PERYSKOP cz. IV

Igor MERTYN wraca do opowieści o peryskopie. A przy okazji pisze o tym, jaką cenę trzeba było płacić za odwagę, jak niszczono młodych ludzi, jak tuszowano przestępstwa „swoich”. To świadectwo dziesięciolatka, który dostał przyspieszoną lekcję dojrzewania.

Mertyn1

Igor MERTYN

Socjolog, doktorant. Autor dramatów: „Dwa dramaty wg Mrożka”, „Związki”, „Gilojady”, „Upał”, „Patronat”. Autor scenariuszy filmowych. Absolwent zarządzania gospodarką lokalną i regionalną na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

 

 

 

Cena odwagi

Wracam do tekstu o Peryskopie.

– No weź – krzyknął Michał do Pontona, który zamierzył się by rzucić foliowy worek napełniony wodą z okna na dziesiątym piętrze w mroźne grudniowe przedpołudnie. –  Przestań, no mówię ci!

Krzyk Michała rozległ się na całą klatkę schodową jedenastopiętrowego wieżowca z korytarzem na jedenastym piętrze tak, by można było przechodzić między trzema klatkami. Wieżowiec z wielkich betonowych płyt zbudowano w latach 70. Ciągnący się  korytarz na jedenastym piętrze w zamyśle architektów i projektantów pełnił funkcję łącznika, może na wypadek awarii wind. Dla grupy nastolatków był miejscem ukrycia, zabawy, a przede wszystkim korytarzem ucieczki.

Michał i Ponton sprzeczają się. A ja patrzę z góry na nasz ośnieżony plac zabaw, ławki, ośnieżone ulice, skute lodem chodniki. Zima tego roku jest wyjątkowo mroźna.

– Nie rzucaj jeszcze! – wykrzykiwał Michał. – Nie mamy więcej worków, a ja nie przyniosę już z domu, mama mnie zabije!  – Taa, poczekaj! Lepiej patrz czy nie idzie! – dodał Sikol, jest najstarszy z nas, ma piętnaście lat.

Sikol zginie po maturze w wypadku samochodowym. Pojedzie na imprezę klasową za miasto, w miejscowym sklepie z kolegą kupią alkohol, ze sklepu będą szli poboczem na imprezę, trzymając w rękach glony, czyli proste wina. Pijany milicjant wjedzie w nich swoim fiatem 125p. Sprawca uniknie sprawiedliwej kary. Dwóch młodych chłopców było pijanych i weszli „pod koła samochodu”. Taka będzie oficjalna wersja.

I tak Ponton o godzinie dziesiątej trzydzieści stał przy otwartym oknie na półpiętrze między dziesiątym a jedenastym z workiem foliowym napełnionym wodą w grudniowy dzień niemiłosiernie mroźny.

– Przestaniecie się bawić na klatce – rozległ się głos kobiety. – I zamknijcie to okno!!! Przecież to nie jest lato!!! Cholera jasna! Wy łobuzy, szmaciarze! Element sprowadzili i teraz mamy!!! Zaraz się do was przejdę!!! – zaczęła krzyczeć kobieta w szlafroku wychylając się przez poręcz i zadzierając głowę do góry.

– To Jastrzębska! – powiedziałem. – Z siódmego – dodałem.

Siedzę na schodach, myślę o peryskopie. Major mnie zabije za jego brak, myślę sobie. Nie ekscytuje mnie ta dzisiejsza akcja. Mam nie lada zmartwienie.

– Mam ją w dupie! – zawyrokował głośno i lekko melodyjnie Sikol – Spróbuj tylko!

– Idę to twojej matki!

– Idź, idź! – odpowiedział Sikol.

– Mam rękawiczki przemoczone, kto mnie zmieni – zaczął stękać Ponton, który skończył w październiku  czternaście lat i dostał w prezencie między innymi te rękawiczki. – Ja mogę – zaproponował Sokół, który siedział dotychczas na schodach pozornie nie zainteresowany i palił papierosa.

– Skąd wiesz, że on na pewno wyjdzie teraz? – spytał Sikol Pontona. – No mówiłem ci, babcia mi powiedziała, że on patrzy, kto chodzi do kościoła z naszych bloków. Obserwuje, już go z parę razy przyuważyła w niedzielę, siedzi w tym zasranym Wartburgu i patrzy!

 – Dobra, poczekamy jeszcze trochę – powiedział Sikol z miną znudzonego praktyka w takich akcjach.

– Idzie, idzie! – krzyknął Michał, Sokół skoczył ze schodów prowadzących na jedenaste piętro. Był zwinny, trenował judo, miał piętnaście lat, tyle samo co Sikol, ale był o trzy miesiące młodszy. Nie raz robił „akcję”, to dla nas „młodych”, „adeptów” do podwórkowej paczki miał być sprawdzian.

Sokół za trzy lata zostanie powołany do wojska. Do służby zasadniczej. Odsłuży ją gdzieś w okolicach Szczecina. Wcześniej przeniosą go z technikum do szkoły zawodowej. – Uwalili mnie z matematyki, rosyjskiego i WOS-u – powie nam pewnego czerwcowego dnia, gdy siedzieliśmy na naszej ławeczce zaraz po rozdaniu świadectw szkolnych.

Kiedy wróci z wojska będzie inny, taki przygaszony. – Wojsko to syf – rzuci, gdy ktoś go spyta, jak było.

Później dowiem się, że w majową noc, w  1984 r. to Sokół właśnie pobił znienawidzonego przez nas Ormowca. Ten wcześniej groził mu, że zabierze kartki na benzynę i zgłosi też na milicję, że ukradł komara i, „że to on robi włamy do komórek”. Nic z tego nie było prawdą. Sokół kupił komara na giełdzie. Byliśmy przy tym i jego wujek.

– Zobaczysz wyrzucą cię ze szkoły, jak powiem co wyprawiasz! – krzyczał Ormowiec.

– A „włamy” to robił „Peciu”, który „nawalił” się smażonym na patelni proszkiem IXI i nałykał do tego Benalganu. Zmarł na ulicy, zasnął i zamarzł w lutym  – powiedział nam kiedyś Sikol.

 A ojciec Sokoła?

– Nie wiem nic o nim, mama nie chce mówić, znajduję jakieś fragmenty, zdjęcia sprzed wojny, jedno w czasie wojny, chyba był w partyzantce jako 17-latek, był dużo starszy od mamy, nie wiem gdzie jest. Mama powiedziała, że nie żyje ale na grób nie chodzimy – tyle nam Sokół powiedział o swoim ojcu.

Sokół chwycił worek z wodą, wychylił się, szybko ogarnął okiem sytuację i cisnął z precyzją worek przez okno. Wszyscy patrzyliśmy jak worek z wodą nie uchronnie leci w kierunku mężczyzny, który wyszedł z klatki i idzie do swojego ukochanego Wartburga.

– Dziś „osikamy” całego  Wartburga Ormowca, pić dużo, a sikanie wstrzymywać. Akcja o 19.00. Zemścimy się za to, że zabrał nam piłki i nie oddaje. Jasne! – upewnił się Kowal, główny strateg całej „paczki”. To on obmyśla plany poszczególnych akcji.

Ormowiec idzie patrzy na ludzi. A ludzie elegancko idą ubrani. Do kościoła idą. Nikt na niego nie zwraca uwagi, nikt się nie wita.

Patrzę przez sekundę z góry na nasz ośnieżony plac zabaw, ławki, ośnieżone ulice, skute lodem chodniki.

Na Ormowca mówiono, że to osiedlowy aktywista, albo że to menda – on sam najczęściej do nas krzyczał – nie grać tu w piłkę, nie ma tu zabawy!

– Ale tu jest boisko – odpowiadaliśmy.

 – Gówno nie boisko, kort jest! Grać w piłkę nawet nie umiecie!

– Wal się na drzewo! – krzyczał do niego Sikol i Sokołem.

– Spieprzajcie stąd gnoje jedne, jesteście motłochem i  bydłem, przejdę się do waszych szkół i powiem jak was rodzice wychowali! – groził. – Wynocha! – krzyczał!

Worek z wodą rozbija się na butach mężczyzny, mocząc mu całe spodnie. Sokół jeszcze krzyknie: – Ty Ormowcu jeb… – nim się schowa.

Ormowiec był niski, krępy, nosił się po milicyjnemu, czarne buty, spodnie stalowe, kurtka, czapka uszanka.

Przez chwilę słyszymy jakieś krzyki z dołu. Uciekamy korytarzem do ostatniej klatki, by tam wsiąść do windy na dziesiątym piętrze, zjechać na parter i przez klatkę uciec w kierunku wieżowca stojącego prostopadle do naszego. Budowniczowie ze spółdzielni mieszkaniowej w kwadrat na terenie po starej gumówce wcisnęli aż cztery wieżowce, po dwa naprzeciwko siebie. To było nasze terytorium.

Zdyszany siedzę na jedenastym piętrze klatki schodowej wieżowca obok. Wszyscy się śmieją. Chłopaki opowiadają jeszcze raz całe zdarzenie, od razu powstaje legenda. Ale tylko ja mam zmartwienie. Jutro praca technika, mam przynieść peryskop zrobiony w ramach pracy domowej. Raz, że zapomniałem, dwa, to nie takie proste. Nie kupiłem papieru introligatorskiego, by obłożyć karton złożony w sześcian, szklarz nie zrobił małych prostokątnych lusterek. Generalnie przechlapane.

Mama nie mogła mi pomóc, miała swoje zmartwienia, ból i rozpacz. Traciłem z nią kontakt, kiedy w dorosłym życiu zrozumiem, co się z nią działo będzie za późno. Nie zgodzi się, by iść na terapię. Nie pogodzi się ze swoim życiem, uzna że było ono stracone. Krótka rozmowa z nią, a właściwie milczenie otworzy cykl wywiadów, reportaży z kobietami, które doświadczyły przemocy.

Jednym tchem przeczytałem Ledde, napisał zbeletryzowaną autobiografię „We władzy ojca”, opowieść o pewnym modelu wychowania, dramatycznym konflikcie dwóch indywidualności: ojca i syna.

Osoby, które mogą mi pomóc w sprawie peryskopu to sąsiad i babcia.

Poniedziałek. Uffff! Mam ochotę napisać na całą stronę w zeszycie do techniki. Majora nie ma w szkole, nie było zajęć. Podobno gdzieś pilnie musiał wyjechać. Nie będzie go prawdopodobnie już do końca tygodnia, w czwartek też ma nie być lekcji. W czwartek idę do szkoły z wróżbą, będzie czy  nie będzie. Jest siarczysty mróz, na chodnikach zaspy, ulice giną w śniegu, rzadko wystaje czarny asfalt. – Ale zima – myślę sobie. W sobotę na pewno pójdziemy z chłopakami na górkę. Czekam na „Ogórka” lub Berlieta. Wolę „Ogórki” są lepiej ogrzane, jest w nich cieplej. Jednak nie mam co liczyć, że autobus przyjedzie. Idę na piechotę.

– Nie ma Majora – zapowiada mi kolega z klasy. – Super – odpowiadam. – Ale mam szczęście – myślę sobie, pieką mnie policzki od mrozu, teraz powoli się rozgrzewam. – Nie będzie lekcji z zajęć praktycznych – kolega z klasy wszystko mi wyjaśnia w szkolnej szatni.

– Pospiesz się – słyszę od woźnej. Ona nawet mnie lubi, pomimo tego, że nie mówi do mnie po imieniu.  – Już się robi, szefowo – tak się zazwyczaj do niej zwracamy. Nie wyda mnie kiedy w ósmej klasie przyniosę farbę do szkoły dla kolegi, który na ścianie budynku od strony boiska szkolnego farbą namaluje „Polskę Walczącą”.

W szkole lekcje idą swoim rytmem, na piątej mamy zajęcia praktyczno-techniczne. Ciekaw jestem, kto przyjdzie na zastępstwo. Siedzę pod drzwiami do klasy. Nie lubię swojej szkoły, nauczycieli, do tego  między uczniami w mojej klasie nie ma żadnych przyjaźni. Mamy tylko trenować i trenować i rywalizować. O nie! – Amulska – pani od historii, z deszczu pod rynnę, dostałem ostatnio dwóję z wykrzyknikiem, myślę w duchu.

– Twoje myślenie jest ciasne i ciemne, brak w nim logiki, jest nieracjonalne – powiedziała wpisując długopisem z czerwonym tuszem dwóję do dziennika i stawiając duży wykrzyknik.

– Wielu miało w tamtych czasach na imię Jezus, a legioniści rzymscy płodzili z żydówkami wiele dzieci, ty ciemnoto – dodała, a klasa wybuchła śmiechem.

I tak lubię chodzić z babcią wieczorami do kościoła na projekcje różnych filmów historycznych. Ksiądz przed każdym seansem ciekawie opowiada o filmie. Niesamowite są te wieczory w kościele, palą się tylko świece i małe lampki. Świece migoczą tworząc aurę tajemniczości. Obrazy ze scenami z Męki Pańskiej w tym świetle nabierają innego koloru. Filmy ksiądz wyświetla na ekranie, który podczas mszy służy do wyświetlania na przezroczach tekstów pieśni.

Siedzę cicho w ławce, schowany za plecami kolegi przede mną, nie chcę się rzucać w oczy. Amulska wyczytuje po kolei nazwiska z listy. Nagle wchodzi  do klasy Major. – Jezu – myślę sobie, robi mi się gorąco, a serce podchodzi mi do gardła.

Klasa wstała.

– Dzisiaj będzie zastępstwo, ale jeżeli któreś z was ma jakąś zaległą pracę do oddania, to dawać teraz! – oznajmił nam Major. Zapadła cisza, większość głów wisiała w dół jakbyśmy za pomocą czarodziejskiego słowa potracili karki.

– Mertyn!!! – rozległ się głos Majora. Podniosłem głowę.

– Gdzie masz peryskop!? – Major zmierzył mnie surowym wzrokiem. Milczę. Powtarzam, g d z i e  m a s z … peryskop, peryskop!!! Major wystrzelił jak z pepeszy, aż w oknach zatrzęsły się szyby.

Peryskop

– Myślałem, że dziś nie będzie zajęć  – wydukałem.

– A na jakiej to podstawie?

– W poniedziałek nie było zajęć i ktoś mówił, że dziś też nie będzie – czuję, że dobrze mi idzie, to moje tłumaczenie. Gdyby jeszcze obok siedział w ławce Robert. Ale nie ma go, nie siedzi koło mnie w ławce. Nie podpowiada jak trzeba z Majorem rozmawiać.

– Nie mogę ci powiedzieć, no nie mogę, nie będzie mnie ani jutro, ani pojutrze. Mama musi mnie zabrać na jakiś wyjazd – następuje cisza w słuchawce. – Wracamy za dwa tygodnie. Dwa tygodnie cię nie będzie w szkole?! – krzyczę do słuchawki. – Zwariowałeś! Wyrzucą cię! A treningi? A nasza sztafeta? Bez kraulisty? Ale co ja mam zrobić?! – pyta zobojętniały Robert. – Mama mnie zabiera i koniec, odwiedzimy ojca – dodaje. – Ojca? Przecież mówiłeś, że jest w Stanach?  – dziwię się. – Nie mogę ci nic powiedzieć.

Major przygląda mi się uważnie.

– Kto ci mówił, że mnie nie będzie?

– Nie pamiętam, nie pamiętam teraz – nie wiem co mnie podkusiło, chciałem odpowiedź w stylu mojego nieobecnego przyjaciela, ale czy Robert by tak właśnie odpowiedział?

– Nie pamiętasz – powtarza Major. I wtedy właśnie wypaliłem:

– A Pan zawsze pamięta, kto Panu powiedział, gdzie mięso rzucili w sklepie?!

Major popatrzył na mnie, zrobił się czerwony. Amulska z otwartymi ustami patrzyła na Majora. Do klasy wszedł nieznany mężczyzna. Powiedział tylko „dzień dobry”, spojrzał na Majora, Major odwzajemnił mu porozumiewawcze spojrzenie. Major jeszcze raz spojrzał na mnie i syknął

– Jeszcze porozmawiamy, jeszcze się rozliczymy – wyszedł za nieznanym mężczyzną.

Nie ma zmiłuj. Na poniedziałek muszę mieć peryskop!

– Przesiądź się do Tomka – zdecydowała wychowawczyni.

– Ale ja siedzę z Robertem w ławce – zacząłem się bronić przed przeprowadzką.

– Powiedziałam jasno! Poza tym Robert już nie chodzi do naszej szkoły, wyjechał z kraju. Wiedziałeś o tym? – spytała wychowawczyni.

– Nie proszę Pani – zrobiło mi się smutno, że jedyny szkolny przyjaciel mnie okłamał, jak mógł wyjechać przed jesiennymi zawodami.

* * *

Poprzednie części PERYSKOPU Igora Mertyna dostępne są na tym blogu:

  1. Peryskop, czyli rzecz o solidarności

    http://twittertwins.pl/peryskop/

  2. Darek

    http://twittertwins.pl/darek/

  3. PERYSKOP – prolog

    http://twittertwins.pl/1179-2/

 

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *