Miłość w jesieni życia

Wczoraj minęło pięć lat od polskiej premiery francuskiego filmu „Miłość” w reżyserii Michaela Hanekego, zdobywcy Złotej Palmy na 65. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes. Film opowiada historię małżeństwa sędziwych nauczycieli muzyki, których życie radykalnie się zmienia kiedy Anne, po wylewie, zostaje sparaliżowana i musi poruszać się na wózku inwalidzkim. Jej mąż Georges z trudem radzi sobie z postępującą chorobą żony, samotnością, niezrozumieniem córki i… w desperacji decyduje się na skrócenie jej cierpień.

Film jest ciężki mimo mistrzowskiej gry aktorów Emmanuelle Rivy, odtwarzającej rolę Anne, i Jean-Louis Trintignanta, który wcielił się w postać Georgesa. On, pielęgnując żonę, coraz bardziej bezwładną i coraz mniej świadomą, otacza ją troską i czułością. Zaskoczeniem jest, że wybiera dla niej śmierć. Być może to szokujące zakończenie wynika z politycznej poprawności, ma bowiem przekonywać, że eutanazja jest jakimś wyrazem miłości. Nie jest i dobitnie ukazuje to scena, w której Georges dusi Anne poduszką, a ona – mimo paraliżu – rozpaczliwie walczy o życie. I nie zmieniło mojego odbioru obsypanie potem jej zwłok kwiatami.
Czyż nie równie okrutnym gestem, co eutanazja, jest porzucenie chorej żony i uwolnienie się w ten sposób od jej przewlekłej choroby? Okrutnym może nawet bardziej…

Dziś, gdy tak łatwo i z byle powodów ludzie się rozstają, może warto przypomnieć słowa, które wypowiedzieli podczas ślubu „w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli i że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Nie zawsze jest łatwo. Obserwuję od kilku lat postępującą chorobę mojego sąsiada i troskliwie opiekującą się nim żonę. Jest wciąż piękną i jeszcze młodą kobietą. Dużo młodszą od swojego męża. Kilkanaście lat temu był on postawnym i bardzo przystojnym mężczyzną. Znakomicie sytuowanym, jako ekspert wyceniał szkody w wypadkach samochodowych dla ubezpieczycieli. Wysportowany, instruktor narciarski, mógł oczarować wiele kobiet. Dziś na wózku inwalidzkim, wychudzony, przygarbiony i… zupełnie nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje. Patrzę z podziwem, jak jego żona z czułością się nim opiekuje, wyjeżdża wózkiem na spacer, nosi sterty pampersów do domu. Patrząc w jego oczy, które już jej nie rozpoznają, uśmiecha się, odpowiadając na jego uśmiech, który nie wyraża już niczego, widzi w jego twarzy tego samego mężczyznę, którego pokochała. Choroba Alzheimera postępuje, a czuła miłość trwa. Tak być powinno.

Pięknym przykładem miłości w jesieni życia było późne małżeństwo mojej znajomej. Była samotną matką wychowującą syna Mariusza, rówieśnika mojego starszego syna. Byli w tym samym czasie ministrantami, jeździli na oazy organizowane przez parafię. Przed jednym takim wyjazdem dowiedziałam się o nagłej śmierci Mariusza, który przeszedł niekonieczny zabieg ortopedyczny i nie zbudził się po narkozie. Wiele lat widziałam pogrążoną w żałobie jego matkę. Rozpaczliwie smutną. Kilka lat temu podeszła do mnie, radośnie informując, że wyszła za mąż, oświadczył jej się sąsiad, który owdowiał. Mówiła, że pod koniec życia szczęście uśmiechnęło się do niej, bo to bardzo dobry człowiek. Aż miło było patrzeć jak spacerują, trzymając się za ręce. To szczęście trwało zaledwie kilka lat, bo ów „dobry człowiek” zachorował na raka i zmarł. Jego żona opiekowała się nim aż do śmierci. Jest wdową, ale zyskała nową rodzinę, bliskich swojego męża, którzy ją zaakceptowali i pokochali. Takie rozstanie jest sytuacją naturalną, do zaakceptowania.
Bardzo porusza natomiast, gdy w jesieni życia, małżonkowie się rozstają, przejmując złe wzory od młodego pokolenia, spośród którego tak wielu zapomina o słowach „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że odszedł od swojej żony znany profesor, były rektor jednej z wrocławskiej uczelni. Kobieta po sześćdziesiątce może zostać wdową, wtedy – oczywiście – dokucza samotność, ale nie boli krzywda zdrady i opuszczenia. Jeszcze bardziej boli, gdy porzucona zmaga się z przewlekłą chorobą i właśnie to jest powodem opuszczenia. Zetknęłam się z takim przypadkiem całkiem niedawno i wciąż jestem wstrząśnięta okrucieństwem takiego czynu.

Miłość w jesieni życia jest trudniejsza, ale ma – jak i pora roku – swoje uroki. Zwłaszcza gdy jest miłością małżonków, wierną aż do końca. Taką była miłość rodziców mojego i mojej siostry przyjaciela, Romualda Lazarowicza. Była, bo niedawno odszedł do wieczności Zbigniew Lazarowicz, ojciec Romualda, a jego pogrzeb odbył się dokładnie w dniu, w którym przypadała 65. rocznica ślubu. Piękna, dojrzała miłość aż do końca. Zbigniew Lazarowicz, jak przypomniała podczas uroczystości pogrzebowej córka, w ostatnich chwilach życia pożegnał się z rodziną, pocałował swoją żonę w rękę, dziękując za całe wspólne życie.

Co uczynić, żeby takie wzorce zaczęły kształtować postawy młodych ludzi? Jeżeli możliwe było w młodym pokoleniu ożywienie postaw patriotycznych, to może także i powróci odpowiedzialność w życiu osobistym, wierność dokonanym wyborom, gotowość do poświecenia. I oby tylko w pokoleniu rodziców nie pojawiały się antywzorce.

Maria WANKE-JERIE

Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista PR, od 25 lat pracownik Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Współtworzyła pierwszy „Raport o stanie nauki w Polsce”. Współautorka biografii Romana Niegosza „Potrzeba ludzi przyzwoitych. Roman Niegosz – życie dla Polski” oraz „Zobowiązywała mnie przysięga. Proces Władysława Frasyniuka 1982”. Odznaczona Medalem „Niezłomni” (2013).

You may also like...

26 komentarzy

  1. gabriellawit@gmail.com' Garibaldi11 pisze:

    Trudny temat. I nie ma na niego jednoznacznej odpowiedzi. Kazdy , kto jest skonfrontowany z ta sytuacja musi sobie sam odpowiedziec. I postronni ludzie nie maja tu nic do powiedzenia.

    Dzisiaj ludzie rozchodza sie, niekoniecznie z powodu choroby. Spotykaja innych partnerow, zakochuja sie. Ten pierwotny wybor okazuje sie nie najlepszy, ludzie sie mecza ze soba. A nawet jesli formalnie sie nie rozchodza, to zyja kazdy z osobna. Niestety, na ogol jedna strona w malzenstwie czuje sie skrzywdzona.

    W przypadku ciezkiej i dlugotrwalej choroby, moralne wybory sa jeszcze trudniejsze. Bywa, ze postronni widzac poswiecenie jednego z malzonkow podziwiaja go. Nie rozumieja bowiem, ze zycie z chora osoba (malzonkiem czy dzieckiem) dostarcza rowniez duzo radosci. Wyglada to z zewnatrz na nonsens, ale tak wlasnie bywa. Wiem o tym, bo sam tego doswiadczylem. Wtedy zyje sie w innym swiecie. Kazde male zwyciestwo nad choroba czy praktycznymi problemami daje satysfakcje. Moze to wygladac na klamstwo, ale faktycznie mozna sie czuc szczesliwym z kazdej sekundy z kochana osoba. Zycie jest wtedy duzo bardziej intensywne. Wiec nie litujcie sie nad malzonkiem, ktory „poswieca sie” dla drugiego malzonka. Mysle, ze jest duzo szczesliwszy od tego, ktory opuszcza malzonka w chorobie, i mecza go wyrzuty sumienia.

    A teraz krotka refleksja nad powodami czestszych niz kiedys, rozwodow.
    Zyjemy otoczeni martwymi rzeczami. Komputerami, samochodami i innymi gadzetami. Nie mamy do nich przywiazania, jak moze kiedys, gdy zegarek przechodzil z ojca na syna, Nie oplaca sie dzisiaj naprawiac zepsutego telewizora. Przestaje dzialac? Na smietnik, i kupujemy nowy. Ten stosunek do rzeczy materialnych przenosimy na relacje miedzyludzkie, np, maleznstwo. Zona sie zestarzala i zbrzydla – bierzemy nowa. Maz stracil prace i stal sie up….liwy – do diabla z nim, na rynku jest przeciez tyle nowych i uzywanych modeli.

    Wsrod moich przyjaciol niewiele jest dlugotrwalych malzenstw. Na ogol to drugie lub trzecie malzenstwo, oczywiscie obdarzone dziecmi z wszystkimi problemami stad wynikajacymi. Ale ja ich nie potepiam. To wszyscy prawi ludzie. Tylko swiat zwariowal. Takich jak my – nazywamy dinozaurami. Przedtopotowe wymarle gatunki.

  2. gsznajd@gmail.com' natalia pisze:

    komentarz Gabrysia ciekawy, choć moim zdaniem powodem rozstań może być tempo życia. To, że w pogoni za kasą i karierą. nie mamy dla siebie czasu. To napisałam, ale potem skreśliłam, uznając, że to stanowczo za mało. Potem dodałam, że: mój dziadek się rozwiódł, moi rodzice i brat też. Rozwody to prawie tradycja Kontrymów – ja tu stanowię wyjątek. Kiedy to napisałam, uświadomiłam sobie, że oni nie rozwiedli się z powodu, jaki podałam – powodem nie była pogoń za kasą czy karierą. Dlatego komentarz skreśliłam.
    Wracam tu jednak za namową Marii, tym bardziej, że chciałam zamieścić jedno z niedawnych zdjęć Państwa Lazarowiczów. Przez lata leczyłam zęby u Pani Lazarowicz, niesłychanie milej osoby. Widywałam jej męża, nie mając pojęcia, że pracuje razem z moim ojcem i że mają podobne zainteresowania. Dowiedziałam się o tym raptem 2 lata temu, spotykając ich na pewnej uroczystości w Rynku. Prześlij im, proszę, zdjęcie z tego spotkania

  3. mamakatarzyna@op.pl' Katarzyna pisze:

    Zostawił żonę dla kochanki po 29 latach małżeństwa. Rozpacz i obwinianie się kobiety, bo nie mogła zrozumieć, przecież jeszcze niedawno zasypiali trzymając się za ręce. Agresja mężczyzny wobec tych przyjaciół, którzy potępili jego decyzję. Odpowiedź miał jedną: To mój wybór.
    A jak ocenić kochankę, która rozbiła małżeństwo oszczędzając swoją rodzinę? Nie pojmę tego. Mogłam tylko słuchać zrozpaczonej kobiety, nie potrafiłam zrozumieć ani pomóc.
    Pamiętam jednak to wrzucanie na każdym kroku na szkoleniach, w mediach i czasopismach porad psychologów o prawie do wyboru.
    Nikt nie mówi o odpowiedzialności, o przysiędze, o wierności. Myślę ma marginesie tego artykułu, że coś nie tak wyszło z kształceniem psychologów. Zbyt często dają recepty.
    Smutne to wszystko.

  4. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Alina Petrowa napisała na Twitterze, że przywołany tu na początku głośny francuski film „Miłość” jest przewrotny aż do bólu. Zgadzam się z tą tezą. Obejrzałam go dwa razy i miałam bardzo przykre wrażenie mimo fenomenalnej wprost gry aktorów i perfekcyjnej reżyserii. Takie arcydzieła wpływają na sposób myślenia i poglądy, narzucają wręcz założoną tezę znacznie silniej niż obrazy niższych lotów. Sam tytuł jest pomyłką, ja bym dała przynajmniej na końcu znak zapytania, bo zasadne jest pytanie, czy to jeszcze jest miłość. Zapewne w młodości była i były też wspomnienia z młodości. Ale miłość nie wytrzymała próby postępującej choroby. Garbaldi11 pisze, że każde zwycięstwo nad słabością w opiece nad chorą ukochaną osobą jest radością. A tu widzimy tylko nagi obowiązek. Szokującą sceną jest spoliczkowanie chorej żony, gdy ta nie przyjmuje pokarmów, zaciska zęby tak, że trudno jej cokolwiek podać. Nie ma gestów czułości, brak dobrego słowa, jest zmęczenie i znużenie aż do zabójstwa. On nie chce sobie pomóc, odrzuca z byle powodu młodą opiekunkę, następuje splot okoliczności, że jedynym wyjście staje się zabójstwo. W domyśle z miłości, aby żona nie umarła z głodu. O kroplówce nikt nie pomyślał. Ten film miał przekonać do słuszności prawa do eutanazji. Jest mroczny i nie ma nic wspólnego z miłością. W następnym komentarzu odniosę do innych wątków poruszonych w tekście.

  5. gabriellawit@gmail.com' Garibaldi11 pisze:

    to jeszcze ja. kazdy przypadek jest inny. Sa rozne choroby – beznadziejne – i z nadzieja na wyleczenie. Uwazam, ze osoby, ktorym los oszczedzil takich przezyc, nie moga sie wypowiadac, a na pewno nie powinny przytaczac moralnych sadow.

    • Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

      Nie mam usprawiedliwienia dla zabójstwa, jestem przeciwnikiem eutanazji. Uważam, że nie wolno odbierać życia ani sobie, ani komuś innemu. I nie jest to mój osąd, tylko nauczanie moralne Kościoła Katolickiego. Pięknie o tym pisał Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae. To prawda, jak na razie, los mi oszczędził takich doświadczeń. Nie ma innej, lepszej moralnej wykładni. Gdy zrobimy mały wyłom w tym nauczaniu, otworzą się wrota. Nic nas wówczas nie zatrzyma, byśmy dla wygody i samousprawiedliwienia dopuszczali się niegodziwości. A że są sytuacje trudne? Nic w tym życiu nie jest proste, a zwłaszcza miłość. Dostałam kiedyś taką dedykację. Miłość bywa trudna. Ale, tylko wtedy można ją nazwać miłością, gdy wytrzymuje próby. Tak, jak to pięknie opisuje Garbaldi11 ze swojego życia.

      • mamakatarzyna@op.pl' Katarzyna pisze:

        „Gdy zrobimy mały wyłom w tym nauczaniu, otworzą się wrota”.
        Co widać po przyzwoleniu na eutanazję w Holandii i Belgii. Uśmierca się już dzieci.

  6. katarzyna.walus@onet.pl' Katarzyna Waluś pisze:

    Młodym wystarczy przekazać aby dobrze dobierali się w pary, cierpliwie nie nagle i pod wpływem ulotnej chwili . Eutanazja to temat rzeka czasami faktycznie jest potrzebna! Mówię o przypadkach kiedy człowiek mdleje z cierpienia i nie ma na to już lekarstwa..Czyż większym egoizmem nie jest kurczowe trzymanie się umierającego człowieka skazanego na ogromne cierpienie które czasami trudno sobie nawet wyobrazić bo nie chcemy aby odszedł…Natomiast duszenie poduszką to zbrodnia! nie nazwałabym tego eutanazją a morderstwem..

  7. mamakatarzyna@op.pl' Katarzyna pisze:

    „Eutanazja to temat rzeka czasami faktycznie jest potrzebna!”
    To jest właśnie ten wytrych, od którego zaczyna się zabijanie zbędnych.
    W cierpieniu trzeba pomóc, a nie opowiadać o pomocy przez zabijanie, wystarczy nie stosować uporczywej terapii.

  8. katarzyna.walus@onet.pl' Katarzyna Waluś pisze:

    Uwielbiam kiedy wypowiadają się osoby zdrowe w pełni sił…Posłucham osoby chorej mdlejącej z bólu..

    • mamakatarzyna@op.pl' Katarzyna pisze:

      I oczyw9iośc9ie zamiast środka przeciwbólowego wstrzykujemy truciznę i po kłopcie. Kim jesteś, by decydować, ki8edy przerwać czyjeś życie?

  9. kzytniewska@gmail.com' Kaśka pisze:

    Na co dzień widzę chorobę, cierpienie, miłość do chorego i zupełną bezsilność.
    I nauczyło mnie to jednego – nie oceniać decyzji ludzi, którzy zmagają się z chorobą i opiekują się chorymi. Kochają często nad życie, ale nie są w stanie zająć się chorym w domu. Czy to, ze oddali kogoś chorego do zakładu opiekuńczego oznacza, że nie kochają? A może to właśnie wyraz troski i miłości?
    Nie wolno nam oceniać ich decyzji. Moralizować. Nie wolno!
    I obyśmy nigdy sami nie byli w sytuacji (ani nasi bliscy), że cierpienie będzie tak wielkie, że jedynym marzeniem będzie chęć zakończenia życia, a największym wyrazem miłości to, że ktoś nas wysłucha…

    • mamakatarzyna@op.pl' Katarzyna pisze:

      Prawie się rozpłakałam z litości i humanizmu. Z miłości zabić. Jakie to piękne i jakie godne szacunku. Na tym opierało się prawo nazistowskie wyrosłe z eugeniki.
      Dziś, gdy apteki pękają w szwach od leków, okazuje się, że najskuteczniejszym lekarstwem jest pakiet wspomagania samobójstwa. Cywilizacja śmierci.
      W Holandii wystarczy mieć depresję, by taki pakiet podali.
      Powtórzę, co napisała Pani Małgorzata:
      „Gdy zrobimy mały wyłom w tym nauczaniu, otworzą się wrota”.

      • mamakatarzyna@op.pl' Katarzyna pisze:

        Każdemu, kto chce czynić wyjątki dla zabijania chorego człowieka, radzę obejrzeć „Eugenikę” Grzegorza Brauna. Wyleczy się szybko. https://www.youtube.com/watch?v=kxghpgRliO0

        • kzytniewska@gmail.com' Kaśka pisze:

          Jeszcze czytanie ze zrozumieniem się kłania. Bo jak widzę o ocenianiu już nie mam co wspominać, bo to wychodzi świetnie.
          Gdzie mowa o zabijaniu i eutanazji w moim poście?
          W medycynie jest pojęcie „terapii daremnej”.
          I od razu uprzedzę zbędne komentarze – Jan Paweł II sam prosił o zaprzestanie… terapia daremna.

          • kzytniewska@gmail.com' Kaśka pisze:

            c.d.
            Polecam Katechizm kościoła katolickiego i encyklikę „Evangelium vitae”

            Tyle…
            I ponawiam swoje zdanie – nikomu nie życzę stanięcia w takie sytuacji.
            I może rozwinę (dla niektórych): i w imię miłości (?), czy swojego egoizmu będę namawiać na koleją operację, kolejne cierpienia… oczekiwać od lekarzy…
            Ale nie nam oceniać jakie decyzje podejmiemy w danej chwili…

      • szkudlarek76@gmail.com' Artur Szkudlarek pisze:

        Co za bełkot… Apteki pełne leków dla ludzi, którzy konają w męczarniach od miesięcy i już żadne leki im nie pomagają? Lepiej zapłacz nad swoją głupotą kobieto… Mieszasz nazistowską eugenikę do prawa do ulżenia w cierpieniu w beznadziejnych sytuacjach?

  10. Danuta.sikora@wp.pl' Danuta pisze:

    Może nie ma recepty ale są wzorce. Takie historie o ludziach którzy przeżyli ze sobą do późnej starości. Jeżeli wcześnie zrozumiemy ze w małżeństwie najważniejszy jest partner, będzie łatwiej i dobry przykład dla dzieci. Miałam tylko jedna babcie, drugiej nie poznałam.Była wspaniałą kobietą otoczona miłością i rodziną ale była samotna. Moja mama tez owdowiała. Tęskniła za ojcem całe życie , często go wspominała. Na starość najgorsza jest samotność.

  11. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Widzę, że swoim komentarzem, w którym odniosłam się do filmu „Miłość”, wywołałam burzę. Bo – moim zdaniem – był to film mający przekonać widzów do możliwości dopuszczenia eutanazji. W filmie bohater nie korzysta z pomocy lekarza tylko sam skraca cierpienia żony, dusząc ją poduszką, a także swoją udrękę związaną z uciążliwą opieką. Nie było to zaniechanie uciążliwej terapii, tylko zabójstwo sensu stricte, przed którym ofiara rozpaczliwie się broniła. Podnosiłam też brak czułości, spoliczkowanie sparaliżowanej żony w odruchu zniecierpliwienia i dlatego kwestionowałam tytuł „Miłość”. Bo zasadne jest pytanie, czy w tej fikcyjnie wykreowanej opowieści była to jeszcze miłość. Może ona wygasła i nie wytrzymała próby czasu. A wymowa filmu jest oczywista, zaś tytuł nieadekwatny. Albo przewrotny.

    Zgadzam się, że opieka nad kimś bliskim, obłożnie chorym bywa ponad siły. Czasem rzeczywiście – w imię miłości i odpowiedzialności – bliska osoba trafia do domu opieki czy hospicjum. Nie osądzam i nie krytykuję. Ale czymś innym jest zostawienie chorej na postępującą, nieuleczalną chorobę żony, wyprowadzenie się z domu po to, by uwolnić się od jej choroby. To przekreślenie kilkudziesięciu lat wspólnego życia. Nie wiem, ale, gdy o tym myślę, to mi dech zapiera. Gdybym nie wiedziała, że to prawda, gdybym nie znała i jej, i jego, nie uwierzyłabym. To nie filmowa kreacja, tylko ponura prawda i przeraźliwie smutny los starzejącej się kobiety, zmagającej się coraz bardziej ze swoją niemocą. Dramatem jest porzucenie i zranienie współmałżonka będącego w pełni sił (coś wiem na ten temat), ale w takiej sytuacji???

    • adam-boryslawski@wp.pl' Krzych pisze:

      To jest moja sytuacja. Po 29 latach związku (22 małżeństwa) żona uciekła z jakimś magikiem do UK. Córce zwierzyła się, że nie zamierza być pielęgniarką do końca życia (pewnie mojego życia). Szok dla mnie tym większy, że mój ojciec opiekował się 20 lat chorą żoną. Sporo wysiłku włożyłem w dzieci, ich rozwój i wychowanie. Dałbym się za nie porąbać. Myślę, że ze wzajemnością. Córka zamiast w Hamburgu studiuje w Polsce, bliżej mnie. Nie możemy wychować małżonków. Możemy wychować dzieci.

  12. zdariaziemiec@gmail.com' Daria Ziemiec pisze:

    Edyta Gietka””Dlaczego chory w Polsce musi cierpieć?”na http://www.polityka.pl.Poruszający tekst i komentarze dające wiele do myślenia.

  13. Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

    Dyskusja toczy się też pod zapowiedzią tekstu na Facebooku. Jednym z komentarzy chcę się podzielić:

    Agnieszka Romaszewska
    Bardzo to piękne i idealistyczne, ale ludzie na starość potrafią się też wzajemnie zadręczać. I nie myślę by znoszenie tego było największą cnotą kardynalną.

  14. zlgrodzcy4@wp.pl' Podlasianka pisze:

    Tekst Pani Profesor przywołał wiele moich wspomnień i emocji z okresu opieki nad moim chorym i niedołężnym Tatą. Najtrudniejsze w tamtym okresie było zderzenie z murem obojętności ze strony lekarzy. Dosłownie zero empatii i współczucia dla cierpiącego pacjenta. A przecież już neandetalczycy opiekowali się chorymi i rannymi członkami społeczności (mężczyzna z Szanidar). Cóż więc z tego, że eksplorujemy kosmos i mikrokosmos, jeśli stajemy się dla siebie coraz mniej ludzcy?

  15. rafal.kubara@interia.pl' Rafał Kubara pisze:

    Nawiedzając cmentarze często spotykam groby małżonków którzy odeszli w kilka miesięcy po sobie. Jedna z mieszkanek naszej wioski zmarła dokładnie rok po śmierci męża. Można by rzec, że chyba rzeczywiście nie mogli żyć bez siebie. Z drugiej strony znam wiele przypadków ludzi którzy owdowiawszy w starszym wieku bardzo szybko zaczynali nowe związki. Jeden z kuzynów mojego śp. taty przez ponad 20 lat opiekował się sparaliżowaną żoną. Nigdy nie słyszałem by z tego powodu jakoś utyskiwał. Często za to spotykałem się z opinią że ciocia choć przykuta do łóżka faktycznie kieruje całą rodziną. Kiedy zmarła wujek miał sporo ponad 70 lat jednak był bardzo sprawny i nadal prowadził nieduże gospodarstwo. Nie był też całkowicie osamotniony, bo tuż po sąsiedzku mieszkały jego córki. Jednak już kilka miesięcy po pogrzebie narzekał, że nie potrafi tak samotne żyć i musi sobie znaleźć jakąś towarzyszkę życia. Szybko zrealizował swoje zamierzenia. Znam jeszcze kilka podobnych przypadków ludzi którzy po śmierci żony lub męża mimo starszego wieku wiązali się z kolejną osobą i zarówno te pierwsze jak i następne związki wyglądały na bardzo udane. Jest nawet rodzina w której kilkoro z rodzeństwa ułożyło sobie życie w ten sposób. Myślę że w każdym wieku i w każdym związku najistotniejsze jest to co Pani napisała: odpowiedzialność, wierność dokonanym wyborom i gotowość do poświęceń. Wyraziła też Pani nadzieję, że tak jak w młodym pokoleniu nastąpiło odrodzenie postaw patriotycznych tak może nastąpi powrót do dawnych wartości w życiu osobistym. Oby. Mam jednak obawy czy cywilizacja, w której zamiast naprawiać wymieniamy zepsute rzeczy nie zmieniła za bardzo mentalności naszego społeczeństwa.

  16. b.utecht@onet.pl' Barbara Utecht pisze:

    To prawda, że w młodym wieku, gdy decydujemy się na małżeństwo miłość często zagłusza rozsądek. Mylimy prawdziwą miłość z zakochaniem i pożądaniem. Zapominamy, że miłość, to wola dawania dobra drugiej osobie, mamy służyć temu, kogo postanowiliśmy pokochać do końca. A gdzie miłość bezinteresowna, która powinna być życzliwa i pełna poświęceń aż do śmierci, jak przyrzekaliśmy? Dzisiaj tak często mówimy o kryzysie małżeństwa, ale w tym całym kryzysie nie jest niestety małżeństwo, lecz sam człowiek. To od nas tylko zależy jaka będzie intensywność przeżywania naszej miłości i czy przetrwa próbę do grobowej deski.

  17. Maria WANKE-JERIE pisze:

    Dziękuję za zainteresowanie tematem i wielowątkową dyskusję, która niejednokrotnie wykraczała poza ramy tematyczne tego tekstu. Piękne przykłady miłości aż do końca, przywiązania i poświęcenia są wspaniałym uzupełnieniem tego, co chciałam przekazać. Wątkiem pobocznym, który pojawił się w dyskusji, była eutanazja. Zgadzam się, że czymś innym jest jej dopuszczenie w jakiejkolwiek formie, czemu jestem zdecydowanie przeciwna, bo – jak pisze moja siostra – gdy zrobimy nawet mały wyłom otworzą się wrota prowadzące do usankcjonowania zbrodni zabójstwa, a czymś całkowicie odmiennym jest zaniechanie uporczywej terapii, czy w stanach terminalnych znieczulanie bólu, bez przestrzegania rygorystycznych norm podawania morfiny. Link do przejmującego tekstu na ten temat podała pani Daria Ziemiec. Tak samo warto rozróżnić porzucenie chorego małżonka, a oddanie go do specjalistycznego zakładu, gdy brak już sił i możliwości sprawowania opieki w domu, ale utrzymywanie stałego kontaktu i okazywanie miłości. Znam taki przypadek, gdy żona już w bardzo podeszłym wieku zdecydowała się na takie rozwiązanie, bo po prostu nie dawała rady, ale swojego męża odwiedzała codziennie, była przy nim aż do końca. Bo w gruncie rzeczy najważniejsza jest miłość i to ona podpowiada najlepsze rozwiązanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *