O rozwodach. SUPLEMENT

g_313

Ślubują sobie uroczyście miłość, wierność i uczciwość małżeńską i że nie opuszczą współmałżonka aż do samej śmierci. Jest uroczyście, starannie dobrane stroje, kwiaty, dekoracje, mnóstwo gości, szczególe wyreżyserowana ceremonia, często także filmowana. I koniecznie studyjne zdjęcia. Mija kilka lat i wszystko okazuje się nieważne. Plaga rozpadających się małżeństw zatacza coraz szersze kręgi i niemalże każdy w swojej rodzinie lub najbliższym otoczeniu zetknął się z tym dramatem. W moim, niestety, też.

Zawsze w takiej sytuacji powraca pytanie, czy wolno, albo inaczej – czy powinno się ingerować w życie samodzielnych, dorosłych ludzi? Czy lepiej zostawić małżonków, niech ich sprawy biegną swoim torem, niech sami wykuwają sobie własny los. Swój i swoich dzieci. Opowieść mojej siostry w tekście z 5 listopada http://twittertwins.pl/rzecz-o-rozwodach-dwie-historie/ o rozmowie ostatniej szansy, którą podjęła i która nie przyniosła rezultatów, ale gdzieś w świadomości zostawiła ślad, przekonuje mnie, że mimo wszystko warto. Tym bardziej, gdy dramatyczna decyzja jeszcze nie zapadła.

Moja znajoma opowiadała mi niedawno, że jej córka była bliska rozwodu, już zgłosiła się do adwokata i złożyła pozew. Dlaczego, co się stało? – pytałam.

– Zięć naukowiec często wyjeżdżał zagranicę na konferencje i staże naukowe, a ona sama najpierw z jednym, potem z dwójką, wreszcie trójką dzieci czuła się opuszczona, niekochana. Sama przestała kochać, twierdząc, że dalsze wspólne życie nie ma już sensu – tłumaczyła znajoma. – Zięć walczył o nią, walczył o dzieci, które bardzo kochał. Rozpaczał. Myśmy go wspierali, próbowaliśmy córce perswadować, ale nie odnosiło to skutku. I wtedy zięć trafił na informacje o trzydniowych, weekendowych dialogach dla trudnych małżeństw. Namówiliśmy z mężem córkę, żeby tam razem pojechali. Zgodziła się, a my zostaliśmy w tym czasie z dziećmi. I.. stał się cud. Wrócili pogodzeni, córka wycofała pozew, wszystko zaczęło się naprawiać. Mają już czwarte dziecko i, Bogu dzięki, że szczęśliwie się skończyło.

Ta historia pokazuje, jak łatwo dziś, z byle powodu, młodzi podejmują decyzję o rozwodzie, a zobowiązanie „na całe życie” nie jest już oczywiste.

Tego, co się psuje, nie naprawiają, tylko odrzucają jak zepsuty sprzęt. Bo, gdyby przysięgę „aż do śmierci” traktować serio, to trzeba za wszelką ceną szukać jakiegoś kompromisu. Tu się akurat udało. Pomogli rodzice, dobra wola i te dialogi, na które zdecydowali się oboje pojechać.

Podobne historie z happy end’em, jak ta, nie zdarzają się często, ale są możliwe. Jak choćby szczęśliwie przezwyciężony kryzys małżeński Dominiki Figurskiej, która po rozstaniu i ponownym powrocie do męża urodziła jeszcze troje dzieci i są dziś szczęśliwą rodziną z pięciorgiem latorośli. Ważną rolę odgrywa otoczenie, rodzice, teściowie, przyjaciele. Wsparcie dla strony pokrzywdzonej, a niekoniecznie własnego syna czy córki. Znam z autopsji podobną historię do tej, którą opisałam, ale bez pozytywnego finału. Żona odmówiła wyjazdu na dialogi ostatniej szansy, była głucha na argumenty. Ale też i wystarczającego wsparcia ze strony jej rodziny porzucony mąż nie miał. Skończyło się rozwodem.

„Otóż sam pogląd, jakoby rozwód był dopuszczalnym rozwiązaniem kryzysu małżeńskiego, pracuje na rzecz rozwodu! Ileż rozbitych par mogłoby do dziś stanowić całkiem udane małżeństwa, gdyby w momencie kryzysu rozwód w ogóle nie wchodził w rachubę jako rozwiązanie” – pisze o. Jacek Salij w swojej książce „Szukającym drogi”. Polecam zwłaszcza rozdział „Czy katolikowi wolno zgodzić się na rozwód” dostępny pod adresem: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/szukajacym_drogi/zgoda_rozwod.html

rozwod_koscielny_1

Małżeństwo przecież nigdy nie jest sielanką, każde przeżywa jakieś kryzysy, mniejsze lub większe. Sztuka, by je przezwyciężać. Wsparcie można znaleźć we wspomnianej w tekście mojej siostry Wspólnocie Trudnych Małżeństw SYCHAR www.sychar.org. Trafiają tam osoby po rozwodach, porzuceni przez współmałżonków, ale także ludzie w sytuacjach kryzysowych, gdy nie wszystko jeszcze przesądzone. Poobijani przez życie znajdują przystań, przyjaciół, których dotknął podobny los, którzy wspierają się i… czekają. Kilka, kilkanaście lat, a nawet dłużej. Hasło wspólnoty „Każde sakramentalne małżeństwo jest do uratowania” od czasu do czasu się urzeczywistnia. I to daje nadzieję tym, którym „zawalił się świat”.

samotność

Niestety, duszpasterstwa trudnych małżeństw, takie jak SYCHAR, to kropla w morzu potrzeb. Funkcjonują w większości wypadków w dużych miastach, a te tysiące porzuconych, poranionych kobiet i mężczyzn pozostają bez żadnego wsparcia. Borykają się nie tylko z trudnościami codziennego życia w pojedynkę (mężczyźni często jeszcze pozbawieni kontaktu z dziećmi, sądy bowiem sprzyjają w takich sytuacjach kobietom), ale także pod presją kultury masowej i otoczenia. „Taki młody mężczyzna, powinieneś sobie wreszcie kogoś znaleźć, nie będziesz chłopie sam w nieskończoność”, „Jesteś jeszcze młoda, musisz sobie życie ułożyć”. Ułożyć, czyli kogoś znaleźć. Nie ma mody na wierność przysiędze małżeńskiej. A i Kościół niewiele mówi o takich ludziach, nie żyją w grzechu, więc wszystko w porządku. Nawet na ostatnim synodzie sporo miejsca poświęcono rodzinom i ich problemom, a także rozwodnikom w nowych związkach, ale nie ludziom porzuconym przez współmałżonków, którzy „nie ułożyli sobie życia”. Nimi nikt się nie interesuje. A przecież oni podejmują heroiczny trud wierności, który może skończyć się takim pozytywnym finałem, jak ta druga historia opisana w tekście mojej siostry http://twittertwins.pl/rzecz-o-rozwodach-dwie-historie/.

Czy w wezwaniu na Twitterze Papież Franciszk „@Pontifex_pl: Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani do naśladowania Dobrego Pasterza i do troski o rodziny zranione” miał na myśli także i tych? Miejmy nadzieję, że TAK.

Zawsze jednak lepiej zapobiegać chorobie niż leczyć. Jak? Ot, choćby jak Małgorzata Terlikowska w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” radziła, że przed tym „trzecim”, który może zawrócić w głowie i odebrać rozsądek, najlepiej strzec się świadomie zawczasu i nie dopuszczać do bliższych relacji, bo wtedy może być za późno. Przyznała, że sama zrywa znajomość z mężczyzną, gdy tylko dostrzega, że lubi go bardziej niż innych i samo brzmienie jego głosu w telefonie sprawia jej przyjemność. Cenna uwaga, warta upowszechnienia.

Z mojego doświadczenia wiem, że te małżeństwa, które przetrwały kryzysy i mimo trudności podjęły trud odbudowy relacji, po latach przyznają, że to była dobra decyzja. Nawet, gdy coś, jak np. sprawy intymne, szwankowało. Namawiam tych wszystkich, którzy stoją przed trudnym wyborem, spróbujcie. Na pewno po latach przyznacie, że miałam rację.

Oczywiście pomijam tu sytuacje drastyczne, przypadki przemocy fizycznej i psychicznej, których nieraz doświadczają kobiety. Wtedy obrona poszkodowanych przed skutkami agresji staje się priorytetem. Ale i w takich przypadkach (z wyjątkiem chorób psychicznych) po okresie separacji i ewentualnego leczenia z alkoholizmu możliwe są powroty. I odbudowa relacji.

Małgorzata Wanke-Jakubowska

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

You may also like...

5 komentarzy

  1. lala.lu@gazeta.pl' Głęboki Fotel pisze:

    Przeczytałam znakomitą książkę – wywiad rzeka między Wojciechem Eichelbergerem a Renatą Arendt-Dziurdzikowską pt. „Mężczyzna też człowiek”.

    Nieduża, wnikliwa, wyjaśniająca wiele z psychologicznego punktu widzenia. Kilka krótkich wniosków odnotuję tutaj – należy mieć na uwadze, że w książce są opatrzone dłuższym komentarzem:

    1) „Z lęku przed uzależnieniem staramy się – Eichelberger mówi w imieniu mężczyzn – nie angażować emocjonalnie w związki z kobietami”.

    Prawda. Kiedy kobieta odkrywa ten brak zaangażowania, jest wściekła, rozczarowana, czuje się zwyczajnie oszukana.

    2) „Niestety, zbyt często zapominamy, że aby nasz szanowano, kochano i zwracano na nas uwagę, musimy potrafić zaoferować innym szacunek, uwagę i uczucia”.

    Prawda. Kiedy kobieta odkrywa, że jej gesty, słowa, inicjatywy etc. trafiają w pustkę, nie są odwzajemnione – jest rozczarowana i wycofuje się, zamyka w swoim świecie. A potem mamy dwie odrębne monady, które nie mają żadnych punktów stycznych.

    3) „Nadopiekuńcza Matka Polka, których u nas tak wiele, chroniąc synka przed groźnym światem, wychowa niedojrzałego mężczyznę, który gdy już dorośnie, będzie oczekiwał od kobiet, że zaopiekują się nim i zdejmą mu z barków wszelkie kłopoty (…). Gdy wychowa nas nadopiekuńcza mama, będziemy raczej siedzieli w domu i bawili się swoimi zabawkami – czyścili samochód, zajmowali się komputerem, dłubali coś w piwnicy albo czytali, czytali, czytali. Nie będziemy uciekać z domu, bo bez kobiety przy swoim boku nie czujemy się bezpiecznie. Ale tak naprawdę w domu jesteśmy nieobecni. Nie słyszymy, co się do nas mówi, nie reagujemy (…). Wycofamy się, nie będziemy brać za nic odpowiedzialności”.

    Prawda. Kiedy kobieta odkrywa, że oprócz siły i niezależności ma sobie potrzeby bliskiego kontaktu z mężczyzną polegającego na pełnej zaufania wzajemności, taki facet po nadopiekuńczej mamusi ją maksymalnie rozczarowuje i brzydzi.

    4) Alternatywny wzorzec matki – „matka jest wściekła na jego ojca – ze zrobił jej dziecko, a teraz bawi się gdzieś albo bez przerwy pracuje i mało go rodzina obchodzi – i cześć swojego gniewu przenosi na syna, raniąc go i poniżając. W ten sposób uczy go tego, że z kobietami trzeba walczyć i nie wolno im ufać. Gdy syn syn dorośnie, będzie poniżał kobiety (…). Będzie rządzić, decydować, górować, wiązać się z grupą kolegów i uciekać z domu do pubu, na mecze, w góry, do pracy”.

    Tego nie wiem, nie spraktykowałam.

    Wniosek Eichelbergera jest przejmujący: „W naszych czasach łączą się ze sobą dzieci ukryte w ciałach dorosłych – niedojrzali mężczyźni z niedojrzałymi kobietami – a potem przez resztę wspólnego życia walczą o to, kto komu ma siedzieć na kolanach. Niestety, tak przez pierwsze dziesięć lat wygląda większość naszych współczesnych związków. Dlatego wiele z nich trwa krótko”.

    Rozmowa dotyczy mężczyzn na różnych etapach ich życia: Chłopie, narcyz, potrzebujący, dojrzewający, narzeczony, ojciec, po przejściach, kochanek, dojrzały, starzec. Świetna lektura. Przydałaby się też taka o kobietach.

  2. lala.lu@gazeta.pl' Głęboki Fotel pisze:

    Eichelberger zwraca uwagę na braki w wychowaniu tak mężczyzn, jak i kobiet – w „prymitywnych” kulturach istotną rolę odgrywał rytuał inicjacji – odcięcia syna od matki, czyli robienia z niego mężczyzny, który musiał dojrzeć. Teraz tego nie ma. Kto się pobiera? Duże dzieci, które przedłużyły sobie o studia dzieciństwo. Mięczaki, które nic nie potrafią.

    Warto przyjrzeć się baśniom. Tam ukazane są archetypy. I co mamy: dziewczyna jest zwykle po przejściach – Kopciuszek, Królewna Śnieżka, Śpiąca Królewna, Roszpunka – czyli realnie dostała od życia w kość, musiała przejść jakieś doświadczenia; a chłopak – rycerz, musi walczyć, zabić smoka, szukać nóżki do pantofelka, czyli nieźle się natrudzić. Dlatego w baśniach, gdy dwoje w końcu po wielu trudach się pobiera – są to dojrzała kobieta i dojrzały mężczyzna. Można spokojnie założyć, że będą żyć długo i szczęśliwie. Baśnie przekazują określone archetypy, tak należy je czytać i tego należy się z nich uczyć – ale dziś czytelnictwo upadło to i wychowanie do życia w rodzinie upadło.

  3. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dziękuję za ten mądry i głęboki komentarz. Problem nietrwałości małżeństw tkwi w niedojrzałości, a to konsekwencja wychowania. Jeśli dziecku niczego się nie odmawia, spełnia wszystkie zachcianki, to taki z niego wyrośnie dorosły. I dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Tak, rozpuszczając dzieci, unieszczęśliwiamy je, bo zapewne trudno im będzie we własnych rodzinach stworzyć właściwe relacje.
    A życie małżeńskie, jak pisałam w tekście, nie jest sielanką, wymaga niejednokrotnie wyrzeczeń, wytrwałości, a przede wszystkim odpowiedzialności. I umiejętności radzenia sobie z kryzysami, bo mniejsze lub większe zawsze się zdarzą.
    Raz jeszcze polecam mądre słowa o. Jacka Salija. Starajmy się naprawiać to, się psuje, a nie wyrzucajmy na śmietnik.

  4. jerzpolski@wp.pl' Jurek S. pisze:

    Szkoda, że rzadko mówi się o tym, że lepszym rozwiązaniem od rozwodu jest separacja.
    Niektórzy sądzą, że ich małżeństwo było pomyłką i po rozwodzie szukają nowego innego partnera z nadzieją, że
    nowy związek przyniesie szczęście. Jednak rzadko tak się zdarza. Po jednym rozwodzie następuje następny i sytuacja się powtarza.

  5. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Kilka dni temu zszokowała mnie informacja, że pewni znajomi się rozwiedli. Ponad 20 lat małżeństwa, dwoje pełnoletnich dzieci, piękny dom, stanowisko dyrektorki szkoły i nagle wychodzą na jaw bardzo kompromitujące w lokalnym środowisku zdrady. Trudno czasem pojąć czemu ludzie robią straszne głupstwa. Zawsze uważałem ich za udane małżeństwo i szczerych serdecznych ludzi. Pewnie jakieś kryzysy były i oboje coś zaniedbali. Znamienne jednak że zarówno dzieci jak i matka i rodzeństwo kobiety jednoznacznie stanęło po stronie jej męża.
    W każdym małżeństwie są trudne okresy, są i trudne małżeństwa. Myśłe jednak że koniecznie trzeba się bronić przed wszelkimi pokusami zdrady, bo ta zawsze niszczy zaufanie i oboje partnerów. Seriale telewizyjne i wieści z życia celebrytów to bardzo zła inspiracja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *