

    Kultura picia alkoholu to ważny element wychowania. Moim zdaniem w dużej mierze wynosi się ją z domu. Gdy dzieci wzrastają, widząc rodziców pijących do obiadu lampkę wina, obserwują uroczystości rodzinne, podczas których pije się alkohol z umiarem, mają wzór do naśladowania.

  8. b.utecht@onet.pl' Barbara Utechr pisze:

    Zapewniam Państwa, że można bawić się świetnie bez alkoholu, a taka impreza na długo pozostanie w pamięci bez zbędnych incydentów. Utarło się powiedzenie: a co tam jedno, dwa piwka nie zaszkodzą, może i nie zaszkodzą, ale przy pomocy piwka nie zbudujemy zapewne głębszych relacji i nie będziemy przeżywać prawdziwej radości z imprezy. Czyżby panował zwyczaj, że przeżywanie na drugi dzień kaca jest warunkiem dobrej imprezy? Rozmiar tego niechlubnego zjawiska jest ogromny. Młodzież przekracza często akceptowane normy obyczajowe, a to niestety negatywnie wpływa na kształtowanie osobowości młodego człowieka. Agresja, niska kultura językowa a czasem i wandalizm są niestety coraz bardziej powszechne i to powinno budzić niepokój. Wiem o czym piszę, ponieważ w klatce mam takich studentów, którzy co tydzień organizują imprezy, jak się mieszka z takimi lokatorami nie muszę chyba pisać. Może należałoby rozpocząć jakąś akcję uświadamiającą dotyczącą problemów alkoholowych wśród studentów.

    • mwj53 pisze:

      Mieszkam w wieżowcu w pobliżu campusu uniwersyteckiego, po drugiej stronie ulicy są gmachy politechniki, nieco dalej budynki innych uczelni. Takie centrum akademickie, dlatego też trudno się dziwić, że okoliczne domy stają się powoli akademikami – ludzie, co zamożniejsi, wyprowadzają się do większych mieszkań lub domów, a małe mieszkanka w pobliżu uczelni wynajmują studentom. To też znak czasów, gdy przed ponad 40 laty zamieszkałam tu z mężem, studentom wynajmowało się pokoje w mieszkaniach, nawet całkiem małych. W moim bloku, gdzie mieszkania mają do 50 m kw. też zdarzało się wyjmowanie pokoi studentom. Dziś nie pomyślenia, żeby żacy zamieszkali przy rodzinie czy samotnej osobie, a też taka osoba nie chce dyskomfortu obecności studenta w swoim małym mieszkanku, nawet gdyby pieniądze z wynajecia pokoju podreperowały jej skromny budżet. Wszyscy stajemy się bardziej wygodni. Ale wracając do głównego wątku, ok. dwie trzecie mieszkań w moim domu to stancje studenckie. Spotykam tych młodych w windzie, są sąsiadami… I przyznam, że nie narzekam ani na hałas, ani na akoholowe imprezy. Potrafią się kulturalnie bawić, nawet czasem z alkoholem. Bo jest kultura picia wina i jest kultura, a często jej brak, picia wódki. Można też pić piwo z umiarem, jako napój chłodzący w upalny dzień. Wszystko jest dla ludzi i wydaje mi się, że moi młodzi sąsiedzi potrafią z kulturą mieszkać, bawić się, a także pić alkohol.

  9. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Na pierwszym roku studiów „waletowałem” u znajomego – studenta V-tego roku. W maleńkim dwuosobowym pokoiku waletowała jeszcze dziewczyna drugiego oficjalnego lokatora. W pokojach obok też mieszkali studenci piątego roku stanowiący razem zgraną i „schlaną” paczkę. Będąc już u kresu studiów starali się maksymalnie wykorzystywać wszystkie atrakcje związane ze studiowaniem w dużym mieście . Ja nie miałem wtedy tak dobrze. Na pierwszym roku była ostra selekcja, odpadało około połowy początkowej liczby studentów. Mieliśmy dużo zajęć i trzeba się było uczyć zwłaszcza, że starałem się o stypendium tzw. naukowe. Zwykle byłem tylko trzeźwym lub „małolitrażowym” obserwatorem imprez starszych kolegów, choć bywało, że przyłączałem się do nich, a potem na ostrym kacu szedłem na kolokwium …i zdawałem na 4..
    Koledzy z piątego roku zdecydowanie nie oszczędzali się jeśli chodzi o ilości wypijanego alkoholu. Skutki zdrowotne tego bywały opłakane („the day after”), zdarzało się, że komuś „urwał się film”. Nie kojarzę jednak by komuś puszczały hamulce związane z podstawowymi zasadami moralności i kultury. Nie było agresji, zaczepiania, wandalizmu. Wulgaryzmy owszem były w użyciu – nie było jednak takiej wulgarności w stosunku do ludzi i spraw seksu jaką obserwuje się obecnie. W ogóle nie spotkałem się ani nie słyszałem o zjawisku fali. Z narkotykami eksperymentowały pojedyncze osoby, które zwykle nie zagrzewały miejsca na studiach. Była gitara, piosenki Kaczmarskiego i inne antystemowe ( 1988-89 r.), bywały tańce na korytarzu akademika, długie nocne Polaków rozmowy, rajdy po restauracjach i klubach studenckich. Nieraz ze zdziwieniem zauważałem, że ludzie pozornie nieciekawi po kilku kieliszkach otwierają się i okazuje się, że mają interesujące przemyślenia.
    Dlaczego zabawy współczesnej młodzieży wzbudzają tyle złych ocen? Moja teoria: współcześnie w naszym społeczeństwie jest więcej podziałów, drapieżności, zakłamania. To powoduje zwłaszcza u młodych ludzi frustracje. Zabawy, imprezy są odreagowaniem. Alkohol pity jest po to by uśmierzyć frustracje, a często daje to odwrotne skutki – są one publicznie ujawniane.
    Na koniec anegdota.
    Odwiedzam w akademiku kolegę. Leży na łóżku z mocno obolałą miną.
    -Co ci jest?
    -Daj spokój. Serce mnie boli, wszystko mnie boli. Chyba będę musiał iść do lekarza.
    -A to z jakiego powodu tak ci się dzieje? – zadaję retoryczne pytanie
    – Od tygodnia piję…
    -To może zrób sobie przerwę z piciem.
    -Nie, wolę iść do lekarza

    • rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

      Gdyby ktoś zastanawiał się skąd studenci wtedy mieli pieniądze na takie hulaszcze życie to odpowiadam, że z przemytu. Przemycali i sprzedawali w NRD nasze lizaki – było na nich kilkakrotne przebicie.

  10. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Bardzo ciekawe komentarze nie tylko o piciu alkoholu, ale o kulturze, a często jej braku, u studentów. Skromne liczebnie głosy przedstawiające odmienną opinię. Bo istotnie, wynajmujący mieszkania w wielopiętrowym wieżowcu studenci będą raczej zachowywać się kulturalnie w windzie czy na klatce schodowej. Co innego imprezy masowe, np. juwenalia, o których pisał ks. Wojciech Ziółek SJ. Niestety, brak kultury to nie tylko picie alkoholu w nadmiarze, ale też wulgaryzmy. Podeszłam w miniony czwartek 12 maja do bramek, gdzie wpuszczano za okazaniem legitymacji studenckiej na teren tzw. Wittigowa (to tam na terenie wokół akademików odbywały się Wittigalia) i podsłuchałam taką rozmowę:

    – No i jak jest?
    – Ch***wo – padła odpowiedź.

    Nie zawstydził się mimo, że zdawał sobie sprawę, iż ja, starsza pani, tego słucham.

    A niedawno idąc ulicą mijałam dwóch młodych mężczyzn, którzy rozmawiając sypali „wiązanką” na „k” i „ch”, ale gdy mnie zobaczyli, jeden z nich powiedział: „przepraszam panią bardzo”. Widać, że zawstydził się. Gdy jest zawstydzenie, jest refleksja i jest poprawa. To zbawienna rola wstydu. I niech to będzie puentą.

  11. jerzpolski@wp.pl' Jurek pisze:

    Nadmierne picie alkoholizm, to straszny nałóg. Przykre, że genialni matematycy – niektórzy opisani w książce o kawiarni szkockiej – nie potrafili się od niego wyzwolić. Kiedyś mieszkałem w akademiku filologów, gdzie większość wypalała duże ilości papierosów, a jeden z polonistów na 5. roku co 2. dzień przychodził pijany. Przez kilka miesięcy udało mi się zachować dystans do tej sytuacji,a nawet raz grałem z nimi w brydża do rana.
    Na szczęście potem znalazłem inne lokum. Kiedy mieszkałem z Parawanowcu, spotkałem tam kolegę z którym mieszkałem wcześniej, co opisałem wyżej, ale wtedy, w innym otoczeniu, on zmienił się bardzo – na plus.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *